Dziennik Polski, 24 listopada 2017
Link: https://dziennikpolski24.pl/za-kulisami-heroinowa-rodzina/ar/12703686
Młoda dziewczyna Christiane, przez chłopaka i jego grupę poznaje smak kokainy, LSD, ketaminy i innych specyfików. Wyprowadza się z domu, by ze swoją „heroinową rodziną” żyć na obrzeżach społeczeństwa, na narkotykowej krawędzi.
Spektakl w reżyserii Sebastiana Oberca jest jak studium wchodzenia w nałóg. Od przygody, ciekawości, otwarcia na nieznane, zwiększania intensywności doznań, po uzależnienie, które każe kraść, prostytuować się, pozować do pornograficznych zdjęć.
Bohaterowie znikają po kolei. Jeden po drugim, jedna po drugiej. Opowiadają historie swoich śmierci jak duchy z przeszłości. Kończą w brudnych, dworcowych i klubowych toaletach lub mieszkaniach sutenerów. Akcja rwie się, rozdziela.
To spektakl wpisany w przestrzeń Barakah, skrojony do tego konkretnego wnętrza. Wykorzystano jako zastaną scenografię kafelki znajdujące się na ścianach. Przywodzą one na myśl berlińskie stacje U-Bahnów i S-Bahnów, z którymi czas też źle się obchodzi. Wyszczerbione, poubijane kafle często są scenerią, w której rozgrywają się dramaty bezdomnych i narkomanów.
Oczywiste nawiązanie dla każdego, kto zna Berlin nieco lepiej niż tylko z turystycznych szlaków w przewodnikach. Do tego muzyka, która z jednej strony podkreśla błogość narkotycznych doznań, będących gdzieś ledwie na onirycznym styku z rzeczywistością, z drugiej – dramat egzystencji na obrzeżach społeczeństwa.
A gdzieś pomiędzy wibrujący rytm techno, dobiegający z parkietu książkowego klubu Sound, będącego mekką dla berlińskich imprezowiczów. Podobnie jest ze światłem, które w spektaklu podkreśla zmianę stanu pod wpływem narkotyku, wydobywa z szarego świata. Do czasu. Później jest tylko błyskiem migawki aparatu fotografa, robiącego pornograficzne zdjęcia. Migawka z życia.
Albo flesz aparatu policjanta, który dokumentuje miejsce znalezienia zwłok kolejnej narkomanki. Nawet takie smaczki, jak makijaż jednego z aktorów, czytelne nawiązanie do stylu Dawida Bowiego (w książce i filmie jego koncert to jedno z wydarzeń inicjacyjnych dla bohaterki) pokazuje, z jakim wyczuciem reżyser Sebastian Oberc przenosił tekst książki na scenę.
Aktorski poziom jest nierówny, co nie dziwi, skoro obok Krzysztofa Zarzeckiego (jego Ace to szaman grupy, przewodnik po świecie narkotyków), znanego dawniej krakowianom z desek Starego Teatru, jednego z najciekawszych aktorów swojego pokolenia, występują „młodzi-gniewi”, dopiero wchodzący w obieg teatralny. Ale to połączenie też jest ciekawe.
Od czasów „Szyca” nie widziałem w Barakah lepszego spektaklu.
Dziennik Polski
Link: https://dziennikpolski24.pl/podsumowanie-roku-2017-w-teatrze-w-krakowie-wesele-jako-metafora-podzielonego-spoleczenstwa-polskiego/gh/12804706/2
Książka kiedyś biła rekordy popularności wśród młodzieży. Teraz ten tekst, jako spektakl, stanowi wnikliwe studium popadania w narkomanię. Od ciekawości, przygody i błogostanu, po kradzieże, seks z klientami w obskurnych dworcowych toaletach, wreszcie śmierć z przedawkowania. Mocne i wstrząsające doświadczenie teatralne, wsparte rozmaitymi środkami – od świateł począwszy, na muzyce skończywszy. To jedno z najciekawszych przedstawień w historii sceny Barakah.
Link: http://nascenie.info/dzieci-dworca-zoo-teatrze-barakah/
Kulturatka.pl, 15 kwietnia 2018
Link: https://www.kulturatka.pl/2018/04/15/kreseczka-blancik-kreseczka-dzieci-z-dworca-zoo-recenzja/
Wyblakłe gazety i zniszczone kafelki na ścianie sali teatralnej przywodzą na myśl klimat starego dworca. Podobnie jak rozwieszone wokół plakaty, przedstawiające bohaterów spektaklu. Sfatygowany materac oraz brudne prześcieradło sprawiają wrażenie intensywnie użytkowanych od kilku pokoleń. W kącie nietypowa kompozycja: muszla klozetowa, światełka choinkowe, przeźroczysta folia. Squat z prawdziwego zdarzenia. Porozrzucane po podłodze kawałki „sreberka” nie pozostawiają wątpliwości, że ktoś tutaj lubi ostro przyćpać.
Inspiracją do stworzenia spektaklu dla reżysera Sebastiana Oberca stał się światowy bestseller „My, dzieci z dworca Zoo”. Zbiór wspomnień niemieckiej narkomanki Christiane Felscherinow spisało dwóch dziennikarzy „Sterna” – Kai Hermann oraz Horst Rieck. Opowieść o grupie nastolatków dorastających w Berlinie Zachodnim w latach 70. XX wieku po dzień dzisiejszy nie straciła, niestety, na aktualności. Po latach od pierwszego wydania ciągle cieszy się sporą popularnością, zarówno wśród młodzieży, jak i dorosłych, choć poruszana w niej problematyka od dawna nie stanowi tematu tabu.
Teatralni rodzice (czyt. twórcy) „Dzieci” wykorzystują miejsca oraz postaci z książki, ale nie odwzorowują idealnie wszystkich wydarzeń. Zaczyna się beztrosko: wnętrze dyskoteki Sound, ostre niemieckie techno w głośnikach, gra iluminujących świateł, spadające z sufitu bańki mydlane, wszechobecna chuć i oni – „heroinowa rodzinka”. Małolaty, którym diler wmówił, że rozwiązaniem wszystkich problemów będzie mała tabletka, niewinny blant albo szybkie ukłucie. Żyją z dnia na dzień, wspierają się nawzajem, dzielą każdą zdobytą działką i wspólnie sprzeciwiają ogarniającemu świat konsumpcjonizmowi. Piękni i młodzi. Gdyby tylko się nie pogubili, mogliby mieć wszystko.
Dopóki starcza im pieniędzy i narkotyków, czują się razem jak w niebie. Potem przychodzi zejście, a codzienna egzystencja powoli staje się piekłem. Marzenia o wspólnej przyszłości i cudownej miłości, które jeszcze niedawno były na wyciągnięcie ręki, stają się niemożliwe do spełnienia. Dobra zabawa zamienia się w obłęd. Przemoc rodzi przemoc. By zarobić na upragnioną działkę, trzeba umieć dobrze sprzedać się na mieście. Najlepiej gejowi albo pedofilowi. Nieuchronnie do świata tytułowych „Dzieci” zaczyna wkradać się śmierć. Znikąd ratunku…
Owacje na stojąco należą się całej ekipie aktorów, bez najmniejszego wyjątku. Jednak drobne dysproporcje w poziomie gry, pozwalają szczególne wyróżnić dwójkę z nich. Najmocniej poruszająca jest Ewelina Walczak, wcielająca się w główną bohaterkę – Christiane. Potrafi odtworzyć cały wachlarz uczuć, nie tylko spojrzeniem, mimiką, gestem czy ruchem, ale przede wszystkim sercem. Wyjątkową sprawnością ruchową, wspieraną demoniczno-kiczowatym imagem, wykazuje się Mikołaj Śmierzchalski. Nawet będąc chwilowo wyłącznie nieruchomą częścią tła, przyciąga ukradkowe spojrzenia widzów, skutecznie odwracając uwagę od wydarzeń na pierwszym planie i wzbudzając wewnętrzny niepokój. Dzięki umiejętnościom wokalnym całej grupy, na scenie pojawiają się liczne wstawki muzyczne. To właśnie partie śpiewane – głośno, wyraźnie i dramatycznie wyartykułowane – najgłębiej zapadają w pamięć. Zwłaszcza te, które wykonują Alina Szczegielniak oraz Paulina Michta.
Jaki musi być spektakl, by określić go mianem fantastycznego bądź rewelacyjnego? Przede wszystkim wbijający w fotel, przepełniony emocjami, trzymający w napięciu i na wskroś autentyczny. Takie właśnie są „Dzieci”. Kiedy na samym początku cała „ekipa z Zoo” bawi się w Soundzie, publiczność czuje się jak na dobrej imprezie i można przypuszczać, że spora jej część ma ochotę do nich dołączyć. Ich wielkie zbiorowe, wykrzyczane do tłumu „Fuck!”, budzi w adresatach wyczuwalny, wewnętrzny, młodzieńczy bunt. Z kolei gdy urocza Babsy w przykrótkiej sukience pozuje przed obiektywem fotografa-pedofila, niejedna osoba może poczuć się jak mała, bezbronna dziewczynka. Natomiast podczas sesji terapeutycznej Stelli, wszyscy obecni, wspólnie z dziewczyną, bezwiednie dotykają wzrokiem przywoływanych przez lekarza przedmiotów.
„Dzieci z dworca Zoo” to mocne, trzygodzinne widowisko. Porażające i przerażające zarazem. Z gatunku tych, które zaraz po zakończeniu chciałoby się z pewnych względów wyrzucić z pamięci, ale jednocześnie obejrzeć ponownie. W czasie tych stu osiemdziesięciu minut zaledwie jedna scena jest odrobinę przeciągnięta – a to ogromny sukces twórców. Specyficzny charakter wnętrza Teatru Barakah (kto był, ten wie, kto nie wie, niech się koniecznie wybierze) sprawia, że spektakl jest jeszcze bardziej realistyczny. Jeśli chcesz naprawdę mocnych wrażeń – pójdź na niego sam. Jeśli jesteś rodzicem, opiekunem, pedagogiem, wychowawcą – zabierz swoich podopiecznych. Zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku, teatralne studium narkomanii stanowi gwarancję doskonałej terapii profilaktycznej.
P.S. Przyjemna informacja dla naszych czytelników, fanów, sympatyków, zwolenników etc.: na hasło „KULTURAtka” czeka na wszystkich 10% zniżki – zarówno w kasie biletowej Teatru Barakah, jak i przy barze klimatycznego ArtCafe. (Uwaga! Promocja nie obejmuje „Rewii…”, „Dzieci…” oraz premier). Udanych seansów!
Kulturatka.pl, 15 stycznia 2020
Link: https://www.kulturatka.pl/2019/12/12/swiat-moze-byc-dobry-kiedy-sie-dobrze-przycpa-dzieci-z-dworca-zoo-recenzja/?fbclid=IwAR0Q381xC8TOc24CqSzWo-T1_r48762EtQkIt32kH9rh1n5wHFkv2C2CNto
“Dzieci z dworca ZOO” to spektakl inspirowany prawdziwą historią młodej Christiane. Mimo, że historia miała miejsce ponad 30 lat temu nadal (niestety) nie straciła na aktualności.
Na deskach teatru Barakah możemy zobaczyć trwający prawie 3 godziny spektakl wyreżyserowany przez Sebastiana Oberca. Zapis życia narkomanki nie jest łatwą i prostą historią do przedstawienia. Czy obsadzie teatru Barakah się to udało? Zachęcam do lektury.
“My, dzieci z dworca ZOO” czytałam jakieś 10 lat temu. Byłam wtedy w podobnym wieku do Christiane, gdy ta zaczęła swoją “narkotykową przygodę”. Idąc na spektakl nie pamiętałam dokładnie konkretnych wydarzeń. Miałam w głowie jedynie ogólny zarys historii. Może to i dobrze? Dzięki temu nie oczekiwałam, że spektakl będzie dokładnym odwzorowaniem książki. Pamiętałam jednak, że książka mnie mocno poruszyła, a nawet przeraziła. Zastanawiałam się czy po spektaklu będę mieć podobne odczucia.
Przedstawienie rozpoczęło się już w momencie zajmowania miejsc przez zgromadzonych ludzi. Powitały nas dziwne komendy typu: “pokaż ścianę”, “dotknij drzwi”. Byliśmy przez chwilę na sesji terapeutycznej, aby po chwili przenieść się do berlińskiego klubu “Sound”, gdzie młodzi bawili się w najlepsze przy głośnej muzyce techno.
W przedstawieniu pokazane są różne epizody z życia Christiane i jej “heroinowej rodziny”. Zaczyna się od ciekawości, fascynacji. Narkotyki dają szczęście, wyzwalają nieziemskie uczucia. Jednak z czasem przekształca się to w uzależnienie, walkę o pieniądze na kolejną działkę. Powoli zacierają się granice moralności. Młodzi ludzie dopuszczają się czynów, które odbierają im godność. W końcu, jedno po drugim, zaczynają umierać.
Jako widowni przyszło nam być świadkami narkotycznych rozmów, spotkań z klientami, prostytucji, kradzieży czy też pornograficznych sesji fotograficznych. Pojawiały się odważne sceny, ostre słowa. Dopełnieniem tego była muzyka, do której wybrzmiewały słowa wyśpiewywane przez kolejnych bohaterów. Dodało to z pewnością dramatyzmu. Śpiew wydawał się być pełen emocji, jednak odpowiedni odbiór zaburzał mi nieco dobór słów. Teksty wydawały mi się zbyt banalne i niedojrzałe. Ale może o to chodziło – w końcu bohaterowie mieli po kilkanaście lat. Dobrze wybrzmiał utwór wyśpiewany przez Ewelinę Walczak, odgrywającą rolę Christiane. Bez wątpienia ma bardzo ciekawą barwę głosu.
Scenografia sprawiła, że czułam się jakbym rzeczywiście była na obskurnym dworcu. Z pewnością pomogły w tym wyszczerbione kafelki znajdujące się na ścianie sali teatru Barakah. Na ziemi walały się śmieci i sreberka. W wielu scenach wykorzystany był stary, brudny materac, przykrywany co rusz białym prześcieradłem. Ale najważniejsze w tym wszystkim było światło. To ono wprowadzało nas w klimat kolejnych scen, przeprowadzało przez kolejne fazy nałogu, zwątpienia, śmierci. Było to szczególnie widoczne, gdy bohaterka przeżywała chwile bólu i upokorzenia. Gdy stany euforii już dawno minęły pogrążyła się w mroku.
Ciekawym zabiegiem było również zaangażowanie widowni. Aktorzy przemieszczali się pomiędzy widownią, częstowali papierosem, wyciągali na parkiet klubu Sound, zadawali pytania, czasem niezręczne. Potęgowało to uczucie dyskomfortu odczuwanego przez większość przedstawienia. Jednak publiczność niezbyt chętnie wchodziła w interakcje.
Gra aktorska była na zróżnicowanym poziomie. Zabrakło mi trochę głębszego wejścia w głowę i psychikę konkretnych postaci.
Ewelina Walczak, która odgrywała główną rolę, w początkowych scenach wydawała mi się nienaturalna i niezbyt pasowała mi do Christiane. Jednak z każdą kolejną kwestią coraz bardziej wchodziła w rolę. Jako narkomanka musiała grać nie tylko poprzez mimikę twarzy czy ton. Swoim ciałem musiała pokazać głód narkotykowy, drgawki czy też wstyd spowodowany poniżeniem. A z tym poradziła sobie bardzo dobrze.
Opuszczając Teatr Barakah po “Dzieciach z dworca ZOO” miałam mieszane uczucia. Nie wiedziałam co powiedzieć, jak ocenić. Ale może to właśnie w tym tkwi siła tego spektaklu? Polecam przekonać się samemu. Zapewniam, że te 3 godziny nie będą się dłużyć.
Kulturatka.pl, 19 grudnia 2017
Link: https://www.kulturatka.pl/2017/12/19/dzieci-z-dworca-zoo-recenzja/
Od ponad trzydziestu lat lektura Christiane F. cieszy się niesłabnącą popularnością szczególnie wśród nastolatków. Szczere i brutalne wyznania narkomanki na łamach książki niejednokrotnie szokują i obnażają świat uzależnionych. Sebastian Oberc przenosi świat Christiane F. na deski krakowskiego teatru Barakah i naprawdę warto go zobaczyć.
Niemal zawsze, gdy po przeczytaniu książki wybieramy się do kina na jej filmową adaptację mamy sporo oczekiwań i łatwo o rozczarowanie, dlatego nie wybieraj się na ten spektakl pełen uprzedzeń i wyobrażeń. Nie próbuj odczytywać książki na scenie, potraktuj ją jako inspirację do powstania spektaklu. Reżyser Sebastian Oberc na scenie nie kalkuje książki, przede wszystkim wypukla studium uzależnienia. Rozpoczyna od zagubienia bohaterki, fascynacji nowym światem i znajomymi. Dziewczyna wpada w szpony nałogu, który początkowo doskonale smakuje i jest kolorowy niczym światła neonów w ulubionej dyskotece „Sound”. Przez prawie trzy godziny obserwujemy zagłębianie się w nałogu nie tylko głównej bohaterki, ale i jej heroinowego rodzeństwa. Każdy jest inny, boryka się z różnymi problemami i z innego powodu wchodzi w nałóg. Wspólne z paczką z Dworca ZOO dochodzimy do momentu, gdy zabawa się kończy i kolorowe światła gasną. Wówczas pozostaje obskurny dworzec, przypadkowe kontakty seksualne, głód narkotykowy, rozpacz i ta niezwykła siła, która zrobi wszystko, żeby zdobyć choć ćwierć grama heroiny, by potem przez chwilę było tak „zajebiście dobrze”.
Spektakl mimo, że trwa ponad trzy godziny nie nuży widza, nawet tego, który książkę Christiane F. dobrze zna. Odważne sceny łamią tabu świata narkomanów, jednak dialogi i monologi są według mnie zbyt delikatne. Zabrakło mi głębszego uzewnętrznienia bohaterów, podczas kolejnych etapów nałogu. Jako widz chciałam być bliżej postaci, jej problemów i rozpaczy. Jednak reżyser do przekazu szczególnie ważnych tekstów posłużył się muzyką. Kapitalne wstawki muzyczne są dopełnieniem tego, co nie wybrzmiewa z ust bohaterów. Utwory dodają sztuce dramatyzmu i unikatowego charakteru, którego próżno szukać w książce. Natomiast scenografia przenosi nas w brudny i odrażający świat narkomanów, dlatego patrząc na scenę na pewno nie poczujesz się komfortowo.
W roli głównej Christiane F. wystąpiła Ewelina Walczak i śmiem napisać, że w roli odnalazła się doskonale, bo aktorka miała niewiele ponad tydzień na przygotowanie się do spektaklu w ramach zastępstwa. W tej sztuce o dobrej ocenie nie decydowały tylko gesty, dialogi, czy mimika twarzy. Całe ciało odgrywało rolę narkomanki na przykład drżąc, udając narkotykowy głód. Na scenie można zobaczyć także Dawida Ogrodnika, który przeżywa swoje aktorskie pięć minut, choć śmiem twierdzić, że w jego przypadku pięć minut będzie trwało znacznie dłużej. Szukałam w nim czegoś, co można skrytykować lub ocenić negatywnie. Niestety, Ogrodnik wspaniałym aktorem jest i basta. Na wyróżnienie spośród wszystkich postaci zasługuje zdecydowanie Mikołaj Śmierzchalski, jego rola choć ma charakter epizodu daje się zapamiętać wśród wielu innych wątków. Jego postaci nie chcielibyście spotkać na ulicy ani w żadnym innym miejscu. Spośród całego zespołu tylko jeden z bohaterów moim zdaniem nie pasuje do pozostałych, jest to Detlef (Marcel Parysek). Uważam, że nie jest autentyczny w obsadzonej roli, a Ewelina Walczak odgrywająca rolę Christiane wyróżnia się na jego tle znakomitą grą aktorską, choć przypominam, że do roli przygotowywała się zaledwie kilkanaście dni.
Historia, gra aktorska, muzyka, scenografia – jest wiele powodów, dla których naprawdę warto zobaczyć ten spektakl. Jednak ponad tym wszystkim jest też wartość profilaktyczna, bo chyba nigdy w krakowskim teatrze nie widzieliśmy tak atrakcyjnie wyeksponowanego problemu narkomanii. W czasie, gdy młodzi mają nieograniczony dostęp do wszystkiego powinni na własne oczy zobaczyć jak kolorowe światła dyskotekowych neonów zamieniają się w nekrologii, a wszystko zaczyna się od ciekawości i jednej małej działki.