TeatrVaria, 9 listopada 2025
Link: https://teatrvaria.blogspot.com/2025/11/arizona-na-podlasiu.html#more
Z Rzeszowa do Krakowa blisko, a Teatr BARAKAH zawsze kusi. Dlatego po festiwalu „Źródła Pamięci” wybrałem się na Paulińską w Grodzie Kraka. „Arizona” w reżyserii Michała Nowickiego ze scenariuszem Anieli Płudowskiej. Kolejna przymiarka do opowiedzenia na nowo, czy może raczej zbudowania własnej, dalej idącej historii na fundamencie sfilmowanego już arcydzieła kina. Powstał spektakl oszałamiający. Tempem, konwencjami, odważnie, wręcz brawurowo zagrany na malutkiej przecież scenie. Ale w BARAKAH sam fakt posiadania talentu nie stanowi jeszcze przepustki na dechy. Trzeba mieć serce do teatru. I dlatego tak bardzo ich cenię.
Pierwowzór to „Arizona Dream” Emira Kusturicy. Gdzie można osadzić akcję polskiej wariacji na temat tego filmu? W Białymstoku, oczywiście. A konkretnie w rejonie komisu samochodowego „Arizona”. Tylko tam ludzie są prawdziwi, zanurzeni w świecie życia i śmierci na poważnie. Twórcy umiejętnie selekcjonują to, co z Kusturicy nadaje się do implementowania na podlaskiej ziemi i usuwają to, czego Kraina Bijących Sztachet mogłaby nie wytrzymać. Dodają tez swoje wątki. Zaskakujące i pozornie nieprzystające do pierwowzoru. Wyobrażacie sobie Państwo Bohuna w „Arizona Dream”? Bo w „Arizonie” Bohun się zadomowił i wygląda jakby nic innego w życiu nie zajadał poza kiszką ziemniaczaną od Mistrza Lecha.
Obsada została zmniejszona do pięciorga postaci. Leo – świetnie zagrany przez Michała Kościuka – wuj głównego bohatera, czyli Podlasiak z krwi i kości. Wszystko mu można zarzucić, tylko nie to, że on postępowy. Na pewno? Leo skrywa skrzętnie tajemnicę, którą wyjawi w odpowiednim momencie Axlowi, czyli swojemu bratankowi. Na dodatek znakomicie tańczy i śpiewa. Bo „Arizona” Nowickiego i Płudowskiej swobodnie skacze między konwencjami teatralnymi. Chwilami jest dramatycznie, za moment groteskowo, musicalowo i wreszcie ezoterycznie. Magia też unosi się nad tym spektaklem. I to czarna. Axel (Hubert Woliński) wraca do Białegostoku z Warszawy. Wuj kusi go możliwością przejęcia komisu. Zatrzymam się tu na moment. Woliński zadziwia możliwościami. Dla niego nie istnieje ograniczenie, jakim jest niewielka przestrzeń. Buduje swoją rolę wszelkimi dostępnymi środkami. Jest wyrazisty, konkretny i poza wszystkim odważny. Ryzykuje wiele, gdy błyskawicznie przemieszcza się wokół, pod i ponad stanowiącym główny element scenografii stołem. Widziałem różne metody wykorzystania tego mebla na scenie. Do tej pory świetna, choć piekielnie trudna była ta z „Bóg wyjechał” Anny Sroki-Hryń. Ale krakowianie poszli dalej. To, co przeżywa poczciwy stół i jakie figury się z jego udziałem wyczynia – budzi zachwyt, podziw i obawę. W scenie lotu Elaine (Monika Kufel) kilka razy pomyślałem: Nie. Oni po prostu wyłączyli grawitację. Bo stół postawiony na krawędzi, podtrzymywany przez Huberta Wolińskiego nie sprawia wrażenia konstrukcji nadmiernie stabilnej. A Elaine szybuje z jego pomocą nad dachami miasta lekka jak piórko. Pisałem już o sercu do teatru. Trzeba je mieć, aby w takiej scenie zagrać. Serce i świetny pomysł. Monika Kufel stworzyła od pierwszego momentu wyrazistą postać ekscentrycznej, szalonej i powabnej pełnej seksapilu kobiety. Elaine ma córkę. W tej roli Matylda Sawicka. Zadziwiająco dojrzała gdy trzeba, rozpaczliwie tragiczna kiedy tak „piszą się” losy jej Grace. O kapitalnym, głębokim głosie i świetnej dykcji. Przejmujące są jej rozmowy z duchami w poszukiwaniu tożsamości i sensu życia na granicy śmierci.
Kolejny raz BARAKAH zaskakuje poziomem spektaklu. Tak, jakby tenże unosił się jeszcze wyżej, niż sięgała lecąca Elaine. A jest przecież w „Arizonie” jeszcze Paul i jego historia. Dawid Tas ma bodaj najwięcej do zagrania i choć spektakl w dużej mierze oddaje główną rolę Axlowi, Paul jest postacią napisaną przez Płudowską na wskroś po polsku i dla Polski. Interpretacje bohunowe w wykonaniu Tasa są po prostu świetne. Pełne humoru, dynamiczne, nienaganne warsztatowo. Gdy „Arizona” pojedzie w świat festiwalowy, będę zdziwiony jeśli Dawid Tas wróci z takiej wyprawy bez nagrody za najlepszą rolę męską. Silny, zdecydowany, wiedzący czego chce aktor charakterystyczny.
Zabawa konwencjami i fabularny misz-masz czynią z „Arizony” spektakl wieloznaczny, dający widzom przestrzeń do subiektywnych interpretacji. Rozważań o życiu, śmierci i jej nieuchronności. Przecięciu linii życia. Końcu, który staje się początkiem wiecznej nicości. Jest na tej scenie interesująco. tak artystycznie, jak intelektualnie. Kolejny ta BARAKAH pokazuje jakość. I cieszę się z tego niezmiernie, bo wiem że można tam bez obaw pójść, po co najmniej pełną głowę wrażeń.
P.S. Rosyjska ruletka to gra, w której musi być REWOLWER. Pistolet się do tego nie nadaje. Wiem, bo uwielbiam tę zabawę. Okiem widza, oczywiście…
Onarecenzuje, 8 listopada 2025
Link: https://onarecenzuje.wordpress.com/2025/11/08/645/
W powieści Bombel i Lola Mirosława Nahacza jest fragment, w którym narrator opisuje pustkę egzystencji mieszkańców stolicy. U Nahacza ich ból symbolizuje szadź pokrywająca wszystko mokrą warstwą. Jeden z bohaterów Arizony Anieli Płudowskiej (reż. Michał Nowicki) Alex (Hubert Woliński) snuje monolog utrzymany w podobnym tonie. Jego zdaniem, życie w wielkim mieście przypomina wegetację w oparach tłuszczu z fast foodów. Gęsty monolog dopełniają wizualizacje ryby (Yana Maroz) symbolizujące potrzebę odrodzenia i życia w zgodzie z naturą jak najdalej od miasta – molochu. Ryba jest taka mocno wpisana w naszą kulturę, że trudno wyjść poza jej symbolikę. W spektaklu motyw ryby nawiązujący do filmowego pierwowzoru (Alex – Deep zajmuje się znakowaniem ryb) w wizualizacjach pojawia się tak często, że jego symbolika trochę się rozmywa.
Alex, który w Warszawie odrzucił starą tożsamość Antosia, chłopaka z podlaskiej prowincji, a nie przybrał jeszcze nowej, za namową kuzyna (Dawid Tas) wraca w rodzinne strony. Na imieninach wuja (Michał Kościuk) poznaje Elaine (Monika Kufel) i jej pasierbicę (Matylda Sawicka). Dzięki osadzeniu akcji na podlaskiej prowincji bohaterowie są pełnokrwistymi postaciami z własnymi rytuałami, nawykami i przeszłością, a nie tylko figurami o obco brzmiących imionach wyciętymi z pierwowzoru Kusturicy. Na ich codzienność składają się detale: sposób, w jaki biesiadują przy stole, plany wyrwania się z wielkiego miasta, wreszcie urazy i uprzedzenia, które wychodzą na jaw wraz z rozwojem akcji. Język postaci odzwierciedla ich mentalność i styl życia. Wuj Alexa, wtrąca wiele zapożyczeń z gwary; jego postać dzięki temu bardzo zyskuje na autentyczności. Kościuk tworzy interesująca postać geja dokonującego coming out na prowincji, a nie w wielkomiejskim środowisku. Jego krewni mimo aspiracji do robienia kariery w wielkim mieście, są już rozczarowani wielkomiejskim życiem, ale powrót na prowincję też nie wchodzi w grę. Młodzi mężczyźni stają się osobami bez tożsamości; jedyną ucieczką pozostaje sen.
Od momentu kolacji w domu wuja, akcja biegnąca dotychczas linearnie, zaczyna się rwać, tworząc dopływy niczym rzeka, o której śni Alex, a skoki czasowe wywołują złudzenie zanurzenia się w onirycznej rzeczywistości. W tej rzeczywistości nie brak konfliktów; najbardziej widoczny jest konflikt matki i pasierbicy rywalizujących ze sobą o uwagę Alexa. Podłoża tego konfliktu sięgają czasów małżeństwa Elaine z przemocowym partnerem. Monika Kufel tworzy postać Elaine przerysowując jej drapieżną seksualność. Kufel podchodzi do neurotycznej Elaine z pewną czułością, a nawet dystansem biorąc w nawias jej erotyczny wizerunek. W scenie wejścia na dach, przypomina żonę z Postrzyżyn Jirzego Menzla swoją niezaspokojoną potrzebą zabawy i pragnieniem wyrwania z prowincjonalnej codzienności. Popkulturowych cytatów i odniesień jest w spektaklu dużo więcej. Kuzyn Alexa, początkujący filmowiec, przygotowujący etiudę opartą na Panu Wołodyjowskim Hoffmana, wciela się w Azję, a jego ojciec w pozostałe postaci (w tym Baśkę). W tym długim fragmencie teatru w teatrze tonacja spektaklu zostaje przełamana z lirycznej na komiczną. Recytowanie kwestii Azji w sposób zbliżony do Olbrychskiego można odczytać jako zabawę formą, żart wymierzony w obiegowe opinie, że młode pokolenie aktorów nie ma takiego warsztatu jak aktorzy wykształceni w PRL-u. Przejścia od komicznych do lirycznych rejestrów spektaklu częściowo utrudnia długa scena Azją i Baśką. Po solidnej dawce komizmu, trudno jest wczuć się w atmosferę sceny symbolicznego odejścia na które decydują się w finale bohaterowie spektaklu. Każdy z nich śni swój sen, przetwarzając nieprzepracowane wspomnienia z przeszłości. W tych wspomnieniach american dream miesza się z silną potrzebą wyrwania się z codzienności niezależnie od tego, czy jest się młodym mężczyzną, kobietą, gejem, czy osobą z przeszłością.
e-teatr.pl, 6 listopada 2025
Link: https://e-teatr.pl/podlasie-arizona-europy-63323
„At the Copa, Copacabana,
The hottest spot north of Havana,
Music and passion were always the fashion
At the Copa, they fell in love”
Barry Manilow ,,Copacabana”
Zgodnie z ugruntowaną linią programową Teatru Barakah ponownie na deski sceny przy ul. Paulińskiej przeniesione zostało dzieło filmowe. Tym razem wybór padł na nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem film Emira Kusturicy „Arizona Dream” ujęty z inscenizacji pt. „Arizona” w reż. Michała Nowickiego i ze scenariuszem Anieli Płudowskiej.
Ponownie wypowiadam się w formule analizy czysto teatralnej, ponieważ z materiałem źródłowym nie miałem okazji się zapoznać. I jak sądzę dzięki temu nieco bardziej krytycznym okiem mogę spoglądać na spektakl, z uwagi na fakt, że pierwowzór nie szepcze mi do ucha żadnych wyjaśnień.
I tak, przede wszystkim estetyka spektaklu jest dość różnorodna. Z jednej strony oniryczne segmenty, wykorzystujące postać narratora w eskimoskich okularach zapobiegających śnieżnej ślepocie, z drugiej absurd i groteska rzeczywistości, w której wiele faktów się celowo nie zgadza. Do tych ostatnich należy zaliczyć przede wszystkim grę w rosyjską ruletkę pistoletem o magazynku pudełkowym, monodram o Azji Tuchajbejowiczu czy zmartwychwstający do brazylijskiej piosenki wujek głównego bohatera. Z całą pewnością warto docenić przeniesienie akcji w bliższe niż USA rejony, a konkretnie do Białegostoku, gdzie tytułowa Arizona staje się komisem samochodowym. Oba te zabiegi przyniosły sporo okazji do wprowadzania komicznych, bliskich widzowi elementów.
Pod kątem aktorskim, muszę przyznać, że miałem nieco wątpliwości po obejrzeniu spektaklu. Hubert Woliński występujący w głównej roli był zupełnie niepociągający aktorsko. Kierunek, w którym budował postać najłatwiej określić jako „niezdefiniowany”, choć fabuła tego wymagała nie udało mi się wyczuć w grze ani zagubienia, ani buntu, ani rezygnacji. Zupełnie inaczej przedstawia się Monika Kufel, która bardzo dobrze przekazała niestabilność granej przez siebie bohaterki wynikającą z lęku, zaborczości i obawy przed samotnością. Podobnie Matylda Sawicka, która wykorzystała przestrzeń konfliktu wewnętrznego bohaterki, otwarcie dążącej do samobójstwa, a mimo tego pozostawiona jest w niej resztka instynktu samozachowawczego, który przemawia głosem urojeń.
Całkowicie rozbroił mnie Dawid Tas w segmencie monodramu na podstawie „Pana Wołodyjowskiego” i choć można było z absurdem przeholować, to mimo wszystko udało się zachować zdrowy balans na tle innych kreacji. I nareszcie Michał Kościuk. Jeśli jest ktoś, kto potrafi naśladować podlaski akcent i jednocześnie wypowiadać śmiertelnie poważne kwestie, nie zamieniając sceny w kiepski kabaret, to jest to właśnie bezbłędny Michał Kościuk – komedia i tragedia w idealnej równowadze zupełnie jak w ikonicznej masce teatralnej.
W strukturze spektaklu nie ma potrzeby doszukiwać się rys, dramaturgia zbudowana jest na zasadzie sinusoidy, sceny bardziej intensywne przeplatają się z tymi lżejszymi, wyraźnie różnorodnymi w swoim charakterze. Na pochwałę zasługuje również muzyka w tym spektaklu (Piotr Korzeniak i Paweł Stus) w szczególności w segmentach onirycznych gdzie efekty dźwiękowe podsycały doznanie odrealnienia wydarzeń.
Ostatecznie mogę wystawić temu spektaklowi solidną rekomendację, z zastrzeżeniem raczej mało interesującej postaci głównego bohatera.
Dziennik Teatralny Małopolska, 15 października 2025
Link: http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/ryba.html
„Arizona” to drapieżny spektakl, podejmujący problem traumy, straty i odpuszczenia. Jest to nader emocjonalna sztuka, która wciąga widza w surrealistyczny świat straconych nadziei, dręczyć upadłych miłości i egzystencjalnego zagubienia.
To jeden z tych spektakli, które docierają do najintymniejszych części ludzkiej duszy, aby widza jeszcze długi czas po opadnięciu kurtyny.
„Arizona” to drapieżny spektakl, podejmujący problem traumy, straty i odpuszczenia. Jest to nader emocjonalna sztuka, która wciąga widza w surrealistyczny świat straconych nadziei, upadłych miłości i egzystencjalnego zagubienia. To jeden z tych spektakli, które docierają do najintymniejszych części ludzkiej duszy, aby dręczyć widza jeszcze długi czas po opadnięciu kurtyny.
Spektakl „Arizona” w reżyserii Michała Nowickiego opowiada o „życiu, śmierci i miłości”. Twórcy, koncentrując się na problemie pustki oraz straty, kreują wielowymiarowych bohaterów, zagubionych pośród rozpływającej się rzeczywistości. Ukazując wewnętrzne zagubienie oraz rozpacz postaci, tworzą tym samym uniwersalny obraz ludzkiego doświadczenia samotności i niewypowiedzianego braku. Rozmywając granice rzeczywistości oraz mamiąc oniryzmem, tworzą surrealistyczną przestrzeń, która wymykając się ratio, budzi najbardziej ukryte emocje i uczucia.
W konsekwencji, „Arizona” zdaje się drążyć najintymniejsze pragnienie ucieczki i niemożność odpuszczenia. Spektakl uwodzi drapieżnością postaci oraz siłą przekazu. Minimalistyczna scenografia (Monika Kufel) uzupełniona multimediami (Yana Maroz) w doskonały sposób łączy się z treścią spektaklu. Zaś wspaniale zaprojektowane kostiumy (Monika Kufel) zdają się tym wyraźniejsze im bardziej poznajemy każdego z bohaterów.
Pełna wrażliwości i oddania gra aktorska (Michał Kościuk, Monika Kufel, Matylda Sawicka, Dawid Tas, Hubert Woliński) sprawia natomiast, że bohaterowie zdają się autentyczni i namacalni, a granica pomiędzy postacią a odgrywanym bohaterem ulega zatraceniu. Co za tym idzie, forma i treść spektaklu harmonijnie się przeplatają, tworząc wspólną całość. Spektakl „Arizona” Teatru Barakah w Krakowie stanowi zatem sztukę wyjątkową i niepowtarzalną, której powidoki zostają na długo po jej zakończeniu. Jest to sztuka angażująca zarówno intelektualnie, jak i emocjonalnie, stanowiąca duchowe katharsis.
Kulturatka.pl, 20 października 2025
Link: https://www.kulturatka.pl/2025/10/19/arizona-w-teatrze-barakah-recenzja/
Teatr Barakah przyzwyczaił mnie do spektakli, które wymykają się schematom, wymagają od widza oderwania się od rzeczywistości i rzucenia się w wir tego, co oniryczne i nierealne. „Arizona” w reżyserii Michała Nowickiego według scenariusza Anieli Płudowskiej, to kolejna taka propozycja.
Inspiracją dla najnowszej premiery był film Emira Kusturicy „Arizona Dream” z 1993 roku. Twórcy postanowili jednak przenieść akcję na Podlasie – region, o którym od lat mówi się, że ma w sobie coś magicznego, że czas płynie tam inaczej. W takiej przestrzeni wszystko może się wydarzyć, a granica między snem a jawą zaciera się jak w filmowym pierwowzorze. Ale „Arizona” nie jest jego kopią – to raczej swobodna wariacja na temat, ze znanymi z utworu scenami i elementami.
Akcja osadzona jest w zapomnianym miasteczku, gdzie w komisie używanych aut – nazwanym „Arizona” – pojawiają się postaci z różnych światów: rencista, jego syn, bratanek, macocha i pasierbica. Każda z postaci jest niespełniona i tęskni za czymś, co bardzo często jest nieuchwytne.
Aktorstwo to z całą pewnością bardzo mocna strona spektaklu. Hubert Woliński (Axel): młody chłopak, wraca do rodzinnej miejscowości na imprezę wuja, ostatecznie ma poprowadzić tytułowy komis. Michał Kościuk (wujek Leonard): z wyczuwalnym akcentem podlaskim, to groteskowy, ciepły kryptogej, który marzy o wyjeździe do ciepłych krajów. Jego syn Paweł (Dawid Tas), to aspirujący aktor, który w jednej z najbardziej efektownych scen wciela się w Azję Tuhajbejowicza. Z kolei Monika Kufel i Matylda Sawicka (Elaine i Grace) tworzą kobiecy duet pełen napięcia – rywalizują, nienawidzą się, próbują współistnieć, wikłając Alexa w miłosny trójkąt.
Każda postać ma swoje cele, każda próbuje je realizować i nawet na swój sposób jest to możliwe, ale tylko w wyobrażeniach. A my zostajemy wciągnięci w te wyobrażenia. Na scenie krakowskiego teatru wiele się dzieje, a my nie możemy być pewni, co jest realne, a co jest tylko wymysłem umysłów bohaterów. Czasem czujemy się jak w półśnie, słuchając monologów albo patrząc na sceniczne obrazki, które bardziej rezonują niż logicznie się składają.
Michał Nowicki decyduje się na formę, która balansuje na granicy absurdalności i melancholii. Narracyjne skoki, urwane wątki i surrealistyczne obrazy stają się chwytem, który nie pozwala ani przez chwilę się nudzić. Spektakl wymaga uwagi i łączenia wątków. Choć ostatecznie musimy dać się porwać tej abstrakcji. Nierealności dodaje także muzyka grana na żywo oraz wyświetlane projekcje.
„Arizona” to spektakl idealny dla osób, które w teatrze cenią niebanalność i niedopowiedzenia. Jeśli kochacie grę z widzem, to propozycja dla Was!
Teatralna Kicia, 11 października 2025
Link: https://www.tumblr.com/teatralna-kicia/797026129321033728/arizona-teatrteatr-barakah-re%C5%BCyseria-micha%C5%82?source=share
Nigdy nie określiłbym siebie ogromnym fanem Kusturicy i jego filmów, jednak w zaskakujący sposób widziałem niemal większość tego co nakręcił i w mniejszy lub większy sposób bawiły mnie te jego przesiąknięte absurdem, raczej przykre filmy. Miałem też świadomość, że Teatr Barakah, jak zawsze przy przenoszeniu na scenę filmowych hitów, dokona swego rodzaju przepisania treści i zrobi malutki miszmasz stylistyczny, żeby wyciągnąć z dobrze znanej historii jakieś drugie dno albo zwrócić uwagę na temat, który w materiale źródłowym był widoczny jedynie na fabularnym horyzoncie, a tutaj będzie mógł zagrać pierwsze skrzypce i rzucić trochę światła na tak często zgrane już treści.
Aniela Płudowska odpowiedzialna za scenariusz spektaklu bardzo zręcznie sięgnęła do jądra filmu „Arizona dream” serbskiego reżysera i zahaczając o najważniejsze punkty fabularne utkała bardzo zgrabny tekst, jednocześnie mocno zakotwiczony w naszym klimacie społeczno-politycznym. Nie będę też ukrywał, że Płudowska nie zawsze wstrzela się swoimi tekstami w ramy czegoś, co mógłbym określić dobrym tekstem, jednak w przypadku spektaklu „Arizona”, podobnie jak z „Idiotami”, trafia bardzo blisko środka tarczy. Tekst jest przyjemnie słodko-gorzki, z dużą ilością niewymuszonego humoru i postaciami, które nie są wydmuszkami, tylko mają w sobie jakąś historię i realny ciężar doświadczeń. Śledzimy losy młodego chłopaka, Axela, który poniekąd zostaje zmuszony przez los do powrotu z Warszawy do swojego wuja na prowincję i trochę przypadkowo zatrudnia się w jego komisie samochodowym “Arizona”. Wplątuje się tam w romans ze starszą od siebie kobietą i jednocześnie poznaje tajemnice rodzinne.
Fabuła nie wydaje się nazbyt skomplikowana jednak to, w jaki sposób zostaje poprowadzona na scenie przez Michała Nowickiego, jest satysfakcjonujące. Jest to jeden z lepszych spektakli, które wyszły spod jego ręki ostatnimi czasy. Doskonale prowadzi aktorów i wyciska z tekstu Płudowskiej ostatnie soki nieźle podkreślając komizm sytuacji. Jednocześnie, pomimo sporego ładunku humoru, świetnie gra fakt, że tak realnie „Arizona” to spektakl o przegranych życiach, sile marzeń i – przede wszystkim – niespełnionych ambicjach. O tym potwornym, ssącym uczuciu niespełnienia i świadomości, że nigdy nie uda się osiągnąć tego, co się sobie wymarzyło; świadomości nieuniknionej śmierci, która pozostawi nas właśnie w tej przestrzeni niedoskonałości i niekompletności. Nigdy niespełnione marzenia nawiedzać nas będą zawsze, nie ma nadziei na spokój. I to chyba właśnie tak dobrze dla mnie działało w tym przedstawieniu: że tańcujemy, śpiewamy i w sumie to jest śmiesznie, ale w finale twórcy stają nam całym swoim ciężarem, wielkim buciorem na szyi i zaczyna nam brakować powietrza. Lubię taki zakamuflowany smutek, bo właśnie on zostaje we mnie najdłużej. Na odchodnym – ogromne brawa za spolonizowanie piosenki “Copacabana” tekst jest tak pysznie przetłumaczony, że byłbym w stanie uwierzyć, że to polska piosenka z repertuaru Ireny Santor. Slay.
Nie będę także ukrywał, że w moim odczuciu aktorsko ten spektakl należy do Michała Kościuka. Super rola podstarzałego geja mieszkającego na prowincji, marzącego o tym, żeby w końcu pozwolić sobie na życie, którego by chciał, w pełni świadomy, że zupełnie nic go już nie czeka w Polsce, w małej miejscowości. Można było tę rolę przeszarżować bardzo łatwo, ale Kościuk trzyma się tutaj w ryzach i jedzie walcem emocjonalnym po widzach, bardzo dobrze dodając humorystyczny sznyt w odpowiednich momentach; jednocześnie finał jego wątku – w którym wyśpiewuje piosenkę o Loli na Copacabanie – jest komiczny, ale i łamiący serce. Uważam, że Kościuk wspina się tutaj na wysoki pułap aktorski i zjada nas z kosteczkami i bez sosu. Kocham i jednocześnie nienawidzę tego wątku i tej roli, bo jest piękna, ale też bardzo przykra. Wybornie. Kościuk wypada też bardzo fajnie w duecie z Dawidem Tasem w scenie festynu wiejskiego, gdzie odgrywają życie Azji Tuchajbejowicza – ogólnie skomplikowana relacja ojca z synem nabiera tutaj bardzo krwistej, ale też rozbrajająco szczerej formy akceptacji dziwności drugiej strony.
Przyjemną energię na scenie wytwarza też duet Kufel – Woliński jako kochankowie będący na zupełnie innych etapach życia i szukający zupełnie czego innego, a jednak mimowolnie przyciągający się i głęboko wierzący w to, że odnajdą w sobie wszystko, czego im brakuje i czego tak bardzo pragną. Monika Kufel jak zawsze bardzo dobrze wybiera emocje do podbudowania swojej postaci i realnie zaczyna mnie uwierać, że paradoksalnie tak mało można ją oglądać na scenie, bo niby przewija się cały czas w tle, ale chciałbym więcej pierwszoplanowych momentów z nią w roli głównej.
Podsumowując: „Arizona” jest w moim odczuciu pisarskim triumfem Płudowskiej, która szlifuje to, co wcześniej wychodziło jej dobrze i dowozi do spółki z reżyserem pyszną mieszankę słodko-gorzkich nut, które jednocześnie koją, bolą i przypominają nam w niewygodny sposób o tym, że życie jest krótkim błyskiem pełnym zgubnej ambicji, która będzie nas uwierać, jeśli sobie na to pozwolimy i może doprowadzić w złe, dziwne miejsca. Jest coś kojącego w tej zbiorowości uczucia. Bardzo dobry spektakl, który nie nudzi ani przez chwilę, bawi, uczy, ale nie wywyższając się i nie popadając w dydaktyczne tony. Dobra robota.
UJOT FM, 27 października 2025
Link: https://ujot.fm/arizona-w-teatrze%20barakah/?fbclid=IwY2xjawNtlThleHRuA2FlbQIxMABicmlkETF2RXZsTlA1c29qQ0JtTHpBAR7CTs0d3hyOJk-BtJQ6f_d6GjdtMbt_rxh_0fnE-XEpO6D_JFIiQjUVFbgl_Q_aem_e6y7VqfSodZMAiUsLH-wZw
W dobrze znanym filmie Emira Kusturicy „Arizona Dream” rzeczywistość rozmywa się jak sen na pustyni – nieuchwytna, nierealna, a jednocześnie boleśnie ludzka. Temat straty, traumy czy poczucia przynależności nie jest jednak typowy tylko dla społeczności amerykańskiej. Przecież wszyscy doświadczamy przykrości, które nierzadko diametralnie wpływają na nasze życie.
Przenieśmy się jednak w rzeczywistość nam bliższą. „Arizona” Anieli Płudowskiej w reżyserii Michała Nowickiego stanowi ciekawą interpretację klasycznego dzieła. Przenosimy się na Podlasie, gdzie dogłębnie poznajemy świat bohaterów pełen samotności i ciągłej gonitwy za nieuchwytnym. Mamy możliwość skupić się nie tylko na relacjach między postaciami, ale i na ich wewnętrznych rozterkach.
W głównej roli w filmie „Arizona Dream” widzimy Johnny’ego Deppa. Wykreował on postać Axela naprawdę wyjątkowo. Skupić muszę się tutaj jednak na Hubercie Wolińskim, który przedstawia w „Arizonie” sylwetkę naszego polskiego Axela. Czy mamy tutaj do czynienia z nowym Johnnym Deppem? Musicie sami ocenić! Jak dla mnie Hubert Woliński stworzył całkowicie nową, odrębną i indywidualną postać, która z pewnością zostanie w pamięci na długo.
Na uznanie zasługują również Monika Kufel i Matylda Sawicka. Duet sensualny, zmysłowy, ale niebezpieczny. Niezwykle barwne role, które z pewnością podkreślają charaktery samych aktorek. Elaine to silna postać kobieca, która, za skrzywdzenie własnej córki, zabiła męża. Jej relacja z córką Grace jest, o ile mogę to tak nazwać, skomplikowana. Dostajemy tutaj jak na tacy skomplikowaną relację macochy i pasierbicy, które odkrywają nie tylko gorzkie podejście do siebie nawzajem, ale i wewnętrzne rozterki.
Postaci, które z pewnością zapamiętam na długo, są odgrywane przez Dawida Tasa i Michała Kościuka. Urzekła i chwyciła mnie za serce gra, w której śmiech, radość, muzyka i euforia stanowią maskę dla wewnętrznych traum i rozterek, które nierzadko potrafią całkowicie wpłynąć na bieg ludzkiego życia.
Spektakl jest wybuchem emocji. Ja sama jestem specyficznym typem teatralnego widza i uwielbiam, kiedy sztuka wywołuje we mnie emocjonalny rollercoaster. Właśnie czegoś takiego doświadczyłam w tym przypadku. Śmiech zamienia się w łzy i odwrotnie. Myślę, że „Arizona” doskonale dopełnia się w każdym calu tej emocjonalnej przygody, chociażby przez wzgląd na tematykę, która dotyka niemal każdego człowieka.
To historia o samotności, tęsknocie i poszukiwaniu swojego miejsca na świecie – z dużą wrażliwością, szczerością i siłą aktorskiego wyrazu. Każda postać wnosi tu coś wyjątkowego, tworząc wielowymiarowy portret ludzkich przeżyć, który na długo pozostaje w pamięci. To sztuka, która nie ogranicza się do roli widowiska, ale porusza, angażuje i skłania do refleksji. „Arizona” pokazuje, że uniwersalne tematy można opowiedzieć na nowo, nadając im lokalny charakter i świeżą perspektywę, a przy tym zachować ich głębię i ponadczasowe przesłanie o naturze człowieka.
Kulturalny Konferansjer, 8 października 2025
Link: https://kulturalnykonferansjer.pl/blog/teatr-barakah-wkrakowie,34/arizona,114?fbclid=IwY2xjawNTLedleHRuA2FlbQIxMABicmlkETFJYTFX dUhWZ2N2TzVqMVptAR5XkPnEiItBSMoWdoaULtXJLr7am4SDuU_hzZ5MMfwk17XW p2mvN7BmytYrRw_aem_3YS_8YIzoRszfAUuhT4u6g
Teatr Barakah w Krakowie znów sięgnął po filmową inspirację – tym razem „Arizona dream” Emira Kusturicy. Powstał w ten sposób spektakl „Arizona” (autorstwa Anieli Płudowskiej w reżyserii Michała Nowickiego), z którym mam recenzencki problem.
Filmu nie oglądałem, jednak na potrzeby recenzji, wobec pewnej bezradności po obejrzeniu spektaklu, przeklikałem sobie pojedyncze sceny i nieco poczytałem. Pozwolę sobie zacytować fragment jego recenzji z portalu Filmweb: „U Kusturicy surrealizm to stan naturalny – widz szybko rezygnuje z pytania <> i daje się ponieść temu dziwactwu, tyle że z ironicznym uśmiechem zamiast konsternacji”. I chyba sam bym lepiej nie podsumował tego, co zobaczyłem – tak w tych pojedynczych filmowych scenach, jak i w spektaklu.
Bo jest tu sporo wspomnianego dziwactwa, onirycznego klimatu, umowności. Momentami fabularna opowieść jest czytelna i konkretna, by znów za chwilę wymknąć nam się z rąk niczym ryba i wypaść z utartych kolein, zaliczyć finezyjną pętlę i wrócić w to, czy dowolne inne miejsce. Bohaterowie giną i powracają, monologują i prowadzą wewnętrzne dialogi, przeżywają namiętności i historie, które musimy po prostu akceptować bez pytania „dlaczego”. Nie jest to moja ulubiona teatralna formuła, choć ciężko nie docenić znakomitego aktorstwa, ciekawych pomysłów reżyserskich, zbudowania w prostej przestrzeni zapadających w pamięć sytuacji oraz hojnego dawkowania humoru. Fani prostych historii zmierzających z punktu A do punktu B będą się bezradnie rozglądać, wielbiciele teatru bardziej szalonego, wyrwanego ze schematów będą zacierać ręce. Tym nie mniej wierzę, że przynajmniej w kilku miejscach oboje mogą spotkać się we wspólnym uznaniu dla otrzymanego dzieła lub choćby jego fragmentów. Bo nawet jeśli niezbyt podoba mi się ta umowność czy narracyjne skoki, to jako widz mam poczucie, że nad tym chaosem ktoś panuje, że jest to teatr robiony w innej wrażliwości, ale uczciwie i (choćby przez humor) nie zapominający o różnych widzach. Zresztą… Barakah ma grono wiernych fanów wiedzących po co i na co przychodzą do teatru, który traktują jak swój. Tutejsze spektakle (o czym przekonuję się od niedawna, z czym wciąż się oswajam i czego wciąż się uczę) mają swój niepowtarzalny i specyficzny klimat. Nie są dla każdego, wymagają uważności, mogą wydawać się czasem nużące, a czasem nazbyt… pojechane. Ale z drugiej strony proponuje nam ta scena spójną wizję świata i teatru.
Nie sposób nie pochwalić aktorów. Znakomicie wypada magnetyczny Hubert Woliński jako Axel. Spora jest rozpiętość emocji, z jakimi musiał się zmierzyć jego bohater, ale w każdej wypada wiarygodnie i jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co zaprezentował. Uroczo jako starszy wujek z nieco przesadnym, podlaskim akcentem prezentował się Michał Kościuk. To on jako właściciel tytułowej Arizony, czyli salonu samochodowego, sprowadza głównego bohatera do miasta młodości, na podlaskie rubieże. Jest też jego syn, któremu marzy się aktorska kariera u boku… Magdaleny Cieleckiej. Bardzo dobrze gra go Dawid Tas, którego parodię „Pana Wołodyjowskiego” zapamiętam na długo. Są wreszcie Monika Kufel i Matylda Sawicka w roli macochy i pasierbicy. I choć ten kobiecy wątek narracyjnie wydał mi się najsłabszy, to ogrom emocji kipiący z ich relacji mógłby rozpalić ognisko niczym krzesiwo. Zwłaszcza w roli córki, w jej skupionym wzroku, w jej niesmaku wypisanym na ustach, można wyczytać bardzo dużo. Pochwała należy się też dla niezawodnego, odpowiadającego za muzykę duetu Piotr Korzeniak i Paweł Stus (klimatyczne były niesamowicie te odgłosy polarnego wiatru) oraz autorki chorografii Martyny Dyląg.
Poczucie straty i marzenia, sny i rzeczywistość – wokół tych tematów obraca się ta dziwna, niejednoznaczna historia. Sprawdźcie, czy przypadnie Wam do gustu – jestem niezmiernie ciekaw, jak zapatrujecie się na takie produkcje teatralne i czy styl Teatru Barakah Wam odpowiada.
Teatr dla Wszystkich, 9 października 2025
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/podlasie-dream/
Teatr Barakah, od lat sięgający po inspiracje filmowe, tym razem przenosi na scenę Arizona Dream Emira Kusturicy. Aniela Płudowska osadza jednak tę opowieść nie w amerykańskim pejzażu, lecz na niepozornym Podlasiu. Do Białegostoku powraca Axel/Antek (Hubert Woliński), który rozpoczyna pracę w komisie samochodowym „Arizona”, należącym do wuja Leonarda (Michał Kościuk) i jego syna Paula/Pawła (Dawid Tas).
Już od pierwszych scen widz wie, że nie będzie tu miejsca na sztampowość narracyjną. Początek – mocno abstrakcyjny – przeradza się raczej w senne przywoływanie duchów niż realistyczną historię. Bohaterowie, zasiadający przy metalowym stole, z wytrzeszczonymi białkami oczu, wyglądają jak uczestnicy zbiorowego seansu spirytystycznego. I właściwie nie sposób się z tym obrazem nie zgodzić. Bo „Arizona” to teatr duchów – tych żyjących i tych, które dawno powinny odejść, lecz wciąż próbują wydostać się z białostockiego czyśćca. Gdy w notatkach zapisałam zdanie: „odpuścić sobie nawet śmierć”, oni naprawdę okazali się być widmami niespełnień i win.
Monika Kufel, wcielająca się w Elaine, ale i odpowiedzialna za scenografię oraz kostiumy do spektaklu, potrafiła wizualnie opowiedzieć ten świat jeszcze zanim padło pierwsze słowo. Czerwony, lateksowy kombinezon jej bohaterki to kostium kobietyuwodzicielki, która spala w ogniu własnych pragnień siebie, jak i swoje ofiary. Buduje tym kontrast wobec Grace (Matylda Sawicka), która, konkurując o wszystko ze swoją macochą, stoi tylko w jej cieniu. Z kolei frywolna koszula wuja Leonarda doskonale oddaje nieco groteskową, ale zarazem pełną ciepła i melancholii aurę postaci.
Kostiumy działają tu w ścisłym związku z choreografią Martyny Dyląg, która nie ma charakteru czysto tanecznego, lecz raczej psychologiczny. Ruch postaci jest rytmiczny, lecz nieregularny – jakby każda z nich poruszała się w rytmie własnych myśli. Kiedy Elaine i Axel zbliżają się do siebie, niewielka przestrzeń Teatru Barakah pęka od napięcia, które przechodzi przez ciała bohaterów.
Tytuł tej recenzji nie jest przypadkowy. Skoro twórcy spektaklu sięgnęli po film Arizona Dream, to „Podlasie Dream” staje się jego swoistą, lokalną reinterpretacją. Ale słowo dream rozumiem tu dwojako – jako marzenie i jako sen. Marzenie w Arizonie to po pierwsze pragnienie odkupienia, spokoju, którego jednak nie daje ani sukces, ani ucieczka, ani nawet śmierć. Po drugie – bohaterowie mają swoje małe „amerykańskie sny”, tylko w podlaskiej wersji: Paweł marzy o wielkiej karierze aktorskiej, wujek Leonard chce przekazać swój komis samochodowy Axelowi, by samemu wreszcie wyjechać na Wyspy Kanaryjskie.
Ale dream to również sen – wspólny, zbiorowy, w którym wszyscy biorą udział. W trakcie spektaklu bohaterowie kolejno zasiadają na krześle po lewej stronie sceny – miejscu jakby przejściowym, duchowym. W półmroku, przy akompaniamencie Piotra Korzeniaka i Pawła Stusa, stają się przewodnikami spirytystycznymi, zaglądającymi w głąb cudzych i własnych lęków. Czy to sen każdego z nich? Czy może projekcja Axela, który sam nie potrafi odróżnić snu od marzenia? W spektaklu rzeczywistość rozmywa się.
Jak powiedział Paul: „liczy się suspens”. I rzeczywiście, napięcie w spektaklu nie tyle wynika z fabuły, ile z emocjonalnych kontrastów. Płudowska sukcesywnie odciąża tekst – pozwalając, by mrok mieszał się z absurdalnym humorem. Bo choć Barakah ma swój rozpoznawalny ton – nieco dekadencki, ciemny, na granicy surrealizmu – to kolejny raz twórcy udowadniają, że jest w nim miejsce także na śmiech. Żarty z serii „przychodzi żaba do lekarza” czy szalona interpretacja Pana Twardowskiego w wykonaniu Pawła i wuja Leonarda rozbijają atmosferę grozy, a jednocześnie podbijają absurd, stając się ironicznym komentarzem do kondycji postaci.
Wujek Leonard, w interpretacji Michała Kościuka, to mężczyzna w średnim wieku, posługujący się wyraźnym akcentem podlaskim, który okazuje się być gejem. Jego orientacja nie jest tu tanim chwytem, lecz kolejnym elementem dekonstrukcji stereotypu „prowincjonalnego mężczyzny”. Podlaska „Arizona” to nie miejsce w geograficznym sensie, lecz stan duszy – przestrzeń, w której każdy próbuje uciec od przeszłości, choć ta i tak powraca jak echo.
Teatr dla Wszystkich, 10 października 2025
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/plywanie-asynchroniczne/
Ryba: symbol pojemny jak ocean — od życia, szczęścia, płodności, po wędrówkę w zaświaty. To też słowo-klucz „Arizony”, najnowszej premiery w Teatrze Barakah. Płyńmy więc w nieznane.
Scena przy Paulińskiej konsekwentnie realizuje wizję teatralnych wariacji ważnych i nietuzinkowych filmów. Tym razem źródłem powstania przedstawienia jest Arizona Dream Emira Kusturicy. Wybór nieoczywisty, ale kontynuujący pewien onirycznogroteskowy koncept, który odnaleźć można w innych spektaklach — czy to w Twin Peaks, Requiem dla snu, czy chociażby częściowo w Amorii.
To, co odróżnia Arizonę od wspomnianych przedstawień, to swoista kilkupiętrowa ironia. Poza balansowaniem na antypodach różnych czasów i przestrzeni — co samo przez się bierze w spory nawias takie kategorie jak życie i śmierć bohaterów, ich motywacje czy pragnienia — twórcy wkładają akcję w ramy współczesnej Polski. Wujek Leon (Michał Kościuk) to postać utkana z podlaskich memów, ale jednocześnie mająca w sobie ciepło, które potrafi wzruszyć. Jeśli istnieje nasz rodzimy, rubaszny, queer „Polski B”, to wzdychający do ciepłych krajów Leon jest jego ambasadorem.
Trójkąt Axel (Hubert Woliński), Elaine (Monika Kufel) i Grace (Matylda Sawicka) prowadzi widzów w zakamarki dwuznacznych zależności. Matka, córka i przybyły w rodzinne strony chłopak tworzą między sobą sieć pełną erotycznych napięć, przemocy i pędu ku śmierci (Eros i Tanatos Freuda forever). Tak naprawdę to, czy ktoś w danym momencie akcji żyje, czy nie — nie ma najmniejszego znaczenia dla scenicznego świata. Nie o to tu chodzi. Podlaska Arizona jest czymś na kształt limbo, miejscem przeobrażeń, możliwością uformowania się na nowo.
Wieczni marzyciele, przybierający różne maski poszukiwacze własnej tożsamości – tak można określić mieszkańców tego przepełnionego realizmem magicznym miejsca. W gruncie rzeczy o tym przede wszystkim jest ten spektakl: o dążeniu do realizacji własnych pragnień przy jednoczesnej świadomości niemożliwości ich pełnego spełnienia. To wewnętrzne rozdarcie również nie jest pozbawione ironii (kolejne piętro). Przykład? Paul (Dawid Tas) – niespełniony aktor, recytujący klasykę literatury (swoją drogą: niezwykle porywająco!) na lokalnej scenie, przed komisją złożoną z członkiń koła gospodyń wiejskich.
Ryba. Słowo wybrzmiewające podczas spektaklu w różnych kontekstach i momentach – za każdym razem z innym natężeniem i intonacją. Bohaterowie płyną, brodzą w gąszczu swoich myśli, kręcą się wokół sedna swoich pragnień niczym Welonka w szklanej kuli. Ponoć nigdy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. A co w przypadku, gdy nigdy się z niej nie wyszło?
Pisarze.pl, 14 października 2025
Link: https://pisarze.pl/2025/10/14/arizona-teatr-barakah/
Teatr czy kino? Oto jest pytanie…
Teatr Barakah wobec swych widzów jest niezwykle wymagający. Często zostawia ich w niełatwej sytuacji, serwując trudny materiał zalegający w duszy, przetrawiany przez widza przez dłuższy czas. Albo pokazuje spektakle powstające z inspiracji ważnymi filmami, które już zeszły z kinowych ekranów.
Najnowszą propozycją Teatru Barakah jest spektakl „Arizona” w reżyserii Michała Nowickiego według scenariusza Anieli Płudowskiej. Inspiracją do powstania spektaklu był głośny film Emira Kustiricy „Arizona Dream” z 1993 roku. Autorkę scenariusza pamiętamy już ze spektakli „Idioci.Spass” czy „Requiem dla snów”.
Michał Nowicki, reżyser doskonale znający przestrzeń tej sceny, w sposób perfekcyjny poradził sobie z pokazaniem – niełatwego przecież – spektaklu i niesionego przez narrację przekazu. Akcja rozgrywa się gdzieś na Podlasiu. Dlaczego tam?
O Podlasiu od lat mówi się jako o magicznym miejscu, w którym czas płynie inaczej, gdzie głos Szeptuchy jest najważniejszy, a Duch Puszczy niezwykle łaskawy. W takiej krainie wszystko się może wydarzyć, jak zdarzało się w filmie Kusturicy.
Właściciel autokomisu Arizona, starszy i schorowany Leo (Michał Kościuk), mówiący z kresowym zaśpiewem, ściąga na swój ślub z Warszawy swego bratanka Axela (Hubert Woliński), który zajmuje się klasyfikacją ryb. Dziwne te ryby, bo nie tylko pływają, ale i fruwają, a do tego oczy mają po jednej stronie… Do pozostania dłużej na Podlasiu zachęca go podwójny romans – z wdową (ponoć zamordowała swego męża) Elaine (Monika Kufel) i jej pasierbicą, z tendencjami samobójczymi, Grace (Matylda Sawicka). Jest też postać naturszczyka (Dawid Tas). Każdy z nich przeżywa swe traumy, żyją z nieustającą utratą, marzą i tęsknią do czegoś dla nich może nieosiągalnego? W końcu nie dostrzegają, że ich czas już minął… W tej niewielkiej przestrzeni uczestniczymy w niezwykłych wydarzeniach, do których przepustkę daje nam tylko teatr. Wymowna scenografia i obrazujące osobowość postaci kostiumy (Monika Kufel). Zawsze zachwyca mnie i zadziwia doskonałe wykorzystanie w scenografii prostych przedmiotów – choćby stół przy którym się siedzi, służy też jako łóżko, ale jest też szczytem dachu (?), z którego usiłuje skoczyć Grace… Oczywiście perfekcyjna choreografia (Martyna Dyląg), do tego rozszerzające przestrzeń sceny multimedia, których autorem jest Yana Moroz i w końcu muzyka wykonywana na żywo (Piotr Korzeniak i Paweł Stus). Jak zawsze pełna publiczności sala, długie oklaski i standing ovation I nic to, że czasem drastyczne, ostre sceny, twardy nie unikający wulgaryzmów język, to charakterystyczne elementy spektakli, jakie oglądamy w Teatrze Barakah. Po pierwszym szoku i analizie spektaklu znajdziemy jednak zawsze uzasadnienie dla takich, pełnych dramaturgii, przeładowanych emocjonalnością, obscenicznych scen. Ech… Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie przeklina… A reżyser, szczególnie Michał Nowicki, raczej się nie myli!
Post na Facebooku, 9 października 2025
Link: https://www.facebook.com/share/p/1GFnGYwt4Y/
Nie zapomniałem o sobotniej (4 października) wizycie w Teatrze Barakah, który wobec swych widzów jak zawsze jest niezwykle wymagający. Często zostawia nas w niełatwej sytuacji, serwując trudny materiał zalegający w duszy, przetrawiany przez widza przez dłuższy czas. Tak było też teraz…
Najnowszą propozycją Teatru Barakah jest spektakl „Arizona” w reżyserii Michała Nowickiego według scenariusza Anieli Płudowskiej. Inspiracją do powstania spektaklu był głośny film Emira Kustiricy „Arizona Dream” z 1993 roku. Autorkę scenariusza pamiętamy już ze spektakli „Idioci.Spass” czy „Requiem dla snów”.
Michał Nowicki, reżyser doskonale znający przestrzeń tej sceny, w sposób perfekcyjny poradził sobie z interpretacją scenariusza Anieli Płudowskiej. Akcja spektaklu rozgrywa się gdzieś na Podlasiu. Dlaczego tam? O Podlasiu od lat mówi się jako o magicznym miejscu, w którym czas płynie inaczej, gdzie głos Szeptuchy jest najważniejszy, a Duch Puszczy niezwykle łaskawy. W takiej krainie wszystko się może wydarzyć, jak zdarzało się w filmie Kusturicy. To kolejny szlachetny kamień w bezcennym teatralnym diademie tworzonym od lat przez Teatr BARAKAH.