Gazeta Wyborcza, 12 maja 2022
Link: https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,35796,28437608,sceny-z-zycia-polskiegogeja-recenzja-spektaklu-anioly-w-ameryce.html
Tytuł spektaklu podpowiada, z czym będziemy mieć do czynienia: z demonami w Polsce. Aniołów ze sztuki Tony’ego Kushnera raczej nie mamy się spodziewać.
Na scenie siedzą rządkiem na krzesłach aktorzy. Patrzą na widzów uśmiechnięci, jakby chętni do nawiązania rozmowy. Tak kończyła się najsławniejsza polska inscenizacja „Aniołów w Ameryce” – spektakl Krzysztofa Warlikowskiego sprzed kilkunastu lat, wciąż jeszcze grany. Tamten finał był rodzajem happy endu, tutaj początek spektaklu jest zaskoczeniem – dowiadujemy się, że żadnych „Aniołów w Ameryce” nie będzie, bo teatr mimo starań nie dostał zgody na wystawienie dramatu Kushnera. Aktorzy w błyskawicznym tempie, jeden przez drugiego opowiadają o tych staraniach i streszczają sztukę (kto się zaciekawi, może obejrzeć serial Mike’a Nicholsa w HBO). Zamiast opowieści o nowojorskich gejach z lat 80. XX w., będziemy oglądać opowieści o polskich gejach lat 20. XXI w.
Jakieś korespondencje między dwiema opowieściami, choć dzieli je 30 lat, można znaleźć – Ana Nowicka gra wcielenie Roya Cohna, głównego czarnego charakteru Kushnera, ale też matkę odcinającą się od syna, Monika Kufel jest nieszczęśliwą żoną geja, jak Harper w „Aniołach”, pojawiają się tematy AIDS, trudnych związków, rodzinnych coming outów, wykluczeń.
Młodzi aktorzy są sobą
Niewiele się przez te lata zmieniło? Spektakl Michała Telegi zapowiadany jest jako spektakl dokumentalny, oparty na prawdziwych historiach. Czy są to rzeczywiście prawdziwe historie (i czyje), trudno widzowi zweryfikować, ale niewątpliwie brzmi w nich osobisty ton. Może dlatego, że na początku spektaklu młodzi aktorzy (Michał Kłodnicki, Wojciech Kałuża, Marek Szajnar, Łukasz Szleszyński, Dawid Tas) są sobą – początkującymi aktorami, starającymi się o przyjęcie na warsztaty do awangardowego teatru prowadzonego przez podejrzanego reżysera (Ana Nowicka), który zrobi wszystko, żeby ich upokorzyć. Oni z kolei poddają się reżyserowi, robią to, co im każe – rozbiorą się do majtek, dadzą się podotykać, skoczą po kawę.
Potem jak w kalejdoskopie wirują kolejne sceny z życia polskiego geja: rodzinne święta z przymusowym barszczykiem, który wypływa z ust jak krew, zderzenie się z systemem przy testach na HIV, strach przed bojówkami skandującymi „chłopak, dziewczyna – normalna rodzina”, odtrącenie przez matkę, żona przeżywająca odtrącenie przez męża geja…
Demony może jednak da się pokonać
Wszystkie te historie opowiadane i grane są szybko, w ruchu (aktorzy, poza Michałem Kłodnickim, są absolwentami Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu), co nadaje spektaklowi gorączkowy rytm. Nie mamy wgłębiać się w psychologiczne niuanse, ale poczuć różne rodzaje opresji, pokazane ostro, chwilami groteskowo, ale też z dystansem i poczuciem humoru. Ten dystans, energia i wdzięk aktorów pozwalają uwierzyć, że tytułowe demony może jednak da się pokonać.
Teatr dla wszystkich, 10 maja 2022
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/anioly-ktorych-nie-bylo/
Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce to przewrotna wariacja na temat kultowego dramatu Tony’ego Kushnera. Z całkiem prozaicznych powodów, związanych z problemami adaptacyjnymi „gejowskiej fantazji na motywach narodowych”, powstał zupełnie nowy, autorski tekst, będący zbitką osobistych wyznań twórców przedstawienia.
Już na samym początku ze sceny pada wprost: Aniołów… dzisiaj nie będzie! Skoro nie można wystawić ich po swojemu, to w ekstremalnym skrócie powiemy, o co w oryginalnym utworze chodzi i przejdziemy do sedna sprawy. Michał Telega zaprosił do współpracy aktorów będących na różnym etapie swojej drogi zawodowej – zarówno tych stawiających pierwsze kroki, jak i takich, którzy na scenie „zjedli zęby”. Punktem wyjścia przedstawienia są przemoc, opresja i wykluczenie (społeczne, zawodowe, seksualne, tożsamościowe).
Ana Nowicka, wciela się w „umownego” Roya, który zaprasza na warsztaty teatralne kilku młodych chłopaków. Pod pozorem różnych ćwiczeń (zadań aktorskich) stopniowo przekracza kolejne granice, jakie powinny istnieć w zdrowej relacji uczeńmistrz. Dotyka ich w dwuznaczny sposób (oczywiście wszyscy musieli wcześniej rozebrać się prawie do naga), obraża, deprecjonuje ich wartość jako ludzi i młodych artystów. Odwołując się do postaci bezwzględnego prawnika, tresującego nieopierzonych adeptów zawodu, tak naprawdę mówi o całkiem współczesnym problemie przemocowych praktyk w polskich szkołach teatralnych i instytucjach kultury. W ostatnich latach pojawiło się wiele oskarżeń względem nie tylko drugorzędnych reżyserów, ale i prawdziwych legend, o stosowanie mobbingu czy szantażu emocjonalnego, ekonomicznego, wykorzystywania własnej pozycji do upadlania słabszych. Bezradność, strach czy zakłopotanie widoczne na twarzach chłopaków jest uderzające.
Drugim intrygującym momentem przedstawienia jest scena, w której Monika Kufel wykonuje coś, co moglibyśmy nazwać mieszanką pierwotnych dźwięków, gardłowego śpiewu, kadiszu i zaklinania deszczu Indian Navajo. W połączeniu z odpowiednim światłem, siedzący na krzesłach aktorzy wykonują konwulsyjne ruchy, zupełnie tak, jak gdyby nie nawiedzały ich amerykańskie, mityczne anioły, a swojskie, polskie demony. Bohaterowie przedstawienia mają swoje bolesne historie do opowiedzenia (o czym później), natomiast w tej scenie w pewien obrazowy sposób lęki, fobie i nieprzepracowane traumy „wychodzą” z nich, niczym podczas egzorcyzmu. Trwa do kilka minut, ale rezonuje do końca spektaklu.
Sceny o bardziej uniwersalnym charakterze przeplatają się z historiami wziętymi z życia. I tu nie jest już tak dobrze, jak mogłoby być. O ile osobiste doświadczenia związane z „wyjściem z szafy”, ujawnieniem swojej orientacji przed rodziną czy prześladowaniem ze względu na kolor skóry, jak najbardziej zasługują na szacunek, o tyle sam problem został potraktowany zbyt powierzchownie. Nie wystarczy przedstawić ogranego tematu polskich kiboli i narodowców, by skutecznie zagłębić się w autentyczny problem funkcjonowania w naszym społeczeństwie człowieka o śniadej cerze (i nie daj Boże do tego geja!). Na wyróżnienie zasługuje za to historia chłopaka z pozytywnym testem na HIV (ukłon w stronę oryginalnych Aniołów w Ameryce). Jego wewnętrzna walka, strach o siebie i innych, w końcu głębokie poczucie niesprawiedliwości i odrzucenia to najbardziej udane sceny z „historii osobistych”.
Aniołom w Ameryce, czyli demonom w Polsce nie można odmówić pomysłowości. Jest to spektakl dobrze skonstruowany, sprawny dramaturgicznie, ciekawy inscenizacyjnie. Mimo dużego potencjału i kilku bardzo ciekawych scen, nie wykorzystuje w pełni drzemiącego w nim potencjału. Nie trzeba było się spieszyć. A jeśli rozwinięcie wątków rodzinnych, pogłębienie psychologii, okoliczności, przyczyn i skutków w zarysowanych naprędce historiach miałoby zaowocować sześciogodzinnym spektaklem, to cóż w tym złego? Nie na takich teatralnych maratonach, zwłaszcza krakowska publiczność, miała okazję bywać.
Didaskalia. Gazeta Teatralna, 24 lutego 2023
Link: https://didaskalia.pl/pl/artykul/choreografia-opresji
Zaczyna się od wysokiego c: „Aniołów nie będzie” – słyszymy ze sceny. Teatr nie dostał praw do wystawienia tekstu Tony’ego Kushnera. Z jednej strony sytuacje nieprzewidywalne dobrze wpływają na sztukę – powstała autonomiczna dramaturgicznie opowieść, polska „gejowska fantazja na motywach narodowych” inspirowana tekstem Kushnera. Z drugiej jest coś dwuznacznego w tym, że ranga dramatu przerasta jego zastosowanie. W monologach aktorów słychać niemoc i autentyczną złość na takie utrudnienie procesu twórczego przez warunki postawione przez agencję Kushnera. Jak pada ze sceny:
Ze czterdzieści maili, prośby, groźby i pobożne życzenia.
A jeśliby Państwo zrobili jedną część?
A jeśliby Państwo drugą część też?
Bez skrótów. Do sześciu godzin przedstawienia,
W tym teatrze małym, na twardych siedzeniach.
Dodając do tego długie oczekiwanie na odpowiedź czy wymóg przesyłania ewentualnych skrótów przed rozpoczęciem prób z zespołem, praca na tak kultowym, a przez to również chronionym materiale wydaje się czymś niemożliwym. Rodzą się pytania: czy polski gej jest mniej ważny od geja amerykańskiego? Kto ma prawo do konkretnego kapitału kulturowego i czy takowy ma swoją narodowość? Czy mogą z niego korzystać tylko niektórzy użytkownicy i użytkowniczki danej wspólnoty narodowej?
Telega wyszedł jednak z tej sytuacji obronną ręką, traktując Anioły w Ameryce jako przyczynek do opowiedzenia własnej historii. To teatr dokumentalny, bazujący na opowieściach osób tworzących spektakl, znajdujących się na różnych etapach swojej artystycznej drogi, mierzących się z otoczeniem, które nie akceptuje ich tożsamości, orientacji czy wyborów życiowych. Z oryginału pozostało szydercze streszczenie sztuki w pierwszej scenie spektaklu. Porównałabym to do Mikro-Dziadów Anny Smolar, z tą różnicą, że w spektaklu Telegi aktorzy i aktorki opowiadają widowni o swoich postaciach z oryginału Kushnera. Ekipa zagrała amerykańskiej agencji na nosie – miało być bez skrótów, to skrócimy jak tylko się da. W efekcie powstała dosyć ciekawa esencja pierwowzoru, z której wyłaniają się archetypy bohaterów queerowego uniwersum – kryptogeje (Roy czy Joe), żona geja (Harper), matka, która zmaga się z coming outem syna (Hannah), gej chory na AIDS (Prior) czy stereotypowy „przegięty” gej, a przy okazji drag queen (Belize). Na poziomie dramaturgii dokonano tu kilka interwencji – matka pojawia się jedynie jako głos z offu tej samej aktorki, Any Nowickiej, która gra głównego antagonistę – Roya Cohna. Roy z kolei zostaje przepisany z przemocowego prawnika na przemocowego reżysera, a Joe i Louis z prawników na początkujących aktorów, podobnie zresztą jak Prior i Belize. Taki zabieg pozwala na umiejscowienie sytuacji dramatycznej we własnym kontekście (polskim, autoteatralnym, zawodowym), zamiast w odległej fikcji. Następuje również przeniesienie, jeśli chodzi o postacie z planu boskiego, fantastycznego. W tym spektaklu Anioł milczy, a do głosu dochodzą tytułowe demony – własne, prywatne, wydobyte na światło dzienne, z którymi twórcy mierzą się na teatralnej scenie. Wątki z Aniołów zostają również chronologicznie przetworzone w tekście autorskim – sztuka Kushnera zaczyna się od pogrzebu nestorki rodu, Sary Ironson, babki Louisa, u Telegi natomiast mowa o śmierci matki jednego z twórców, która zbiegła się w czasie z rozpoczęciem prób.
Później pojawia się Roy. Warto wspomnieć, że część scen ma charakter improwizacji. Ogromne wrażenie robi sekwencja warsztatów aktorskich. Ich uczestnicy rozbierają się do bielizny, po czym wcielają się w samych siebie – młodych aktorów walczących o pozycję i miejsce w teatralnym stadzie. Tę sytuację odzwierciedla choreograficzna przepychanka, symbolizująca w moim odczuciu zjawisko toksycznej męskości, w szczególności w ujęciu homoseksualnym. Zresztą sam Roy, prowadzący ćwiczenia, będzie później dzielił grupę na tych, którzy wyglądają „męsko” i tych, którzy się w ten obraz nie wpisują. Przekroczone zostają wszelkie granice – wykreowany przez Anę Nowicką reżyser jest homofobem i rasistą, który raz po raz upokarza aktorów słownie bądź cieleśnie, tworzy między nimi atmosferę konfliktu, traktuje jak chłopców na posyłki, wątpiąc w ich jakąkolwiek inwencję twórczą, co zabawnie kontrastuje z jego brakiem przygotowania do prowadzenia warsztatów (pije kawę, ostentacyjnie je kanapkę, mówi z pełnymi ustami, na bieżąco wymyśla ćwiczenia, które mają wykonać kursanci). Reakcje na takie traktowanie mogą być różne, zarówno na scenie, jak i w życiu, co fenomenalnie i kontrastowo pokazują Józef/Joe (Michał Kłodnicki) i Louis (Wojtek Kałuża), zwłaszcza postawieni obok siebie – pierwszy zaciska szczęki, jego ciało jest spięte, wygląda, jakby mocno gryzł się w język albo miał zaraz wybuchnąć, wyjść z sali, trzasnąć drzwiami czy uderzyć reżysera. Louis z kolei ma wypisane na twarzy czyste przerażenie, a jego oczy są szkliste. Również pozostali reprezentują mechanizmy radzenia sobie z przemocą – Prior (Łukasz Szleszyński) wycofania, a Pan Prince Polo, czyli Kushnerowska Belize (Dawid Tas) – adaptacji.
Narasta też napięcie homoerotyczne, wynikające między innymi z opresji, którą Roy wytwarza od początku sceny. Aktorzy są półnadzy i bardzo blisko siebie, a zadania aktorskie dosyć jednoznaczne – szukanie upuszczonego mydła, okładanie się witkami w saunie, czego wynikiem jest scena pocałunku Józefa i Louisa. Jest to niejako synteza wszystkich spotkań Joego i Louisa u Kushnera, które prowadzą do zbliżenia między nimi. Fenomenalnie rozegrana zostaje atmosfera – od uwolnienia negatywnych emocji po próbie pełnej przekroczeń, związanych z funkcjonowaniem w środowisku teatralnym, aż do niewypowiedzianego i zakazanego podniecenia seksualnego między kolegami z zespołu. Tuż po tym, jakby interwencyjnie, pojawia się Harper wraz z Mister Ściemniaczem, czyli Luna (Monika Kufel) i Pan Prince Polo (ponownie Dawid Tas). Aktorzy i aktorki sami decydowali, czy chcą zostać przy imionach z pierwowzoru, czy nadać sobie nowe. To ciekawa metoda pracy, która odchodzi od mitologizacji postaci w świadomości aktora, a sprowadza go na drogę tworzenia własnej kreacji i autonomii. Stąd Luna – uosobienie kobiecej depresji związanej z rozpadem małżeństwa, przeżywanej podczas pełnej niepokojów nocy, kiedy czeka na męża. Swoją drogą, bardzo sprytne przetworzenie Kushnerowskiej fantazji o Antarktydzie – zamiast niej wyspy Bahama, wakacje w ciepłych krajach, o których marzył lub marzy prawie każdy Polak, i Prince Polo, polski wafel czekoladowy, symbol PRL-owskiego dobrobytu. Pod koniec sekwencji pojawia się także Józef – otrzymuje świńską maskę, co jest dosyć jasnym komunikatem, jeśli chodzi o ocenę sposobu, w jaki traktuje żonę, obsadzając ją w roli przykrywki, tzw. brody.
Trzeba tu przy okazji dodać, że twórcy i twórczynie nie boją się prostego poczucia humoru. Umiejętnie operują kliszami, jednocześnie je rozbrajając. Przykładowo, wspomniany już stereotyp „przegiętego” geja o „kobiecej” ekspresji zostaje zdekonstruowany poprzez dokładną jego realizację na scenie w formie gejowskich tańców w korowodzie – aktorzy w ciemnych okularach, w blasku klubowych świateł przesadnie wdzięczą się i mizdrzą. Jeśli ktokolwiek miałby zarzut o zbyt stereotypowe „rozgrywanie się”, właśnie został on mu wytrącony z ręki. Następuje seria (dosłownie, jak z karabinu) bardzo szybkich scen z polskiego, nietolerancyjnego podwórka. Pan Prince Polo opowiada o rasizmie, jakiego doznał w dzieciństwie i doznaje do teraz. W telegraficznym skrócie zainscenizowano Marsz Niepodległości: aktorzy i aktorki ubrani w dresy skandują, że chłopak i dziewczyna to normalna rodzina, w dłoniach dzierżąc pałki teleskopowe. Bolesne to polskie tło, tym bardziej że autobiograficzne. Nie wybrzmiewa jednak w pełni ze względu na gorączkowe tempo spektaklu, które może i sprawdziło się przy streszczaniu dzieła Kushnera, ale w wypadku tak osobistego materiału nie zdaje egzaminu.
Inaczej jest z wątkiem HIV, który wprowadza Luna, rozpoczynając improwizację wokalną, która przyjmuje formę niemalże zaklinania (rzeczywistości?) czy egzorcyzmu. Reszta obsady wije się w konwulsjach na krzesłach, jakby ich wewnętrzne demony zyskały ucieleśnienie i próbowały wydostać się na zewnątrz. Rzutnik wyświetla pozytywny wynik na obecność wirusa HIV w organizmie. Zwieńczeniem wątków wybitnie polskich jest niewątpliwie scena Wigilii – bez stołu, bez matki, z barszczem z torebki, który ścieka aktorowi grającemu Priora po brodzie niczym krew. Raz po raz dławi się nim, po czym wypluwa na podłogę, co samo w sobie jest już niepokojące, a staje się jeszcze bardziej, gdy przypomnimy sobie wynik testu sprzed chwili. To misternie zaplanowana sekwencja działań – choroba wisi w powietrzu, a główny zainteresowany milczy. To o nim się rozmawia, bez jego udziału, lecz w jego obecności – do czasu. Gdy już zacznie mówić, to długo nie przestanie, ze wszystkimi drażniącymi szczegółami.
Warstwa metafizyczna realizuje się najpełniej w formie muzyki (Piotr Korzeniak) i choreografii (Piotr Mateusz Wach). Mowa tu o pewnym wymiarze anielskości, planie boskim, z którym mamy do czynienia również przy lekturze oryginału. Tutaj Anioł (Marek Szajnar), jest przez większość czasu milczący. Mimo że nagi i w pointach, to początkowo niezauważalny. Niemal zlewa się z instalacją performatywną, która stanowi część scenografii:
To jest instalacją, którą stworzył Krzysztof Marchlak, artysta LGBT+, o nazwie Paradiso Bricks. Razu pewnego poszedłem do Schefter Gallery zobaczyć jego wystawę. Szukałem czegoś w rodzaju baru, inspiracji barowej. I nagle objawiły mi się kostki, a w nich kolorowy raj – jednak tak pogrzebowy i tak cmentarny jak żaden inny – choć pełen kolorów. A ostatnie kostki były już niemal tylko białe, szare i niknęły w kolorze. Pomyślałem wtedy – mając już koncepcję Markowego ciała w głowie – że on jak taki kelner, nie mając nic w trakcie dramy do powiedzenia, przemierza nago Raj niczym Adam, żeby na końcu powiedzieć „to wielki banał, the biggest one” na pointach cały czas w przód, raz tylko stając się Chrystusem w świetle latarki gdy kibole wychodzą na scenę.
Jego trwającej cały spektakl (półtorej godziny), powolnej wędrówce w pointach – wzdłuż instalacji ustawionej przy tylnej ścianie – towarzyszą projekcje z rzutnika, na których widoczne jest ciało performera, z widocznymi zmianami skórnymi. Biorąc pod uwagę, że przed chwilą widzieliśmy wyniki badań (gdy HIV zmienia się w AIDS, na ciele pojawiają się ropnie), można wysnuć wniosek, że Anioł jest metaforą choroby – stopniowo postępującej, niewidocznej, objawiającej się jednak z pełną mocą w najgorszym możliwym momencie. Podobnym schorzeniem jest nienawiść, wobec której ten spektakl zajmuje wyraziście krytyczne stanowisko.
Światło odbite, 29 października 2024
Link: https://akarmelita.wixsite.com/wyjatki/anio%C5%82y-w-ameryce-czyli-demonyw-polsce
W Barakah nie ma lekkiej gry. Przekonuję się o tym po raz kolejny, uczestnicząc w spektaklu „Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce”. Sztuka Michała Telegi miała premierę już jakiś czas temu, 7 maja 2022 r. Ponad dwa lata później, 27 października roku 2024 mogłam ją obejrzeć na ul. Paulińskiej 28 w Krakowie.
Goszcząc tu trzeci raz, nie jestem zaskoczona, że wejście w fabułę spektaklu odbywa się mimochodem, jakbyśmy zaglądali na podwórko do znajomych, na imprezę u przyjaciół. Tym razem sytuacja jest następująca: Zajmując miejsca na widowni, mieszczącej się w przestrzeni dawnej żydowskiej mykwy, wchodzimy w sytuację obecności na warsztatach terapeutycznych dla początkujących aktorów. (To też nie pierwsze nasze warsztaty terapeutyczne w tym teatrze, w obu spektaklach, które tu widziałam, postaci szemranego hochsztaplera – terapeuty od sprzedaży i manipulacji towarem marzeń – pełniły ważną rolę. Tym razem będzie podobnie.)
Warsztaty terapeutyczne szybko okazuję się festiwalem poniżenia. Gęstość zależności emocjonalnych między wykorzystującym swoją pozycję coachem, a kilkorgiem uczestników szybko podchodzi do gardła. Typ prowadzący warsztaty jest obślizgły, manipulujący, wykorzystujący przewagę wynikającą z faktu tak czy inaczej zdobytego rozgłosu. Bezceremonialnie ośmiesza uczestników, którzy przełykają rasizm, żarty z ich wyglądu, pochodzenia, sytuacje nadużyć w przestrzeniach seksualności, w imię dostania się w miejsce, o którym marzą. Dostania roli, zbudowania marki, życia bez stresu czy się uda. Obserwowanie tego aktu nie należy do przyjemnych, ale do Barakah nie chodzi się na balet, nawet jeśli w sztuce serwowane są figury baletowe. Przedstawiona w scenie otwierającej sytuacja bohaterów mogłaby być opisana raczej prostą maksymą. Póki siedzisz w gównie, wolisz myśleć, że pachnie kwiatami. Dojmujące jest oglądanie tego rozdźwięku między marzeniami, a poniżeniem, na jakie zgadzają się bohaterzy w imię ich realizacji. Do końca fabuły to uczucie zaciskającej się na tchawicy pętli będzie się tylko potęgowało.
Sytuacja warsztatowa jest punktem wyjścia. Przez nią wchodzimy głębiej w strukturę doświadczeń ludzi, będących gdzieś na początku drogi, w punkcie tak zwanej młodości, skąd można dalej w różne strony. Sztuka Michała Telegi jest wariantywnym połączeniem scenariusza „Aniołów w Ameryce” Tony’ego Kushnera z 1991, opowiadającego o przeżyciach amerykańskich gejów w trakcie szalejącej epidemii HIV, z doświadczeniami osób z naszego „tu i teraz”, tak bardzo nasyconego esencją polskiego barszczyku obłudy, rasizmu, poczucia wyższości, skrywanej samotności, strachu i rozpaczy. W tej esencji szarpią się młodzi aktorzy, ale może bardziej niż aktorzy, po prostu ludzie, szukający największego w świecie banału – radości, miłości, bliskości i ciepła. Rozdźwięk między rzeczywistością potrzeb, a rzeczywistością spełnień, jest głęboki i bolesny. Autor scenariusza prowadzi nas przez tą przepaść na wysokiej linie prywatnych doświadczeń bohaterów sztuki. To lina, z której łatwo spaść, trudno o balans. Szczególnie, kiedy, cytując Eugenusza Tkaczyszyn – Dyckiego „Za bardzo przegniesz pałę w stronę tej samej płci”, pochodzisz z małej miejscowości i chciałbyś być „kimś”.
Ogromny respekt wywołuje odwaga grupy aktorów grających grupę aktorów. Przez tą tak bliską korelację między postaciami scenicznymi, a odgrywającymi je, żywymi ludźmi, można ulec wrażeniu, że aktorzy grają samych siebie. Oczywiście, może to być złudzeniem optycznym, spowodowanym przyłożeniem lupy scenicznej w odpowiednie miejsce. Gra światłem wiele znaczy w tym utworze. Jako autorka profilu o nazwie „Światło odbite” nie mogłam nie ulec czarująco okrutnemu wyrazowi sceny, w której terapeuta przy pomocy lustra kieruje wiązki laserów na widownię, do wtóru stroboskopów i słowno – muzycznej wiązanki o treści oscylującej między deklaratywną życzliwością i faktyczną agresją. Tak, mimo, że nie znam znaczeń niektórych słów użytych w trakcie spektaklu, specyficznych dla przedstawionego środowiska, to odbicie tej sceny sięga we mnie do rejestrów, odnoszących się do innych życiowych zdarzeń. Dlatego sądzę, że odegranie tych ról na scenie wymagało odwagi, dystansu i otwartości.
Doświadczenia, z którymi mierzą się bohaterowie sztuki to, między innymi, wykluczenie płynące w różnych źródeł. Kolor skóry, orientacja seksualna, odrzucenie przez rodzinę wynikające z tego faktu, wrażliwość zbyt wysoka, żeby przejść przez to bez szwanku na miłości własnej, kiedy z miłości bliźniego pozostaje fraza „Masz przejebane, smoluchu!”, kierowana do jednego z aktorów. Mocno wybrzmiewa połączenie kolędy „wśród nocnej ciszy” i faktu, że to właśnie wśród nocnej ciszy lepiej nie wychodzić na ulice, bo można dostać wpierdol… Jest w tym spektaklu rozprucie mitów i zszycie ich z rzeczywistością, za pomocą szwów, które budzą grozę. Osobiście, strzegłabym się tych miejsc, gdyby nie bezpieczeństwo scenicznej przestrzeni, pozwalającej doświadczyć wydarzeń pozornie odległych od mojego życia. Pozornie, bo chociaż, odmiennie od aktorów – bohaterów, nigdy nie miałam ciemniejszego koloru skóry, nie doświadczyłam strachu przed pozytywnym wynikiem testu na HIV, moi rodzice nie kazali mi ukrywać swojej tożsamości przed światem i nie zostałam pobita w cichą noc – to emocje grające pod tymi doświadczeniami, przedstawianymi między kafelkami pożydowskiej łaźni Barakah, położonymi w 1912 roku, wydają się mieć w sobie coś uniwersalnego.
Najbardziej dojmującą jest rola zagrana przez Alexa Spisaka. Jest burdonową struną, dźwięczącą w tle wszystkich innych, rozgrywających się w przestrzeni scenicznej obrazów, dźwięków i doznań. Poza nimi, z tyłu sceny, powoli przesuwa się postać. Naga, tylko przysłonięta przez stół, na którym poustawiane są doniczki z roślinnością. W każdym momencie fabuły jest tam, w tle, odsłonięte ludzkie ciało. Jakby banalna prawda o nas. O wspólnym rdzeniu doświadczeń. O tym, co pada z ust aktora jako jedyne zdanie wypowiedziane przez cały spektakl. Tak naprawdę wszystko to opiera się na najgłębszym banale. Ten banał głęboko zapuszcza korzenie w mięso, jakim jesteśmy. W jednej ze scen, przywołującej rzeszowską ulicę i ziejące agresją postaci „patriotów” gotujących się do wymierzenia „sprawiedliwości” względem koloru skóry odbiegającego od norm, osoba z tyłu wydarzeń rozkłada ramiona, przybierając wygląd postaci Chrystusa z chrześcijańskiej ikonografii. Milczenie przesłania o braku miłości? Po tym spektaklu trzeba zrobić głęboki wydech, żeby nie stracić wiary, w cokolwiek by się nie wierzyło.
Na koniec – jak w innych spektaklach teatru Barakach, tak też tu, ważna jest rola ruchu i tańca. Umiejętności prezentowane przez aktorów w tym zakresie są imponujące. Podobnie muzyka na żywo, grana przez Piotra Korzeniaka, oraz partia wokalna Moniki Kufel (występującej w roli żony jednego z aktorów). Wszystko tworzy całość estetycznie dopracowaną o głębokim i uderzającym przekazie, pracującym jeszcze długo po wyjściu z Teatru.
UJOT.FM, 12 maja 2022
Link: https://ujot.fm/autentyczny-banal-recenzja-spektaklu-anioly-w-ameryce-czylidemony-wpolsce/
Czy słynne Anioły w Ameryce mają rację bytu w polskiej rzeczywistości? Michał Telega udowodnił, że tak, ale zamiast sprowadzać je zza oceanu, postanowił wsłuchać się w nasze rodzime demony.
„Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce” to najnowszy spektakl na deskach krakowskiego Teatru Barakah, który swoją premierę miał w weekend 7-8 maja 2022 r. Sztuka ta jest luźną reinterpretacją znanego na całym świecie scenariusza Tony’ego Kushnera, przełożoną na polskie realia w najbardziej autentyczny sposób. Reżyser oraz autor, Michał Telega, zbudował bowiem koncept sztuki korzystając z rozmów i spotkań z aktorami, będącymi na różnych etapach swojej przygody z teatrem.
W oparciu o ich doświadczenia powstała wielowątkowa i wielowymiarowa opowieść o losach społeczności LGBT+ w Polsce. O miejscu homoseksualistów w małomiasteczkowych społeczeństwach, o ich relacjach rodzinnych, o uprzedzeniach, walce z wirusem HIV, o „kobietach parawanach” oraz o szukaniu pracy w aktorstwie. Ostatni z wątków jest przykładem sceny inspirowanej amerykańskim dziełem, którą Telega wplótł we własne pomysły. Całość nie abstrahuje od polskości, która przejawia się w postaci wigilijnych kłótni przy jeszcze gorącym barszczyku, fanatyzmu religijnego czy uprzedzeń, charakterystycznych dla mieszkańców mniejszych miejscowości.
Tematy te przekazywane są za pomocą całej gamy form wyrazu. W sztuce znajdziemy bowiem momenty musicalowe, satyryczne, ale także bardzo intensywne sceny teatru eksperymentalnego. To wszystko przy towarzyszącej niemal cały czas muzyce Piotra Korzeniaka oraz choreografii Piotra Mateusza Wacha, które potęgują narastające poczucie napięcia i przebodźcowania.
W całym szaleństwie, które miało miejsce na scenie, nie można zapomnieć o fenomenalnej pracy młodych aktorów: Wojciecha Kałuży, Michała Kłodnickiego, Moniki Kufel, Ana Nowickiej, Marka Szajnara, Łukasza Szleszyńskiego, Dawid Tasa. W bardzo wzruszający sposób ukazali oni absurd oraz groteskowość zdarzeń, nie popadając w parodię. Ich role z pewnością wymagały nie tylko umiejętności aktorskich, ale także niejednokrotnie wyjątkowego wysiłku fizycznego. W tym miejscu nie sposób nie wyróżnić Marka Szajnara, którego „droga krzyżowa” w pointach, wyraziła więcej niż jakiekolwiek ze słów.
Jedyne, co pozostawiło u mnie lekki niedosyt, to stosunkowo wąska tematyka w porównaniu z różnorodnością społeczności queerowej i trudności, z którymi zmierzają się na co dzień. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie sposób zamknąć tę różnorodność w półtoragodzinnej sztuce. Na tym polega także urok autentyczności scenariusza Aniołów w Ameryce…, traktującego dokładnie o tych problemach, które przeżywali i przeżywają sami aktorzy. A tak to już bywa z autentycznością, że zakrawa ona czasem o banał.queerowej i trudności, z którymi zmierzają się na co dzień. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie sposób zamknąć tę różnorodność w półtoragodzinnej sztuce. Na tym polega także urok autentyczności scenariusza Aniołów w Ameryce…, traktującego dokładnie o tych problemach, które przeżywali i przeżywają sami aktorzy. A tak to już bywa z autentycznością, że zakrawa ona czasem o banał.
UJOT FM, 15 lutego 2025
Link: https://ujot.fm/anioly-w-ameryce-czyli-demony-w-polsce/
W Teatrze Barakah cenię autentyczność – to, że sztuka, pomimo oparcia na pewnym klasyku kultury, niesie ze sobą zupełnie nowe, świeże i niejednoznaczne przesłanie. Wierzcie mi, w tym temacie wiem, co mówię, bo tym razem nie była to moja pierwsza inspiracja Aniołami w Ameryce Tony’ego Kushnera, jaką miałam okazję obejrzeć na deskach teatralnych. Tym razem jednak została mi podana jak na tacy rzeczywistość współczesna, polska, najbliższa odbiorcom z tego regionu.
Po raz kolejny do Barakah powrócił spektakl, który zdaje się nigdy nie umierać. Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce to tytuł, który mimo metafory, jasno daje do zrozumienia, z czym widz ma się zmierzyć. W końcu tekst Kushnera od samego początku stanowi inspirację dla twórców na całym świecie. W tym jednak przypadku mamy do czynienia z zdecydowanie bardzo zaadaptowanym tekstem pod polskie, współczesne realia i kulturę.
Wydaje mi się, że Michał Telega, reżyser spektaklu, postawił na kontrasty. Początkowo otrzymujemy dawkę amerykańskiego realizmu, budzącego szeroki uśmiech. Następnie w sposób gwałtowny i trafiający do serca wkraczamy w polskie realia. Realia, w których homoseksualność, antykoncepcja i AIDS nie istnieją w mentalności społeczeństwa. Aż trudno uwierzyć, że ten sam problem ma zupełnie inny odbiór w różnych kulturach. Z drugiej jednak strony i tu, i tam mamy do czynienia z ogromną dyskryminacją i odrzuceniem na margines społeczny.
Spektakl ten nie jest wiernym odwzorowaniem oryginalnego tekstu Kushnera – i to właśnie nadaje mu uroku oraz pokazuje jego uniwersalność i pewnego rodzaju plastyczność. Twórcom udało się nie tylko dostosować go do naszych współczesnych, polskich realiów, ale przede wszystkim nadać każdej z postaci nowy, wyjątkowy charakter. Bazowe osobowości bohaterów pozostały archetypami, którymi kierowano się przy nadawaniu im indywidualności.
Jestem w stanie stwierdzić, że śmiało mogę dodać Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce do listy moich ulubionych spektakli. Bo dobry spektakl to nie ten, który powoduje wzruszenie czy śmiech. To coś więcej – to przede wszystkim element, który na stałe wchodzi w schemat naszego życia. Potrafimy jego mądrość przełożyć na własne działania. Warto, po prostu.
popkulturowcy.pl, 31 października 2024
Link: https://popkulturowcy.pl/2024/10/31/anioly-w-ameryce-czyli-demony-wpolscerecenzja-spektaklu-a-w-tobie-jakie-czajasiedemony/?fbclid=IwY2xjawGW2yNleHRuA2FlbQIxMAABHaJkzEdFr_VrZNKRZN3K3 QX
A gdyby tak Anioły w Ameryce Tony’ego Kushnera zaprezentować w polskiej rzeczywistości? Teatr BARAKAH przychodzi z odpowiedzią.
„Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce” to spektakl napisany i wyreżyserowany przez Michała Telegę. Reżyser do współpracy zaprosił młodych aktorów, głównie takich, którzy swoją sceniczną karierę dopiero rozpoczynają. W obsadzie znaleźli się więc: Wojciech Kałuża, Monika Kufel, Michał Nowicki, Marek Szajnar / Alex Spisak, Łukasz Szleszyński, Dawid Tas / Alan Al-Murtatha, Hubert Woliński. Premiera odbyła się 7 maja 2022 roku.
Punktem wyjściowym jest dramat Kushnera Anioły w Ameryce. Jednak już na wstępie dowiadujemy się, że to nie tę sztukę przyjdzie nam oglądać, teatr bowiem nie dostał zgody na jej wystawienie. Żadnych aniołów nie będzie. Pozostają więc demony, czyli gorzka opowieść o polskich gejach osadzona we współczesnym świecie.
Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce to intymne historie świeżych absolwentów szkoły teatralnej, którzy próbują znaleźć swój skrawek miejsca na świecie. Aktorzy biorą więc udział w warsztatach teatralnych prowadzonych przez osobliwego reżysera. Tam jednak czeka na nich tylko upokorzenie i wykorzystywanie. Wydarzenia te doprowadzają do coraz bardziej prywatnych zwierzeń głównych bohaterów o tym, jak wyglądają realia osoby homoseksualnej w Polsce.
Mamy tu bowiem do czynienia z wykorzystywaniem seksualnym, relacją z rodzicem i strachem przed ujawnieniem swojej tożsamości, chorobą HIV czy życiem jako „przykrywka” dla swojego partnera. I choć można by nazwać tę tematykę banalną, Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce potrafią sprawić, by wybrzmiała ona prawdziwie. Kłębowisko problemów, z którymi mierzą się główni bohaterowie, ukazuje dramaty rozgrywające się w polskich domach. Przy wigilijnym stole nie ma bowiem miejsca na akceptację. Emocje ukazane na scenie z pewnością na długo pozostaną w pamięci.
Należy również zwrócić uwagę na znakomite aktorstwo. Występy aktorów wzruszają, powodują śmiech, a także pełną konsternacji ciszę. Dodatkowym plusem jest także prowadzona od początku spektaklu interakcja widza z aktorem. Michał Telega, opracowując scenariusz, miał czerpać z osobistych doświadczeń artystów. Fakt ten jeszcze mocniej wpływa na odbiór wydarzeń rozgrywających się na scenie.
Przedstawienie „Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce” porusza omawianą tematyką. Do tego dochodzi świetne aktorstwo i trafiona oprawa muzyczna. Mimo że momentami na scenę wkrada się lekki chaos, spektakl w punkt obrazuje współczesne polskie realia. W końcu „chłopak i dziewczyna to normalna rodzina” prawda?
I jestem spełniony, 04 sierpnia 2022
Link: https://ijestemspelniony.pl/szal-nagich-cial-czyli-krakowski-spleen-w-2022-roku/
Na polskim podwórku jest wciąż wiele do zrobienia w kwestii równego traktowania osób, niezależnie od pochodzenia, poglądów, czy orientacji seksualnej. Ostatnie lata można śmiało nazwać regresem w tej przestrzeni życia społecznego, rządzący promują zgoła tradycyjne postawy, dyskryminujące osoby LGBT+. Może to odrobinę przypominać schyłek ubiegłego stulecia, czas powstania „Aniołów w Ameryce” Tony’ego Kushnera.
Michał Telega w krakowskim Teatrze Barakah skupił się na temacie braku tolerancji, ale i na problemach młodych aktorów, usiłujących rozpocząć zawodową ścieżkę. Pierwotnie twórcy chcieli wystawić dramat Kushnera, jednak nie otrzymali zezwolenia, co o dziwo przyniosło pozytywny efekt. Związki gejowskie, HIV nie są już tematami tabu, poza tym na afiszu nowohuckiego Teatru Ludowego ten dramat jest wciąż obecny. Ta sytuacja stała się motorem powstania spektaklu alternatywnego, o podobnie brzmiącym tytule „Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce”. W tym przypadku reżyser pełnił również rolę dramaturga, tej wariacji na temat amerykańskiego dramatu.
Młodzi aktorzy przez sporą część spektaklu występują prawie nago, jednak to tylko cieszący oko wabik pod którym ukryte są pełne ciężkich przeżyć historie osób homoseksualnych. W momencie zaklinania śpiewem, przypominającym szamańskie zwyczaje powoduje wyjście z młodych mężczyzn demony, związane z ich wcześniejszymi przeżyciami. Coming outy to opowieści naznaczone osobistymi dramatami, rozstaniami z rodziną. Ileż już słyszeliśmy podobnych historii… ale choćby po ilości osób, których każdego roku coraz więcej decyduje się na emigrację z Polski, widać, że temat istnieje. Dlatego spektakl w Teatrze Barakah to rzecz nie do przegapienia!
Poza tematem samoakceptacji i akceptacji, jest w nim też poruszana relacja reżyseraktor, która bardzo często sprowadza się do roli mistrz i słuchacz. Gdzie ten pierwszy jest wiedzącym lepiej. W tej roli Ana Nowicka wypadła wspaniale, jest zgorzkniała i rasistowsko władcza, aktora o ciemniejszej karnacji nazywa „Czarnulką” i każe mu parzyć sobie kawę. Przedmiotowość w stosunku do drugiego człowieka daje dużo do myślenia, pozwala się zmierzyć z problemem relacji panujących w teatrze, o którym ostatnio dużo się mówi pod wpływem ruchu #metoo Nie dotyczy on tylko kobiet, ale młodych osób zaczynają uprawiać zawód.
Zaskoczył mnie Łukasz Szleszyński, którego na co dzień można oglądać na deskach Bytomskiego Teatru Tańca Rozbark, w roli dramatycznej sprawdza się równie dobrze, czemu sprzyja spajająca wątki choreografia Piotra Mateusza Wacha.
teatrologia.info, 12 maja 2022
Link: https://teatrologia.pl/recenzje/artur-grabowski-kupie-flakonik-bez-perfum/
Gdybyż można mieć ten flakonik bez tych perfum… Gotów byłbym zapłacić za taki bibelot i wysiedzieć półtorej godziny na twardym krześle w dusznej salce, żeby go admirować. Gejowską fantazję na tematy narodowe Tony’ego Kushnera, z której Amerykanie (czy wszyscy?) zrobili sobie onegdaj swoje Dziady, młody polski autor przepisał dzisiaj po polsku, żeby wpisać w nią rodzime jakoby realia. Stało się to niejako przypadkiem. Oto bowiem artyści z krakowskiego teatru Barakah chcieli ponoć wystawić głośną sztukę u siebie, ale okazało się, że dla właściciela praw autorskich do niej dzieło to jest dobrem narodowym, za które należy słono zapłacić albo obejść się smakiem. Od takiej informacji, swoistej parabazy, zaczyna się spektakl.
Wzruszyła mnie zaiste ta deklaracja wierności jankeskim zasadom, i ta słowiańska pokora nie mniej. No, tak już mam, że ludzkiej naturze przypisuję dobrą wolę, a ludzkiemu wynaturzeniu złą; i poczytuję to sobie za lokalną cnotę, realizowaną w aktualnych czasach. Mój prowincjonalny umysł, niepokalany krytyczną sztuką, acz naznaczony sentymentalnym sercem, raduje się przeto z równą prostodusznością owym wzniosłym deklaracjom wiary, wykrzykiwanym na manifestacjach, tych z lewa i tych z prawa, jakie z właściwą sobie otwartością gości polska ulica i jakim otwiera sceny rodzimy teatr. Oba pochody i obie sceny zderzają się ze sobą, bo ich uczestnicy jednako domagają się przecież ludzkiej godności i potępiają tyranów. Wierzę głęboko, że każda ze stron chce dobrze, a nawet lepiej niż strona przeciwna. Tak zapewne bywa i za oceanem. A jednak jest różnica… Kiedy jedni klękają przed cudzym idolem, gardząc własnymi symbolami, drudzy stają murem w obronie własności, w przekonaniu, że narodowa tożsamość jest bezcenna, choćby nawet dało się ją skomercjalizować. Granica między tymi dwoma światami wydaje się płynna, ale coraz bardziej nie do pokonania.
Nie będą nam tu Polaczki jakieś kalać świętości – federalnej, żydowskiej, ogólnoludzkiej! Taki wykrzyknik migocze mi z tyłu głowy, kiedy wysiaduję face to face z aktorami sceny na krakowskim Kazimierzu, takie obco brzmiące przesłanie słyszę z oddali, chociaż zagłusza je potok znanych mi monologów po polsku. Ciekaw jestem, czy amerykański autor (agent?) bał się, że rzecz może wpaść w ręce jakiejś heteroseksualnej, pro-patriarchalnej reżyserki z ojczyzny antysemitów? Przecież wiadomo, że na wschodnioeuropejskim stepie nie szanuje się kultury i tradycji, którą ludy cywilizowane znają pod swojskim imieniem tolerancyjnej demokracji. U nas, podszeptuje potomkom kolonistów duch praw człowieka, nie przepisuje się arcydzieł, bo prawa autorskie są nienaruszalne, jak konto w banku. U was kradnie się licencje na nasze ideologie, ale my dobrodusznie pozwalamy na ten proceder, bo w nim hipokryzja składa hołd cnocie w akcie konformizmu. Jeszcze jeden spektakl zatem o cudzym problemie w niewłasnym domu.
A przecież Michał Telega zrobił dobrą teatralną robotę. Powstał spektakl zagrany koncertowo, performans zwarty, organiczny w dramaturgicznej kompozycji, przekonujący zaangażowaniem twórców. Wychodząc od znanego artystom chwytu – zrobić kamień węgielny z kamienia odrzuconego – autor i reżyser stworzył dzieło zarazem metateatralne i dokumentalne, formalnie atrakcyjne i treściowo szczere. Stawiając na rasowego raczej niż na pociągowego konia, przeczuwał chyba, że łatwo może popaść w stereotyp, tyleż artystyczny, co ideologiczny. Ten drugi co prawda raz po raz będzie powracał, ale też za każdym razem uda się go zneutralizować autotematyczną autoironią. Sprytnie też dramaturg rozbraja ewentualne ataki i zawczasu odparowuje przewidywalne ciosy. Pomysł zasadza się bowiem na tym, że przez cały spektakl utrzymuje się niepewność widza co do prawdziwości i sztuczności pokazywanego tu świata, szczere wyznanie i gra konwencjami niemal się równoważą, a chociaż racje politycznego sporu nie są bynajmniej rozłożone symetrycznie, to zarazem nie stają się bronią w prymitywnej wojnie, lecz usiłują wznieść się na poziom uniwersalny – poziom teatralizacji społecznych zachowań. Stare argumenty pozostają oczywiście w mocy: tradycyjna rodzina to źródło opresji wobec indywiduum, patriotyzm to nacjonalizm, a nacjonalizm to antysemityzm, zaś antysemityzm to to samo, co homofobia. Tony Kushner, który deklaruje się (słyszałem przed laty na żywo), że jest gejem jako Żyd i odwrotnie, byłby wniebowzięty, choć śmiem przypuszczać, że takie utwierdzenie się we własnej wierze nie przeanieliłoby jego humanistycznej duszy. Kiedy jednak puścimy mimo uszu partyjny bluzg i infantylne pretensje narcyza, w muzyczno-ruchowej kompozycji zobaczymy po prostu teatralny żywioł, jaki zespół z piwnicznej izby, co była niegdyś żydowską mykwą, konsekwentnie podtrzymuje ze spektaklu na spektakl, dopracowując się oryginalnego gatunku teatralnego. Anioły w Barakah przypominają bowiem jako żywo niedawnych Innych ludzi – równie efektownie robiąc użytek z walorów i wad specyficznego miejsca oraz sprawnie korzystając z warunków, jakie daje zgrany, bo pozbawiony gwiazd, zespół. Właśnie pomysł na zespołowość zasługuje w produkcjach krakowskiej kompanii na najwyższe uznanie. W umiejętności łączenia aktorskich ciał i głosów w członki zbiorowego ciała zdolnego wypełnić sobą ciasną klatkę widzę dziedzictwo zapomnianej alternatywy (Grotowski, Gardzienice), ale też dobrze wyuczoną lekcję i samodzielnie rozwiniętą koncepcję postdramatycznej przemiany teatru głównego nurtu. Podczas gdy alternatywni zdają się powtarzać stare numery, a nowocześni zgrali się do mechanicznej autoreprodukcji w piwnicy na Paulińskiej rodzi się nowe.
Rzecz jest zatem, jako się rzekło, o samym teatrze, o tych tutaj aktorach i, być może, również o ich osobistych sprawach. Zaczyna się od upokarzającego castingu: trzech urodziwych młodzieńców obnaża się do skóry i do dna godności przed reżyserem oprawcą, przewrotnie zresztą upostaciowanym w kobiecie o wyraźnie męskiej aparycji. Potem chłopcy płynnie zmieniają się w dorosłych mężczyzn, którzy zrazu grają narzucone im role w heteroseksualnym, patriarchalnym społeczeństwie (a nazywa się ono, nie wiedzieć czemu, „Polacy”), a potem dokonują obnażenia swoich skrywanych dotąd pretensji do tegoż społeczeństwa (ono zaś ma, nie wiedzieć czemu, narodowość), przy okazji ośmieszając matkę i ojczyznę (Ale gdzie jest tata?) oraz małżeństwo, z zasady toksyczne, bo różnopłciowe. Proste, prawda? Na szczęście jesteśmy w teatrze, więc zawartość opakowania możemy zignorować, żeby cieszyć się formą, bo ta czysta jest jak łza, której dzięki temu nie musimy uronić naprawdę.
Ta jawna sceniczność, w połączeniu z właściwą temu miejscu fizyczną bliskością performerów i publiczności, umożliwia rozgrywkę na granicy działań i oddziaływań, na styku wyznania i recytacji, w przestrzeni ruchu i słuchu, w planie bezpośredniej konfrontacji z widzem i w głębi sceny, która towarzyszy widzowi nieustająco jako nieodparte tło. Obnażeni młodzieńcy raz więc stają się aktorami, czyli sobą, innym razem postaciami aktorów, czyli… też sobą. A zarazem nigdy sobą nie są, bo ujawniając realność scenicznej obecności, mimowolnie potwierdzają produktywność swoich działań, przeto zmieniają się one w gesty-manifesty, żeby natychmiast znowu wyjść z ramy miejsca gry na podłogę u stóp siedzących w fotelach. Reżyser rozbija jedność tej grupy, nie tracąc nic z harmonii współistnienia równoległych przestrzeni, ścieśnionych na dodatek na odległość pół-gestu, pół-kroku ciał wystawionych na widok publiki. Tylko kobiety w tym świecie są ubrane, panowie paradują w kolorowych slipkach we wzorki rodem z rajskiego ogrodu. Żywość ciał podkreślają urządzenia techniczne: jak zwykle trzeszczą mikroporty, w tym przypadku uzasadnione konceptualnie, bo przecież nie praktycznie, akcydentalnie wyłaniają się mikrofony, nad głowami dyskretnie projektują się obrazy, przewrotnie wypełnione ciałem w takim zbliżeniu, że jego ludzki kształt redukuje się do bezosobowej materii, z boku siedzi didżej i gitarzysta w jednym, a w tle przesuwa się… kolejny mężczyzna, tym razem zupełnie nagi, choć przesłoniony w miejscach intymnych przepierzeniem z kwiatków ustawionych niczym na parapecie, ale tak, że widzimy jego stopy – stopy w baletkach, stopy wsparte na palcach przez cały czas trwania spektaklu. Kiedy na pierwszym planie odbywa się śpiewogra, pod ścianą autentycznie cierpi realna osoba.
Operowanie grupą w przestrzeni to najmocniejszy atut przedstawienia; w pewnym sensie to ta gra planami nadaje mu walor uniwersalnej metafory, bo budzi uczucie obcowania z tajemnicą porządku, ratując dzieło sztuki przed popadnięciem w polityczną demonstrację. Rytm przedstawieniu nadaje muzyka (Piotr Korzeniak), dzięki niej sceny niepołączone fabułą utrzymują zwartość, odrębne mikrodramaty rozgrywają się w swoich własnych lokalizacjach, a aktorzy koncentrują się na wyznaczonych im zadaniach. Właściwa współczesnej reżyserii decentralizacja percepcji ujawnia tu swoją celowość, bo to dzięki niej udaje się zagospodarować różnorodność w spójny przekaz i uzyskać efekt egalitarnej obecności aktorów na scenie. Postacie w takim dramacie pojawiają się momentalnie i na krótko, albo zgoła wcale, nie wchodzą ze sobą w relacje; są wszak kukiełkami w drżącej strukturze bez scenariusza, autonomicznymi i biernymi jednocześnie członkami dysfunkcyjnej wspólnoty. Tacy podmiotowości mogą jedynie pragnąć, a w końcu desperacko żądać, bo na co dzień sami odbierają ją sobie wzajemnie ze strachu przed samotnością, przed nieosiągalną wolnością, którą oferuje im powszechny brak oparcia. Zestawienie happeningu z kabaretem daje efekt ironicznej tragedii, ukrytej za fasadą gry i tam rozegranej w zwolnionym tempie, staje się alegorią realnej sytuacji – cierpienia za plecami rytuałów i przed obliczem obserwatorów, cierpienia nie do zignorowania, bo rudymentarnego w swojej cielesności. Na tym poziomie, tym gruntowym, opowieść o chorobie i o wykluczeniu staje się naszą historią. Ale czy tak osiągnięta uniwersalność nie kompromituje zarazem wyjątkowości tego, co tak usilnie starają się wykrzyczeć ci, z którymi cóż innego możemy mieć wspólnego niż to, czego z nimi nie możemy podzielić – ból?
Nie pierwszy raz przekonuję się, że otwarcie i prowokacyjnie homoseksualna tematyka w sztuce podkłada nogę wartościowym artystom. Narcystyczny lament nad sobą zagłusza głos dobywający się z głębszego źródła. Od takiego dzieła instynktownie odgradzam się murem obcości świata, w którym każe mi się uczestniczyć wbrew mojej wrażliwości, wychodzę więc pełen uznania dla kunsztu i obojętny na treści. Bo wcale nie chodzi tu o mnie, jeżeli nie chodzi o nas. Oficjalny opis artystycznego konceptu uwiadamia, że dzieło jest wynikiem zbiorowego wysiłku, długich rozmów o życiu i w rezultacie zawiera prawdy objawione członkom zespołu z dna ich własnych urazów, ale na szczęście reżyserska ręka nie wypuszcza tych memuarów z formalnego uścisku. Chwała sztuce indywidualistów! Jestem mocno sceptyczny wobec wspólnotowych metod pracy, bo jak dotąd dają one zaskakująco wątłe rezultaty: z osobistych historii nieodmiennie powstają historie przewidywalne, boleśnie płytkie i żenująco nieinteresujące w swojej prywatności. Z tego, co miało być „prawdziwe”, i niewątpliwie było, wyłazi zawsze to, co „publicystyczne”, bo kiedy na siłę próbujemy ze sobą kolaborować, to nieuchronnie stajemy się podobni do wspólnych idoli. Gdyby więc nie ten teatr…
Gdyby nie opowieść o samej istocie aktorstwa, działania realnego i sztucznego jednocześnie jak samo życie, ja-widz stałbym się tym-patrzącym, od którego nie wymaga się udziału w artystycznym wydarzeniu, a jedynie poklasku dla słusznych poglądów. Dzięki Bogu, albo dzięki Materii, kiedy uleci aromat perfum, flakonik zostanie z nami na dłużej.
Festiwal Interpretacje – felieton o spektaklu, 23 listopada 2022
Link: https://festiwal-interpretacje.pl/kultura-nadal-zrodlem-cierpien-felieton-ospektaklu/
Już podczas gromadzenia się publiczności aktorzy siedzą w swobodnych pozach na scenie i gawędzą. Mimo chaotyczności i hermetyczności konwersacji, można wyłapać wątki dotyczące sztuki, którą za chwilę odegrają. Na przykład spór o to, czy anioł może być czarny.
Za ich plecami, częściowo zakryta kwietnikiem, na czubkach palców, w pointach, stoi naga, męska postać. Będzie tak stać, nieruchomo – jeżeli nie liczyć drgań zmęczonych mięśni – i niemo przez cały spektakl, by dopiero na końcu wygłosić obronę banalnych prawd.
Pierwotnie zamiarem Michała Telegi było zaadaptowanie dramatu Anioły w Ameryce Tony’ego Kushnera, pokazującego problemy nowojorskich gejów i mniejszości rasowych w czasie szalejącej epidemii AIDS oraz bezrobocia za konserwatywnych rządów Ronalda Reagana. Ze względu na trudności z pozyskaniem praw autorskich reżyser stworzył jednak własną sztukę, nawiązującą do Aniołów…, lecz zarazem bazującą na doświadczeniach całej ekipy, dotyczących wychodzenia z szafy, uzależnień, dyskryminacji oraz mobbingu. Ten zabieg pokazał, że problemy opisane przed trzema dekadami po drugiej stronie oceanu są we współczesnej Polsce nadal żywe i bolesne, aczkolwiek przybierają lokalny koloryt – na przykład homofobicznych i rasistowskich haseł wykrzykiwanych na marszach narodowców.
Współcześnie, gdy tak wiele mówi się o dyskryminacji i mobbingu, temat może wydawać się zbanalizowany. Zwłaszcza że w opowieściach tego typu wciąż pojawiają się podobne, niemal archetypiczne postacie. Konserwatywni rodzice, którym trudno wyznać prawdę o odmiennej orientacji. Dziewczyna-przykrywka, cierpiąca z powodu erotycznego odrzucenia przez homoseksualnego partnera. Kryptogej homofob nadużywający władzy. Autorytet (na przykład reżyser), który przekracza granice i poniża podwładnych.
Również reakcje na mobbing często się powtarzają. Czasami zarówno świadkowie, jak i ofiary w pierwszym – obronnym – odruchu śmieją się z obraźliwego żartu czy absurdalnego polecenia służbowego, a dopiero później płaczą. Nie brakuje też zarówno oburzenia na podobne zachowania, jak też bagatelizowania ich poprzez stwierdzenie, że współczesna młodzież jest delikatna jak płatki śniegu i z byle czego robi aferę. W bagatelizowaniu celują zwłaszcza osoby, które same dopuszczają się nagannych zachowań i uważają się za bezkarne z racji posiadanego prestiżu oraz doświadczenia zawodowego.
Być może jednak w sztuce – i w życiu – pojawiają się przede wszystkim tematy banalne, a zadaniem twórców jest poruszyć je w sposób niebanalny, sprzyjający społecznej zmianie, a przynajmniej refleksji? Wygłaszająca pochwałę banału naga postać, udręczona półtoragodzinnym staniem na czubkach palców, być może symbolizuje – jakże wyświechtaną – prawdę o bólu, jaki sprawia przystosowanie się do norm społecznych, okiełznanie potrzeb własnego ciała i ekspresji, a także o rekompensacie, jaką bywa odwaga, by zabrać głos.
Dziennik Teatralny Katowice, 29 listopada 2022
Link: http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/opowiesc-bardzo-prywatna.html
Spektakl, który miał w swoich pierwotnych założeniach miał zagrać głośną sztukę „Anioły w Ameryce” wyreżyserowaną przez Tony’ego Kushnera, która opowiada historię gejów w obliczu pandemii ADIS. Kushner otrzymał za Anioły w Ameryce wiele wyróżnień: Nagrodę Pulitzera oraz dwie Tony Awards, dwie Drama Desk Awards, the Evening Standard Award, the New York Critics Circle Award, the Los Angeles Drama Critics Circle Award and the LAMBDA Liberty Award for Drama. W 1998 roku londyński National Theatre uznał Anioły w Ameryce za jedną z dziesięciu najlepszych sztuk teatralnych XX wieku.
Krakowski teatr ostatecznie nie dostał zgody na zagranie sztuki, co spowodowało narodziny zupełnie nowej idei. Michał Telega zdecydował się używając historii z amerykańskiej sztuki opowiedzieć swoją historię o polskich realiach. Powieli postacie i główny wątek, lecz tak naprawdę sztuka została napisana od nowa. Reżyser stworzył zrobił bardzo prywatną opowieść, momentami autobiograficzną i emocjonalną historię krążącą tematem wokół homoseksualizmu, przedstawiona w sposób żartobliwy, lecz w swoim komizmie wywołujący różnie odczucia.
Od samego wejścia widz jest zapraszany do współtworzenia sztuki, wchodząc do sali spotykamy aktorów już na scenie, w ostentacyjny sposób rozmawiających między sobą próbujący nawiązać w sposób grubiański kontakt z publicznością. Dodatkowo na drugim planie stoi nagi aktor w butach do baletu, który w takiej pozycji pozostaje przez cały spektakl, tworząc żywy element scenografii pozostającym tłem do scen dziejących się na pierwszym planie. Pomimo braku tekstu i ruchu na scenie ogrywa ważny element w sztuce, gdyż, obserwując aktora zmagającego się z bólem, sprawia, że jako widz współodczuwamy jego dyskomfortu.
Sztuka rozpoczyna się streszczeniem historii, którą obejrzymy, wtedy dowiadujemy się prawdziwych imion aktorów, które sugerują, że granica pomiędzy tym, co nas cenią, a w życiu jest bardzo cienka. W spektaklu zagrali: Wojciech Kałuża, Michał Kłodnicki, Monika Kufel, Ana Nowicka, Marek Szajnar, Łukasz Szleszyński oraz Dawid Tas.
Reżyser do współpracy zaprosił kilku młodych artystów, którzy dopiero zaczynają swoją karierę, aby w pierwszej scenie wcielili się rolę początkujących aktorów, którzy są poniżani przez bardziej doświadczonego reżysera, co sprawia, że spektakl wydaje się pomieszaniem gry na scenie i prawdziwego życia.
Od samego wejścia widz jest zapraszany do współtworzenia sztuki, wchodząc do sali spotykamy aktorów już na scenie, w ostentacyjny sposób rozmawiających między sobą próbujący nawiązać w sposób grubiański kontakt z publicznością. Dodatkowo na drugim planie stoi nagi aktor w butach do baletu, który w takiej pozycji pozostaje przez cały spektakl, tworząc żywy element scenografii pozostającym tłem do scen dziejących się na pierwszym planie. Pomimo braku tekstu i ruchu na scenie ogrywa ważny element w sztuce, gdyż, obserwując aktora zmagającego się z bólem, sprawia, że jako widz współodczuwamy jego dyskomfort.
Natomiast podczas dalszych scen zostajemy zarzuceni mnogością środków. Dostajemy między innymi: przemoc, ból, krzyk, nagość, taniec. Problemy, z jakimi muszą zmagać się bohaterowie – a tak naprawdę ludzie homoseksualni żyjący w Polsce zostaje nam brutalnie przedstawione w wielowątkowej opowieści. Przeciwstawiane humoru i tragedii w najbardziej niewrażliwy i brutalny sposób wprawia widza w oszołomienie.
Jest to bardzo odważna i mocna sztuka, w niekonwencjonalny sposób podejmująca problem osób homoseksualnych w Polsce, lecz nie tylko mamy tu również problem rasizmu, nietolerancji, problemach w rodzinnych i chorobach.
Spektakl niewątpliwie porusza temat potrzebny i szeroko omawianym w Polsce w nowy sposób.
Post na Facebooku, 28 października 2024
Mocno. Ambitnie. Bezkompromisowo. Kolejny raz Zespół Teatru Barakah zaskakuje i zachwyca: rzetelnym rozpracowaniem podjętego zagadnienia, solidnym studium psychologiczno-emocjonalnym i wreszcie bezpretensjonalnie realistycznym przedstawieniem tematu w trudnej, ale jakże profesjonalnie zrealizowanej i wykonanej aktorsko inscenizacji!
Twórcy spektaklu „Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce” inspirowali się dramatem zatytułowanym „Anioły w Ameryce”, ale to, co dzieje się na scenie przedstawia polskie piekło (nie piekiełko) XXI wieku – brak tolerancji i krztyny chęci zrozumienia tych, którzy myślą i kochają inaczej, zepchnięcie ich poza margines utartego, tradycyjnego schematu rodziny, wykluczenie i stygmatyzacja. Autor scenariusza, Michał Telega, ukazuje młodych ludzi, na początku ich artystycznej drogi, muszących poradzić sobie z tkwiącymi w nich, głęboko zakorzenionymi, demonami, którzy skazani są (poprzez pryzmat swojej inności) na trudną konfrontację z rzeczywistością. A ta jest dla nich okrutna. Nawet Chrystus pozostaje bezradny, nie posiadając narzędzia do skutecznego przeciwstawienia się nietolerancji, obłudzie i krzywdzie.
Bardzo osobiste historie, które jak w kalejdoskopie przewijają się w spektaklu, mobilizują do analizy własnych doświadczeń, z którymi niejednemu z nas przyszło się mierzyć.
Wielkie brawa dla autora scenariusza i reżysera Michała Telegi za podjęcie i mądre rozpracowanie niezwykle trudnego tematu, dla autora muzyki, Piotra Korzeniaka, który stworzył świetnie brzmiące wsparcie akcji scenicznej, dla Zespołu Aktorskiego (Wojciech Kałuża, Monika Kufel, Michał Nowicki, Marek Szajnar, Alex Spisak, Łukasz Szleszyński, Dawid Tas, Hubert Woliński), który potrafił stworzyć przeszywający na wskroś klimat opowieści, a także realistycznie odtworzyć emocje tych, którzy przez społeczną pseudopoprawność nie mogą pozbyć się traum oraz pokonać własnych demonów.