Martwa sztuka

«Siedziba Teatru Barakah to, nie ma się co oszukiwać, nic innego jak klaustrofobiczne pomieszczenia piwniczne, które może kojarzyć się z obrazami upiornych zamków, znanych nam z bajek o smokach i księżniczkach zamkniętych w wieży. Kamienne ściany, słabe światło i wąskie przejścia, w których ściskają się widzowie – to jego niezmienne atrybuty.

Przestrzeń nie jest neutralna – co może być dużą trudnością w kreacji rzeczywistości scenicznej, ale też staje się ułatwieniem, jeśli to, co mamy pokazać jest takie jak miejsce – tajemnicze, mroczne, trochę przerażające i wampiryczne. I „Martwe wesele” jest właśnie jednym z tych przedstawień – jeśli nie skrojonych na miejsce, to z pewnością takich, które gdzie indziej miałyby problem z wytworzeniem odpowiedniej atmosfery i napięcia u publiczności… szczególnie, że w tym przypadku klimat spektaklu jest jego głównym atutem.

Wejście aktorów na scenę poprzedza głośna muzyka, ciemność, potem tylko blask świecy rozjaśniający stół, kilka krzeseł i drewnianą szafę obok plus kilka rekwizytów, jak kieliszek, waga czy winogrona, dopełniających na poły bajkowego obrazu. Przy stole siedzą Ojciec (Franciszek Muła) i Córka (Monika Kufel) oczekujący kandydata na pana młodego (Dariusz Starczewski). Widać, że bawią się świetnie zwodząc go i oglądając męczarnie mężczyzny, który nie rozumie w jaki sposób miałby dostać przyzwolenie na ślub z wybranką od jej niedawno zmarłej Matki (Lidia Bogaczówna). Upiorna gierka osiąga apogeum, kiedy niedoszły Pan Młody upija się winem serwowanym przez Ojca i robi awanturę rzucając się po maleńkim wolnym obszarze między widzami i rekwizytami – jakbyśmy wśród tych zimnych, kamiennych ścian obcowali z potworem. Brak dystansu, albo wręcz zatarcie granicy między widownią a sceną pozwala na wytworzenie wyjątkowego napięcia i obserwowanie każdej, najmniejszej kropli potu na czołach aktorów, którzy nie grają w odległości kilku metrów, jak zwykle w teatrach repertuarowych, a kilku centymetrów od nas. A aktorstwo, podparte nienachalną charakteryzacją i strojami a’la mroczny vintage jest tu bardzo porządne, chyba szczególnie w przypadku posągowej Bogaczówny, sprawiającej wrażenie, że w roli trupa jest równie interesująca, jak mogłaby być grając drzewo albo czytając na scenie książkę telefoniczną.

Niestety, mimo wielości dobrodziejstw, które serwuje nam Nowicka, w tym króciutkim przedstawieniu trudno odnaleźć jakiś większy sens – momentami aspirujące do roli refleksyjnego (szczególnie w końcowych wypowiedziach młodego mężczyzny), nie ma nam do powiedzenia właściwie nic. Oglądamy bardzo ładny, z perspektywy wizualnej, spektakl bez puenty i bez przekazu. Być może ani jedno ani drugie nie jest tak naprawdę potrzebne w teatrze. Ale być może to właśnie one sprawiają, że teatr nie jest martwą sztuką.»

„Martwa sztuka”
Aleksandra Sowa
Teatr dla Was