Newsweek, 12 listopada 2021
Link: https://www.newsweek.pl/kultura/spektakl-inni-ludzie-w-teatrzebarakah/f67cwgg
Maciej Gorczyński, reżyser krakowskiego spektaklu Inni ludzie opartego na powieści Doroty Masłowskiej, szuka kameralności, schodzi z estetyką widowiska do podziemi, do garażu, do podejrzanych salek, gdzie tętni osiedlowy rap. To rzecz o depresji, byle jakim życiu, ale z hip-hopowym bitem.
To nie jest nowa premiera, ma już ponad rok, ale przecież w pandemii czas płynie inaczej, wolniej, poboczem. Spektakle żyją w zrywach, na festiwalach albo pod ziemią. Żeby zobaczyć krakowską inscenizację powieści Doroty Masłowskiej, chyba najmroczniejszą z tych kilku polskich premier, jakie pojawiły się po wydaniu Innych ludzi, trzeba iść do piwnicy przy Paulińskiej 28, do dawnej żydowskiej Mykwy. Maciej Gorczyński i jego zespół wykrzyczeli i zaśpiewali Masłowską z taką desperacją, jakby po ich spektakl miał skończyć się świat. A potem trzeba go było restartować… Bo to jest rzecz o depresji, ale z hip-hopowym bitem. Teatr, który udaje garażowy nielegalny koncert. Gdzie przychodzi do ciebie chłopak, który mógłby dać w mordę a gada, wspólnie z koleżankami i kolegami z osiedla relacjonuje trzy dni ze swojego życia.
Bohater nazywa się Kamil Janik (gra go Piotr Mateusz Wach) to chłopak na dopalaczach, wiecznie zmarznięty, głodny, podpity, wkurwiony, bez hajsu a nawet z długiem w Playu na półtora tysiąca. Kamil jest w adidasach, białych skarpetkach i sportowych spodenkach. Na grzbiecie przerobiona koszulka z Punisherem. Doklejone czeski trupie i przerobiony numer, tak aby widać było tylko 44. Bo to i Kaliber z Magikiem, Powstanie Warszawskie a także 40 i 4. Kamil chciałby być tym wszystkim naraz, ale póki co trochę diluje, wisi ludziom kasę, dorabia jako hydraulik i marzy, żeby nagrać płytę. Tylko nie ma bitów.
Masłowska w teatrze
Masłowska od samego początku była zbawieniem i wyzwaniem dla polskiego teatru. Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku i Między nami dobrze jest zostały napisane dla TR Warszawa i teatr Jarzyny miał wyłączność na te sztuki. Inne sceny i inni reżyserzy czekali kilka sezonów aż TR wyeksploatuje tytuł. Recepcja dramatów Masłowskiej została zatrzymana, temperatura opadła, trzeba było brać się za prozę. Stąd taka kariera Pawia królowej a teraz Innych ludzi – od razu ruszyła fali inscenizacji, wszyscy gadali Masłowską, testowali teatralność tej powieści na wszystkie sposoby.
W niegranych już niestety dyplomach AST z Wrocławia (reżyseria Maciej Stuhr) i Krakowa (Paweł Miśkiewicz) pulsowała bezkompromisowa energia młodości i komediowa zgrywa zagadywania pustki. I najważniejsze było to, jak postaci mówią, jak wywalają stonesowski jęzor Masłowskiej na widza.
Paweł Świątek w Pawiu Królowej pokazywał, jak język Masłowskiej sam dla siebie jest akcją i dekoracją, co robi z ludźmi i na jakie psychiczne manowce ich niesie. Potem w Wojnie polskoruskiej już w ogóle oddzielił słowo od obrazu, narrację od bohaterek. To, co widzieliśmy na scenie nie wynikało wcale z tego, o czym się mówi, jakie zdarzenia relacjonuje. Grzegorz Jarzyna w Między nami dobrze jest zmaterializował jakąś niemożliwą, jeszcze bardziej ułomną Polskę i jej obywateli w oparciu o totalną negację rzeczywistości. Polacy, których nie mogło być, rozmawiali o tym, czego nie zrobili. Wizja Masłowskiej wyłaniała się z tego, co nie zaszło i z tego, co przerwano przedwcześnie, jakby nagle pokazano nam drugą, niewidzialną, warunkowo istniejącą Warszawę. Która czasem zasłania tą prawdziwą. Agnieszka Glińska w Rumunach… szukała u Masłowskiej nie łamańców stylistycznych i pułapek logicznych a skrzywienia świata, który każe ludziom mówić tak a nie inaczej i który – w rewanżu – został całkiem zarażony chorobą języka. Tu przestrzeń odlatywała surrealnie, mieszały się płci i przebrania postaci. Jarzyna przeczytał Innych ludzi w TR jako społeczną panoramę, portret wielkiego miasta, wyłowił z kłębowiska ludzkich bylejakości kilku przegrywów i okrutnie z nich zadrwił. Opakował swoją adaptację w nowoczesną technologię i kakofonię projekcji. Włożył aktorów w wirtualne scenografie i kompromitujące ich bohaterów kostiumy. To Warszawa gadała ze sceny, Warszawa pożerała szczęście i sens życia swoich mieszkańców.
W krakowskim spektaklu Maciej Gorczyński wprost przeciwnie – szuka kameralności, schodzi z estetyką widowiska do podziemi, do garażu, do podejrzanych salek, gdzie tętni osiedlowy rap. Jesteśmy w dwóch domach: w bloku Janików, gdzie mieszka Kamil z matką i siostrą Sandrą oraz w wypasionym apartamencie niekochającego się małżeństwa Maćka i Iwony. Ci ludzi nie powinni się nigdy spotkać, tak różny jest ich status materialny, świadomość i potrzeby a jednak Kamil nawiąże romans z Iwoną. To będzie taki kaleki, kompensacyjny seks z matką-Polską-biznesowman. Mezalians stulecia. Tandetna zdrada z obu stron. Interes tygodnia.
Kosmos brzmień
U Gorczyńskiego to nie język i wynikający z niego polski absurd napędzają widowisko, stanowią o jego sile energetycznej. Aktorzy z Teatru Barakah budują silną sytuację wyjściową, określają miejsce dramatycznej eksplozji Innych ludzi, idą w rytm i stymulują w swoich bohaterach ekstremalne emocje. A te wyrażają się przez muzykę, płynne przechodzenie z dialogu w melorecytację, z zaśpiewów w regularne piosenki. Za stronę muzyczną odpowiadają gitarzysta Piotr Korzeniak oraz dwie dziewczyny działające na scenie Lena Witkowska, Agnieszka Kocińska z tercetu Cukry. Obie aktorki i wokalistki trzymają wokale i podkłady w całym spektaklu. Krótkowłosa chłopacka Witkowska w bejsbolówce i podartych dżinsach jest jak żul-królowa z dzielni, ale wystarczy, że założy perukę i zmienia się w pretensjonalną, wymuskaną Anetę, dziewczynę Kamila z Rossmana, „emanującą swoistym anetyzmem”. Kocińska skrywa czarne włosy za kapturem, krzyczy do mikrofonu, zapętla się w drgawkowym tańcu. Mówi teksty Sandry, siostry Kamila, uruchamia ludowe zaśpiewy, skacze po muzycznych skalach. Cukry istnieją od 2017 roku, dziewczyny grały na festiwalu Malta, bębniły na demonstracjach i Strajku Kobiet. Poszukajcie w sieci ich teledysków Woda jest tobą czy Julki a także wielu brudnych koncertowych nagrań, dziwnych prywatnych filmików, trochę testimoniali trochę kreacji.
W spektaklu Gorczyńskiego są czystą rebelią. Razem z Korzeniakiem znalazły pod frazami postaci z powieści nie tylko hip-hop ale całą paletę stylów muzycznych: strumienie świadomości Iwony, Maćka, Anety, Sandry, matki i Kamila przybierają formy jazzowe, ambientowe, bluesowe. Właściwie każda fraza Masłowskiej może skojarzyć się ze znanym szlagierem albo pokazać drogę do niszowego brzmienia. Hip-hop musi przekrzykiwać się z Kormoranami Szczepanika, rymuje się nagle z ludową pieśnią, zaintonowaną białym głosem. Gorczyński i jego zespół udowadniają, że u Masłowskiej jest cały kosmos brzmień, to supeł z piosenkami, które zagnieździły się nam w głowach.
Podłe życie i hip-hopowy bunt
Ana Nowicka gra matkę Kamila z pomalowaną twarzą jak Joker z Batmana. Jest demonem tego świata, siłą, która ciągnie syna w dół, więzi go w bylejakości. Nowicka kurczy się w wózku z dyskontu, chichocze jak w thrillerze, opowiada historię Kamila tak, żeby mu się tylko nic nie udało. Monika Kufel eksponuje wszystkie cielesne atuty Iwony, to niekochana żona i nieudana matka, uwięziona między mężem-palantem (Maciek czyli Paweł Wolsztyński), który odwykł od seksu a kredytem, z którym nie można się rozwieść. Piersi Iwony falują z pożądania, uda nabrzmiewają głodem a Kufel gra równocześnie przerażenie kobiety sytuacją, w którą się pakuje, obrzydzeniem wobec swojej fascynacji Kamilem – „jaskiniowcem i debilem”.
Dzięki takim rolom to jest cholernie depresyjne przedstawienie, bohaterowie nieustannie się kompromitują, gubią we własnych głowach. Nie wiedzą co dalej, jak żyć, więc wegetują, kręcą się w kółko jak zepsute zabawki. Depresja u Masłowskiej trawi dzieci i emerytów. Wyzwolone kobiety i zakompleksione siostry.
Jak zespół Gorczyńskiego rozumie tytuł powieści Masłowskiej? Inny człowiek to u niego obca planeta, ten inny z kosmosu, zagrożenie i egzotyka. Patrzymy na ludzi wokół nas i nie rozumiemy kim są i co do nas mówią. Nie umiemy do nich dotrzeć inaczej niż przemocą, tą z ciała i tamtą z języka. Scenografka upakowała ich do pospawanych ze sobą żelaznych wózków z dyskontów bo przecież wszystko w tym świecie można kupić, ludzie wystawiają się na sprzedaż, tylko dlatego, żeby ktoś ich zobaczył, ktoś po nich sięgnął. Boisz się samotności? Musisz się sprzedać! Tylko w poniżeniu, na moralnym dnie dochodzi do jakiegoś spotkania z tym innym, człowiek otwiera się jak paczka chipsów.
Mur zamykający scenę zostaje pomalowany mroczną projekcją. Jakiś flamaster na ekranie systematycznie zaczernia światło na scenie, wymazuje postaci i muzykę. Wreszcie jest tylko czerń. Koniec świata. Kamil siedzi skulony pod ścianą z mikrofonem w łapie, opadł z sił, emocjonalnie zdycha. Ma złamane serce, wyładowany telefon i zero kasy. Nie da się bardziej przegrać. W końcu Wach wstaje ciężko, zbiera się w sobie, duka jakiś tekst, zacina się, plącze, ale przełamuje wstyd, przełamuje blokadę twórczą. Rusza z hip-hopową kaleką nawijką. Skanduje coś o społeczeństwie, że go poznać nie można, że obcy zabierają pracę, że wszyscy są na siebie, nie wiadomo dlaczego, źli. Aneta i Sandra w bluzach z kapturami pojawiają się obok Kamila i uruchamiają refreny: „Szare twarze, szare twarze…” Kamil wciąż gada, rozpędza się i nagle to ma sens. Wszystko co dotąd widzieliśmy było koncertem, muzycznym zapisem frustracji debiutującego rapera. Czyli typ z osiedla jednak załatwił mu bity, Kamil napisał materiał. „Przejebany dzień, idziesz dalej, przejebany dzień, idziesz dalej…” zawodzi smutny i złamany bohater, ale z każdym powtórzeniem ta fraza brzmi lepiej, naprawdę ciągnie go w górę. Finałowy utwór Innych ludzi ma w sobie potencjał radiowego hitu, to hip-hopowe You’ll never walk alone. Mroczne i głuche, spocone porażką, jednak pełne zawziętego blokerskiego uporu: trzeba żyć, trzeba żyć bo wszyscy jesteśmy w czarnej dupie. Nie mam pojęcia, czy bohater Wacha zrozumiał, co w ogóle przeżył u Masłowskiej od poniedziałku do środy, ale spróbował przynajmniej o tym opowiedzieć, tak jak umiał. Piotr Mateusz Wach zostawia nas z tym kawałkiem: „To tyle” mówi do mikrofonu a my dopiero wtedy mu wybaczamy. Życie może jest tanie i podłe, zawsze w nim przegrywamy, jedyny sens nadaje mu sztuka. Nawet ta szemrana.
Czekając na marcową premierę filmu Aleksandry Terpińskiej warto łowić Innych ludzi w teatrze. Ja na krakowskich Innych ludziach byłem już cztery razy. I nie mogę na ten spektakl przestać chodzić.
Teatr dla wszystkich, 13 lipca 2020
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/inni-a-jednak swoi/?fbclid=IwAR1S9sYVleQNlWcF73nFdFjK2nf1R9w0rYJUHKrLySyE8ZirJFKaqiG8 10
Inni ludzie w krakowskim Teatrze Barakah to słodko-gorzka diagnoza polskiej rzeczywistości, w której groteska miesza się z patosem a przaśność zachowań idzie w parze z barwnym, elokwentnym językiem. W poemacie Doroty Masłowskiej to właśnie słowo ma największą siłę, jest w stanie stwarzać i burzyć światy – spektakl Macieja Gorczyńskiego dzieje się gdzieś między jednym stanem a drugim.
Niewielka przestrzeń przedstawienia świetnie wpisuje się w symbolikę polskopolskiego kotła (mentalnego, politycznego, kulturowego). Oto dwie szare ściany wyznaczają świat głównych bohaterów : Iwony, stereotypowej przedstawicielki klasy średniej, pokolenia Ikea, żyjącej w sakramentalnym związku hipotecznym ze swoim partnerem oraz Kamila, chłopaka z blokowiska, rapera wyklętego w dres objętego, dla którego świat nie jest zbyt skomplikowanym miejscem.
Zbieg okoliczności (a raczej standardowa historia z kanału dla dorosłych, w której to przychodzi hydraulik do klientki i wiadomo co dalej) inicjuje instynktowne seksualne zbliżenie dwojga samotnych, nieszczęśliwych ludzi. Z jednej strony mamy chłopaka marzącego o nagraniu własnej płyty, na którego nikt nigdy nie zwrócił uwagi, z drugiej zaś emocjonalnie zaniedbaną kobietę, chcącą na nowo poczuć smak prawdziwego życia. W tekstach Doroty Masłowskiej postacie zanurzone w potoku słów, co jakiś czas starają się zaczerpnąć tchu w próbach autentycznego zbliżenia z drugim człowiekiem – w spektaklu również udało się uchwycić te momenty : wspomniane zbliżenie Iwony i Kamila czy opowieść matki głównego bohatera (upiornie uroczy Pennywise w lidlowym wózku sklepowym) o nietrafionym prezencie urodzinowym były właśnie takimi zwrotami.
Zdecydowanie najmocniejszym punktem spektaklu była muzyka zespołu Cukry i Piotra Korzenia, która swoim hipnotycznym brzmieniem współtworzyła klimat przedstawienia. Dźwięk współgrał ze słowem, towarzyszył mu w kluczowych momentach, a niekiedy sam stawał się pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń. Inni ludzie w Barakah są swoistą piosenką – krzywym zwierciadłem, w którym przegląda się większość z nas, żyjąca w blokach, mijająca na ulicy pełno „Kamilów” i „Iwon”. Ważne, by nie patrzeć na innych z wyżyn swojej „europejskości”, wykształcenia czy świadomości kulturowej, ale znaleźć nić porozumienia, zalążek utraconej wspólnoty. Szansa na to jest nikła, ale w końcu nadzieja umiera ostatnia.
I jestem spełniony, 16 lipca 2020
Link: https://ijestemspelniony.pl/cztery-wozki-zlidla/?fbclid=IwAR310RkovAUh02zxKc9_J0lQViHtu3DMfXBcQwUwuky9OeC00Lq0HzZAWI
„Inni ludzie” krakowskiego Teatru Barakah to premiera z końca marca przeniesiona na początek lipca, oczywiście z powodu pandemii. Spektakl oparty na fragmentach książki Doroty Masłowskiej wyreżyserował Maciej Gorczyński. Realizacja ta różni się od ubiegłorocznej inscenizacji TR Warszawa minimalistyczną formą, nie jest przeładowana efektami wideo. Nie znaczy to, że odbiór tekstu uległ zmianie.
Przedstawienie opowiada o romansie Kamila – trzydziestodwulatka, który marzy o karierze muzyka hiphopowego, żyje na garnuszku matki i dorabia na sprzedaży narkotyków – i Iwony, reprezentantki klasy średniej, która pławi się w tanim luksusie na kredyt i fasadowym szczęściu. Poznają się, gdy chłopak wykonuje w jej mieszkaniu hydrauliczną fuchę, umawiają się na kolejne spotkanie. Iwona jest znudzona życiem u boku męża, który nie zauważa jej wdzięku i traktuje z obojętnością. Kamil cały czas ma przed oczami ciało kochanki, nawet kiedy jest ze swoją dziewczyną. Iwona również nie potrafi przestać o nim myśleć, czuje satysfakcję, ale i wyrzuty sumienia, które dławi dużą ilością leków uspokajających i zakupami. Podczas kolejnego spotkania okazuje się, że dzielą ich ogromne różnice społeczne i mentalne – chłopak mówi o planach wydania płyty, nie rozumie sensu posiadania dużej ilości książek, które widzi u Iwony. Rozstają się bez słowa. Świat w oczach Kamila jeszcze bardziej wypełnia się ludźmi, których nie pojmuje i nawet nie chce.
Można uznać książkę Masłowskiej za współczesną baśń, która nie ma szczęśliwego zakończenia. Kamil reprezentuje marzenia o byciu kimś więcej, wyrwaniu się z rzeczywistości, która nie nastraja pozytywnie. Jest nieporadny, a jego starania coraz bardziej zamykają go w niszy człowieka, któremu nie wyszło. Można odnieść wrażenie, że zatrzymał się na pewnym etapie życia i przestał rozumieć świat. Czy to ci wszyscy ludzie są inni? Czy może on nie dopasował się do rozwijającej się rzeczywistości? Autorka idealnie oddała obecne nastroje i podziały polskiego społeczeństwa. Panuje wzajemne niezrozumienie, pogoń za fortuną, dobrym wyglądem, uznaniem. Inni ludzie są wszędzie, nie ważne czy jest się osobą z blokowiska, czy mieszkańcem modnie urządzonego loftu w kamienicy – tylko od nas zależy, czy tą inność zaakceptujemy i oswoimy, czy będziemy stawać okoniem, mimo wszystko. Gorczyński dał widzom odczuć te niepokoje, ale jego adaptacja gubi niektóre wątki książki. Jeśli nie przeczytało się „Innych ludzi” wcześniej, można odnieść wrażenie, że coś w tej historii zostało niedopowiedziane. Szczególnie brakuje tła rodzinnego głównych bohaterów. Na szczęście duża dawka wpadającej w ucho mieszanki hiphopu i popu (Piotr Korzeniak i zespół Cukry) niweluje niedoskonałości fabuły.
Scenografia Iwony Bandzarewicz to szara ściana i cztery wózki sklepowe z Lidla. Jeden z nich to stanowisko muzyczne Piotra Korzeniaka, dwa to industrialna kanapa lub mobilny podest, czwarty to miejsce dla ponurego klauna – narratorki. Lidl, Rossmann u Masłowskiej to stałe motywy. Czy sztuka ma utrwalać popularne marki, czy też je zwalczać?
Piotr Mateusz Wach w roli Kamila gra znudzonego życiem chłopaka, ma jeden cel – wydać pierwszą płytę. Monika Kufel gra Iwonę jako kobietę zadowoloną z wyglądu, ale pełną sprzeczności. Paweł Wolsztyński w roli jej męża jest rubasznym, aroganckim mężczyzną, który ucieka przed odpowiedzialnością, zajadając w ukryciu wysokokaloryczne posiłki. Ana Nowicka to zarazem narratorka, jak i matka Kamila, cały czas siedzi w wózku sklepowym, przesuwanym z kąta w kąt. To osoba wykluczona, niepotrzebna, lecz stale obecna.
Szkoda, że krakowska inscenizacja została pokazana w realiach oryginału, warszawskich, lokalne ujęcie historii byłoby ciekawsze, stanowiłoby wartość dodaną tekstu Doroty Masłowskiej.
Teatr Varia, 11 maja 2025
Link: https://teatrvaria.blogspot.com/2025/05/swiata-wielkiego-miasta-wteatrze.html?m=1&fbclid=IwY2xjawKOlU9leHRuA2FlbQIxMQBicmlkETBIaTc3VzQ5RU RIMmpjUGd3AR6TzIeVmYFvOCLU7fF_8pod5Yg8M-zC989y9XV0SBdLcu6w3ldKMZHp8kg3g_aem_h_gwaKEkOuLckPgvw53XWg
Wystarczy wejść do teatru. Tego małego, często zwanego offowym. Rozejrzeć się. Od razu wiadomo, co za duchy i skrzaty przesiadują w jego zakamarkach. Są sceny, które nużą działaniem na obraz i podobieństwo teatrów dofinansowywanych z budżetów państwowych i samorządowych. Są takie które oferują nic za potocznie używane „miliony monet”. Ale są i takie, w których gdy się wejdzie – wspomniane teatralne skrzaty i duchy natychmiast wychylają się z wszelkich możliwych szpar i cieni. Takim jest krakowski Teatr BARAKAH. Prywatna inicjatywa artystyczna, działająca od ponad dwudziestu lat. Pojechałem, wszedłem do tej malutkiej przestrzeni i… będę tam jeździć kiedy tylko się da. Bo tam mieszka pasja. Pomysł i chęć. Jest atmosfera niezbędna do tworzenia.
Może to sprawa spektaklu, bo „Inni ludzie” w reżyserii Macieja Gorczyńskiego są do bólu ludzcy i prawdziwi. Tekst to przecież dzieło Doroty Masłowskiej. A w jej pisaniu najbardziej cenię brutalną dosłowność. Masłowska nie sili się na słowne ptifurki i protiferolki. Wali po oczach prawdziwym życiem. Kreśli postaci ostro, bez wygładzania życiowych pęknięć. Świetnie się to udało przenieść na scenę Teatru BARAKAH.
Całość jest rapowana. Nie podoba mi się pomysł rapowania wielkich dzieł minionych literackich epok. Pisanych niegdyś ku pokrzepieniu serc. Tamte czasy rapu nie znały i nie ma sensu im go moim zdaniem na siłę imputować. Ale proza Doroty Masłowskiej – nowoczesna, bez skrupułów i codzienna – aż się prosi o taką formę. Rap zatem króluje w niewielkiej przestrzeni scenicznej od początku do końca tego bardzo dynamicznego, wciągającego w swój świat spektaklu.
Kamil, którego gra Piotr Mateusz Wach jest w czarnej de. Półtora tysiąca długu wobec Playa równa się brak kontaktu ze światem. Odcięte połączenia, nie ma internetu. A bez tego w dzisiejszym świecie jest się pariasem. Głodny. Zdesperowany. Opala lufkę, którą kryje w zakamarku klatki schodowej i rusza na spotkanie dnia. Na spotkanie szarych, ludzkich twarzy. Nadzieją w beznadziejnej sytuacji jest dla niego romans z bogatą mężatką, której mąż – powiedzmy delikatnie – często bywa nieobecny. Kamil inkasuje pieniądze.Świetna jest scena seksu, grana przez Wacha i Monikę Kufel. Taka, jaka w teatrze zawsze się sprawdza. Czyli z jednej strony pełna emocji i erotyki, z drugiej natomiast nie epatująca zbędnym łopotem genitaliów. Dostaje pieniądze, płaci dług. Wraca do domu, w którym mieszka z matką. Klasyczne mieszkanie, wyjęte z polskiego piekła blokowiska. Narzekanie, tłamszenie, wieczny brak wszystkiego. To idealne środowisko. Tak rodzi się rap. Ostry, wyrazisty rap. Kamil marzy o nagraniu płyty. Jego życie jest ułożone w takt rytmicznych bitów. Marzy. Do marzeń prawo ma na razie każdy. Rapuje o zwykłym życiu. Twardym jak betonowa ściana dziesieciopiętrowca i ostrym jak szło z rozbitej szyby. O własnym życiu. Na scenie są świetne kobiety. Znakomicie wplatają się wątki ich przeżyć w historię Kamila. Pięknie śpiewająca Lena Witkowska i Agnieszka Kocińska, rapująca wspaniałym głosem, który zmienia się w zależności od sytuacji. Raz jest rozmarzonym aksamitem a za moment tnie jak kosa, skrywana w kieszeni dresiarskich spodni. Zmieniają się w drugoplanowych rolach. Bez ich postaci plan pierwszy brzmiałby pusto i zbyt cicho. Wyśmienity jest Joker-narrator (Michał Nowicki), dynamizujący wydarzenia na scenie. No i żona porzucona. Monika Kufel. buduje postać tragiczną. Kobiety uwięzionej w klatce kredytu i zależności diabelskiego trójkąta rodzinnego On, Ona, Dziecko. Tragiczną i tragicznie prawdziwą. Wszystko uzupełniają dwie postaci – zapatrzony w siebie mąż, opleciony własnymi ciemnymi sprawkami (Paweł Wolsztyński) – znakomita scena bluesowa – i ktoś, bez kogo nie byłoby owego bluesa, ani innych bardzo dobrych muzycznych podkładów – Piotr Korzeniak.
To jest mikro teatr pełną, artystyczną gębą. Świetnie zaśpiewany, zatańczony. O mocnym przesłaniu. Nie ma tu żadnych smrodków i pogaduszek edukacyjnych, czy utopijnych rozważań o pojęciach dobra i zła. Jest życie. Kamil idzie przez nie twardniejąc z każdym dniem. Od tego w którym układał przypadkowo mu na chwilę darowane Lego Techno, aż do ostatniego, gdy śpiewa znakomity literacko i muzycznie song finałowy. Wychodzi się z Teatru BARAKAH i zupełnie inaczej patrzy na mijane szare twarze. Na innych ludzi. To jest spektakl o tu i teraz współczesnego świata. O potrzebie siły aby się z nim mierzyć. W zwykłych ludziach tkwi światło. Światło Wielkiego Miasta…
„Teatr” 2020, nr 10, 19 października 2020
Link: https://encyklopediateatru.pl/artykuly/349303/teatralny-klip-o-niepoprawnymswiecie#
Teatr Barakah w Innych ludziach według nowej powieści Doroty Masłowskiej stawia pytania o język: czy to my się nim posługujemy, czy raczej on nami?
Innych ludzi Doroty Masłowskiej czyta się jak tekst hip-hopowego kawałka. W swojej rytmiczności, wulgarności i dobitności sprawia wrażenie wyrafinowanej zabawy i operacji na języku oraz obrazie świata, który konstruuje. Gdyby podzielić go na głosy, można by nazwać go partyturą, tekstem dramatycznym czy po prostu strumieniem świadomości. W informacji o obsadzie spektaklu Macieja Gorczyńskiego nie znajdziemy tradycyjnego przypisania aktora lub aktorki do roli, wszyscy wymienieni są w jednym szeregu. Rzeczywiście, niektóre z postaci scenicznych z łatwością identyfikujemy jako kolejnych bohaterów i bohaterki z tekstu Masłowskiej, inne zaś nie dają się z pewnością zidentyfikować.
On (Piotr Mateusz Wach) — młody mężczyzna, bez ojca — mieszka z Siostrą i Matką, która uważa go za nieudacznika i niepoprawnego marzyciela bez pracy. Marzy o karierze rapera, żeby móc wykrzyczeć światu całe zlo, jakie go dotyka. Ona (Monika Kufel) to dobrze sytuowana reprezentantka wyższej klasy średniej, zamężna, matka. W sytuacji kryzysu mentalnego, uzależniona od leków uspokajających, szuka potwierdzenia swojej wartości w romansie z młodszym mężczyzną. Jak to bywa u Masłowskiej, w Innych ludziach spoglądamy na całą plejadę postaci symbolizujących statusy społeczne, habitusy, środowiska, role kulturowe czy klasowe. W spektaklu rys postaci naszkicowany w tekście Masłowskiej został wyostrzony przez kostiumy — unieruchomiona na wózku sklepowym Matka z pomalowaną jak błazen twarzą (Ana Nowicka); Kamil w koszykarskich spodenkach, luźnej koszulce i sportowych butach; Iwona w sukience i upiętych włosach, z wyrazistym makijażem; Maciek (Paweł Wolsztyński), jej mąż, w przylegającej koszuli podkreślającej niewysportowaną, ale wciąż, możliwie atrakcyjną sylwetkę, wąskich garniturowych spodniach i lśniących butach; Aneta (Lena Witkowska) w sportowej bluzie i potarganych dżinsach. Jedyną osobą diametralnie odstającą jest współlokatorka Anety, Justa (Agnieszka Kocińska), która w spektaklu jest atrakcyjną, szczupłą brunetką ubraną, podobnie jak Aneta, w sportową bluzę i luźne spodnie. W tekście Masłowskiej rysuje się raczej jako skryta i pozbawiona stereotypowo przypisywanych kobietom cielesnych cech, które mężczyźni uważają za „atrakcyjne”. Ta „metamorfoza” bohaterki na scenie to może przypadek, ale pokazuje, że ucieczka od spojrzenia innych jest możliwa. Kocińska razem z Nowicką wydają się wskazywać na pęknięcia w świecie przedstawionym właśnie dlatego, że ich bohaterki w najbardziej wyrazisty sposób są uwięzione w opisach na swój temat.
Aneta, dziewczyna pracująca w Rossmanie, grana przez Lenę Witkowską, jest jedną z bardziej przejmujących ról w spektaklu, w dużej mierze przez sceniczną obecność i osobowość samej aktorki. Witkowska ze swoim oryginalnym, niskim i zachrypniętym głosem, wygoloną w połowie głową i wyrazistą mimiką sprawia, że pusta i landrynkowa, niedbająca o nic oprócz lajków na Facebooku Aneta z tekstu Masłowskiej staje się figurą kobiety zakleszczonej w wykluczającym języku. Można by ją nazwać przeciwieństwem Iwony, ale tak naprawdę obie uwięzione są w równoległych światach, w których to mężczyźni i rynek decydują o ich wartości. Obie uzależnione od uznania Kamila, nieumiejącego dostrzec ich nieutowarowionej wartości. Uznania chłopaka, który sam jest ofiarą nierówności.
Zdarzenia między postaciami często rozgrywają się w języku, którym się posługują — emocjonalnym, rytmicznym, nieraz wulgarnym. Domyślamy się, że uczucia Kamila do Iwony w dużej mierze wynikają z popędu seksualnego i erotyzacji dojrzałego, kobiecego ciała. Anetę traktuje przedmiotowo, zresztą Iwonę podobnie. Żadna nie jest jego dziewczyną, ale z każdą łączy go relacja seksualna. Co więcej, zarówno Aneta, jak i Iwona widzą w Kamilu erotyczny przedmiot. Iwonie pozwala poczuć się seksowną, ale tym bardziej miesza w jej życiu, podsyca fatalizm i poczucie porażki z małżeństwa opartego na kredycie i dziecku. Dla Anety jest kolejnym dużym lajkiem z Facebooka, tyle że wydarzającym się w realu, ale jednak pustym i pozbawionym prawdziwych emocji. Z kolei Matka Kamila została uwięziona w wózku sklepowym, jak kupowany w wielkopowierzchniowych marketach towar. Relacja Kamila z Matką przekłada się na jego relacje ze wspomnianymi wyżej kobietami: bohater widzi w nich towary, nic więcej. On zaś jest biednym i upodlonym przez życie konsumentem. Zarówno on, jak i bohaterki spektaklu aż domagają się wyemancypowania z ról społecznych, które z pogardą nadał im świat.
Matka komentuje zachowania syna i świat przedstawiony wokół niej. Zdaje się być jedną z najważniejszych postaci w spektaklu. Przez innych postrzegana jako błazen, sama zdaje się widzieć i wiedzieć więcej. Szczególnie w jednej z ostatnich scen, która symuluje narkotyczny high. Matka wdycha w niej hel i w jeszcze bardziej prześmiewczy i „niepoważny” sposób wypowiada swoje kwestie. Pozostaje jednak ignorowana, bo przecież tak nieważna, tak śmieszna i tak nierzeczywista.
Możliwa do zrekonstruowania po lekturze tekstu Masłowskiej fabuła, relacje pomiędzy postaciami, a nawet chronologia wydarzeń — nie są tutaj istotne. Bohaterowie i bohaterki spektaklu pojawiają się na scenie, mówią teksty, ale nie rozmawiają ze sobą. Wypowiadają słowa, nie patrząc na partnera lub partnerkę dialogu. Przy tym wszystkim wprawieni są w kompulsywną choreografię, jakby to nie oni posługiwali się językiem, ale bardziej język nawigował ich ruchami.
Postacie w tekście Masłowskiej opowiadane są językiem. Trochę literackiej i społecznej wrażliwości pozwala dostrzec, że to nie jest ich język, a jedynie wypreparowany w autorski sposób dialekt, czerpiący ze świata mediów, ze stereotypów i z prawdziwych praktyk społecznych grup, z których wywodzą się bohaterowie tej rzeczywistej i nierzeczywistej równocześnie opowieści. W spektaklu Gorczyńskiego postacie dodatkowo widziane są przez strój i słuchane przez oprawę dźwiękową zespołu Cukry i Piotra Korzeniaka. Wsłuchując się w muzykę, z jednej strony odnajdujemy kulturę klubową, raperską, z drugiej — tradycyjną (szczególnie w scenie, w której Ana Nowicka i Agnieszka Kocińska komentują zachowania Kamila przy pomocy białego śpiewu). W tekście Masłowskiej mieszają się porządki — społeczne, klasowe, ekonomiczne. W spektaklu Teatru Barakah wybrzmiewa to zarówno w stworzonym tyglu postaci, potrzeb i żądz, jak i w muzyce, która jest niejednoznaczna.
Należy wspomnieć także o ruchu scenicznym i choreografii autorstwa Piotra Mateusza Wacha. Wszystkie postaci są w nieustannym ruchu, pocą się, męczą fizycznie. Z jednej strony oddają w ten sposób dynamikę stołecznego miasta, z drugiej symbolicznie ukazują ciężar funkcjonowania w więzieniu języka. Teatralny makijaż spływa po twarzy Iwony, ciało Kamila błyszczy się od potu pod koniec spektaklu, koszula Macieja jest mokra, a włosy rozczochrane. Postacie funkcjonują w brudnym święcie, który ich samych doprowadza do jeszcze większego rozpadu.
Przestrzeń scenograficzna, o ile ciekawa i hipnotyzująca, pozostaje neutralna wobec siły znaczeniowej języka. Wypowiedzi bohaterów tekstu Masłowskiej są seksistowskie, homofobiczne, klasistowskie, rasitowskie, są tym, czym karmi nas świat codziennie, tym, w czym każę nam funkcjonować i nazywa to zastaną rzeczywistością, której nie można zmienić. Bez dwóch zdań postacie te są fatalistyczne — nadzieje na zmianę są nikłe (wydanie płyty przez Kamila czy powtórne poczucie się atrakcyjną, a może nawet prawdziwie pokochaną przez Iwonę), bohaterowie i bohaterki Innych ludzi nie są w stanie przeprowadzić tej zmiany. To wszystko jednak nie powinno sprawiać, że i my popadniemy w fatalizm, tracąc wszelką nadzieję. Należy pamiętać, że Masłowska tworzy literacką fikcję, wywiedzioną oczywiście z faktycznych sytuacji społecznych. Właśnie fikcja i niezwykle twórcza hiperbola powinny skłonić nas do autorefleksji — czy to my posługujemy się językiem, czy on nami?
Inni ludzie Macieja Gorczyńskiego, z muzyką Cukrów i Piotra Korzeniaka oraz choreografią Piotra Mateusza Wacha, to teatralny klip muzyczny, ukazujący nieczystą złożoność systemowych rozgrywek, których jesteśmy zawodnikami i zawodniczkami, skazanymi na przegraną.
teatralny.pl, 16 września 2020
Link: https://www.teatralny.pl/artykuly/bliscy-ludzie-3125
Teatr lubi Dorotę Masłowską. Nie jest to – sądząc po wywiadach z pisarką – sympatia w pełni odwzajemniona. Miarą atencji może być fakt, że Inni ludzie, rapowy poemat z 2018 roku, zdążył się już zadomowić na polskich scenach. W TR Warszawa zmierzył się z nim Grzegorz Jarzyna, ze studentami krakowskiej Akademii spektakl dyplomowy przygotował Maciej Stuhr. Pandemicznie przesunięta premiera Teatru Barakah jest pewnego rodzaju dopełnieniem perspektywy. Maciej Gorczyński znalazł Innych ludzi w offie.
Historia Kamila Janika (Piotr Mateusz Wach), rapera, który próbuje nagrać wymarzoną płytę, jest dla Masłowskiej pretekstem do portretu społeczeństwa – podzielonego klasami i sklejonego depresją. Słuch pisarki i jej językowa biegłość są powszechnie znane. Styl Gorczyńskiego, zbudowany na muzyczności i wyrazistej choreografii (z jednoczesnym poszanowaniem tekstu) – znany jest mniej, a szkoda. Mając w pamięci jego zrealizowane w Gardzienicach, poetycko roztańczone Listy do Mileny Kafki oraz naiwistyczno-czarodziejskie Nowe Ateny na podstawie encyklopedii ks. Benedykta Chmielowskiego, jechałem do Krakowa z obawami. Jak ta wyraziście eteryczna, migotliwa estetyka zniesie przyspieszone miejskie tętno poematu Masłowskiej? Nadzieję pokładałem w myśli, że offowa realizacja przez swe przymusowe ograniczenia (budżetowe, infrastrukturalne etc.) daje szansę odtrutki na bolesne wspomnienie celebrycko rozpasanej i szyderczej wobec bohaterów inscenizacji Jarzyny.
Małą piwniczną scenę teatru na krakowskim Kazimierzu dominuje ściana w tle. W Innych ludziach pomalowana jest w charakterystyczny sposób (niby niszczejący beton). To znak, że podobnie jak w innych spektaklach Gorczyńskiego, tak i w tym za scenografię odpowiada Iwona Bandzarewicz. Wizualizacje i światła bardzo się owej ścianie przysłużą, raz uwydatniając surowość, raz rozcieńczając ją w żywych barwach: złocie, czerwieni, fiolecie. W kolory te wtapiają się na przemian rosnące i karlejące cienie ludzkich sylwetek. Aktorzy poza światłem i (oszczędnymi) wizualizacjami mają do dyspozycji kilka rozmaicie przetworzonych wózków na supermarketowe zakupy, którymi nie tylko jeżdżą, ale budują z nich również konstrukcje wykorzystywane przy choreograficznej ekwilibrystyce. Nie ma w tym efekciarstwa, jest za to uderzające, nigdy niesłabnące rozdygotanie – rytm. Szczególnie wyraźne u Kamila i Justy (Agnieszka Kocińska). Witalna toporność cechująca głównego bohatera miała w sobie coś z apatycznego doładowania tanimi narkotykami. Kamil grany przez Wacha doskonale koresponduje z literackim pierwowzorem. Justa zaś, w błyszczącej bluzie z kapturem, miała dużo ze świadomie (jakby po Synowsku) przerysowanego rapera – co oczywiście kłóci się z książkową wersją tej postaci – dziewczyny nieatrakcyjnej, nieszczupłej i nieszczęśliwej. U Gorczyńskiego hip-hopowy entourage dzielą między siebie niemal wszystkie postaci. Co nie znaczy, że zajmują się wyłącznie rapowaniem do oldschoolowych czy trapowych bitów, do czego prowokuje rytm poematu. Odpowiedzialni za muzykę – zespół CUKRY (czyli Agnieszka Kocińska i grająca Anetę Lena Witkowska) oraz siedzący z boku sceny i akompaniujący Piotr Korzeniak – wypracowali bogate i zróżnicowane aranżacje sięgające do wielu gatunków, między innymi ambientu i jazzu. Mizoginistyczny bluzg Macieja (Paweł Wolsztyński) pobrzmiewał z kolei kpiarskim bluesem, co doskonale współgrało z grzęznącym w kryzysie wieku średniego bohaterem. Witkowska i Kocińska nie bały się folkowych zaśpiewów – zwracał uwagę zwłaszcza niski, głęboki głos tej pierwszej. Symbioza tej mieszanki z rapem na papierze wydaje się niestrawna, ale na scenie uzyskała organiczną spójność, czyniąc z Innych ludzi wielowątkową kompozycję.
Świat Innych ludzi szyty jest grubym stereotypem. Gorczyńskiemu udało się jednak wyciągnąć z niego to, co zgubił Jarzyna – prawdę i uniwersalność. Krakowski reżyser, nie tracąc humoru, ocalił powagę przeżyć bohaterów, bliskość ich losów, w których z łatwością możemy się wszyscy przejrzeć – nawet jeśli nie dziaramy sobie kotwic Polski Walczącej, jak Kamil, i nie fundujemy implantów powiększających piersi, jak Iwona (Monika Kufel). Ci ludzie nie są inni – są swoi. Budowanie postaci z krwi i kości, wydobywanie ich z języka, jest poszukiwaniem w obrębie formy, ale bez utraty kontaktu z realizmem. Nieszczęście, którego doświadczają uwikłani w kredyty i niemiłość bogaci ludzie, zdaje się tylko pozornie odległe od codziennych trudów, z którymi mierzą się biedni. W istocie łączy ich depresyjny mianownik, który w spektaklu uosabia Ono (Ana Nowicka). Matka głównego bohatera, ale i zjadliwy narrator, złośliwy głos w makijażu clowna, z balonikiem w ręku. Popkulturowy znak przywołujący nie tylko To, ale i Jokera.
Klasowe światy, choć odległe, wspólne są dominującym w nich nieszczęściem. Problem w tym, że ich przedstawiciele owego podobieństwa nie widzą, jedynie wyczuwają. Ich kontakt w postaci romansu Kamila i Iwony nie oferuje ani prawdziwego poznania siebie nawzajem, ani nawet zbliżenia. Zdaje się zresztą, że żadna ze stron na to nie liczy, chociaż obydwie desperacko potrzebują bliskiego człowieka. Jednym z głównych problemów, z którymi muszą się mierzyć, jest bowiem samotność. Wyrastająca z miałkich i powierzchownych relacji rodzinnych i towarzyskich. Zdrada, na którą się decydują, wbudowana w groteskową porno kliszę, może przypominać układ win-win (młodszy atrakcyjny mężczyzna z problemami i zamożna dojrzała kobieta). Po chwili staje się jednak jasne, że jedyne układy, jakie zawierają bohaterowie Innych ludzi to te w ramach lose-lose. Odwrotnie niż w ich relacji z widzami, która oferuje zaskakującą bliskość. Ma to swoją cenę – jest dotkliwe.
UJOT.FM, 11 maja 2022
Link: https://ujot.fm/ludzie-ci-sami-ale-nie-do-konca-czyli-o-spektaklu-inni-ludzie-wteatrzebarakah/
Tytuł Inni ludzie ostatnio kojarzony jest przede wszystkim z najnowszym filmem Aleksandry Terpińskiej i twarzą Jacka Belera, spoglądającego złowrogo z plakatów na ulicy. Nie jest to jednak jedyna interpretacja prozy Doroty Masłowskiej o tym samym tytule, czego dowód stanowi spektakl – premierą zresztą poprzedzający film – w Teatrze Barakah. Przyznam szczerze, że idąc na przedstawienie miałam w głowie przede wszystkim wersję kinową, a moje myśli ciągle próbowały doszukiwać się podobieństw. Spojrzenie na tekst Macieja Gorczyńskiego, okazało się jednak znacząco różnić od rapowanych dwóch godzin Aleksandry Terpińskiej (które swoją drogą również zachwycają!).
Historia sztuki opiera się na losach młodego chłopaka z biednej rodziny, który nawiązuje romans z dwiema kobietami – Iwoną z klasy „wyższej”, przeżywającej kryzys małżeński i podupadającej na zdrowiu psychicznym oraz Anetą, która według mężczyzny znajduje się o klasę niżej. Teksty poruszają cały przekrój problemów społecznych – od szowinizmu, homofobii, bagatelizowania potrzeby leczenia zaburzeń odżywiania, nawet do faszyzmu.
Pojawia się również nawiązanie, które aktualnie nabiera nowego znaczenia, Iwona bowiem wykrzykując kolejne rozwiązania, które mogą ocalić jej małżeństwo, mówi w końcu, że powinni: „zaadoptować uchodźcę”, co od razu po przemyśleniu zmienia na: „zaprosić uchodźcę”. Krytykuje to postawy Polaków, które nie wynikają z dobroci serca, a z wielkiego konkursu, który ma sprawdzić, kto będzie większym człowiekiem. Bardziej liczy się zdjęcie na Instagramie niż realna pomoc. Nie mówiąc już o jednym z wydźwięków tytułu Inni ludzie, który zwraca szczególną uwagę na rozgraniczenie: „My – Polacy kontra oni – z zagranicy”. Ironiczne słowa Masłowskiej w połączeniu z muzyką Piotra Korzeniaka i zespołu Cukry – tym razem nie tylko w postaci hip hopowej – oraz choreografią Piotra Mateusza Wacha fantastycznie ze sobą współgrają, skupiając naszą uwagę na poetyckości słów na pozór grubiańskich i niecenzuralnych. W opisie wydarzenia możemy przeczytać:
„Poszczególne języki pierwszo i drugoplanowych bohaterów tworzą wspólnie fascynującą, muzyczną fonosferę – aurę wielkiego miasta. Interesuje nas stworzona w Innych ludziach perspektywa, którą odtworzyć można za pomocą następujących pytań: czy to my posługujemy się językiem, czy też język przejął kontrolę nad nami? Czy istnieje sfera niewerbalnego porozumienia i czy w jakikolwiek sposób może być ona uświadomiona i poddana refleksji? Na czym polega twórczość w dziedzinie języka?”
I faktycznie – charakterystyczny język twórczości Doroty Masłowskiej dostał przestrzeń, by wybrzmieć w duszach odbiorców. Fraza „Przychodzisz do Rossmana mego ciała” bardziej wzrusza niż bawi, a „kobiety tak gołe, że widać wątrobę” obnaża postaci zdecydowanie bardziej niż nagie piersi.
Wchodząc na salę, w której aktorzy rozpoczęli już swój spektakl wykonaniem jednej z melodii wraz z choreografią, miałam wrażenie, że wchodzę do świata innych ludzi. Dopiero w trakcie sztuki uświadomiłam sobie, że to nieprawda. Ja w tym świecie cały czas jestem, twórcy po prostu brutalnie rzucają mi w twarz wszystkie jego najgorsze przywary, które przecież są w moim środowisku – bliższym lub dalszym – codziennie. Społeczeństwo zostało rozebrane i postawione przed publicznością całkowicie nago, tak jak główny bohater w jednej z początkowych scen. Inni Ludzie to spektakl, który nie spodoba się każdemu – z pewnością nie osobom, które nie lubią twórczości Doroty Masłowskiej. Poetyzuje wulgarność oraz obskurność dzisiejszych czasów – ale chyba właśnie dlatego tak porusza. Pomimo tego, że pozostawia za sobą pesymistyczny wydźwięk, przedstawiając społeczeństwo, które się stoczyło i pozbyło empatii, skłania sobą do refleksji. Jest trochę taką terapią szokową, mającym nam otworzyć oczy na sprawy, jakich nie dostrzegamy albo po prostu ignorujemy.
WUJ – Wiadomości Uniwersytetu Jagiellońskiego, 5 lutego 2024
Link: https://issuu.com/pismowuj/docs/313_wuj_luty2024_www
Chociaż tytuł tej sztuki wskazuje na „innych ludzi”, tak naprawdę mówi o nas samych. O tym, co w nas jest, o naszych lękach, obawach, pragnieniach, pożądaniach i marzeniach. Czasem wydaje się, że niektóre życiowe rozterki dotykają tych „innych”, ale przecież nie mnie. Alkohol, narkotyki, zdrady – przecież to wszystko to jakaś równoległa rzeczywistość, na którą nie ma miejsca w moim uporządkowanym świecie. Jednak okazuje się, że „my” i „oni” to w rzeczywistości to samo. Wszyscy rozpaczliwie szukamy szczęścia, miłości i ramion, które sprawią, że nie będziemy samotni.
„Inni ludzie” w Teatrze BARAKAH to spektakl oparty na powieści Doroty Masłowskiej, utrzymany w hip-hopowej, dresiarskiej formie, niezwykle wymownej i sugestywnej. Chociaż gust muzyczny widzów jest różny, to ciężko przejść obojętnie obok ścieżki dźwiękowej wykorzystanej w tej sztuce, będącej głównym narratorem historii. Ta opowieść nie jest optymistyczna, ocieka miejskim brudem, niezgodą na z góry przesądzony los, emanuje złością na rzeczywistość, w której przyszło żyć bohaterom. Nie jest to propozycja dla widzów, którzy chcą zrelaksować się w teatrze przy lekkiej komedii.
„Inni ludzie” zmuszają do zadawania pytań, wykorzystują wulgarność, nagość, by pobudzić nas do myślenia, refleksji i skonfrontowania z postawami, które sami prezentujemy na co dzień. Oryginalne elementy scenograficzne, światło i prowokująca muzyka sprawiają, że spektakl chłonie się każdym zmysłem, czekając w napięciu na kolejny zaskakujący moment. Aktorzy zabierają nas w świat pozornie tak daleki od tego, który znamy, a jednocześnie tak bliski, bo chociaż wiele nas różni, wszyscy w życiu szukamy tego samego. Każdy jednak wybiera inną drogę, aby dojść do szczęścia na końcu tęczy.
sztukawspolczesna.org, 4 grudnia 2021
Link: http://sztukawspolczesna.org/?fbclid=IwAR1http://sztukawspolczesna.org/ DVjaEVH_E0aqWVp9S715mqkgjumfXOv198QWH7tyib875UK7Dw0ES7Kc
W ciągu dwóch lat od pojawienia się Innych ludzi Doroty Masłowskiej, zrealizowano na jej podstawie cztery inscenizacje teatralne, a niedługo czeka nas premiera filmowa. „Hiphopowy poemat” okazał się wdzięcznym materiałem zarówno dla instytucjonalnej (szkoły aktorskie, stołeczny teatr), jak i offowej sceny. Zbiorowy portret mieszkańców Warszawy to jednocześnie diagnoza polskiej rzeczywistości, którego najważniejszym elementem jest charakterystyczny dla autorki język: dowcipny, wulgarny, prześmiewczy, bolesny, kunsztowny, mieszający kolokwializmy z elementami poetyckimi. I oczywiście muzyczność, bo zrytmizowana proza Masłowskiej układa się niczym raperska nawijka, a wydana książka przypomina formatem płytę CD. Świetny tekst autorki zyskuje przy czytaniu na głos, albo po wyśpiewaniu, „wyrapowaniu” go ze sceny. Warto w tym kontekście wspomnieć o fenomenie polskiego hip-hopu w dobie pandemii, kiedy dzięki ubiegłorocznej akcji muzycznej Hot16Challenge2, gatunek ten nabrał prawdziwie egalitarnego charakteru. Okazało się, że w nagrywać „tłuste bity” chcą wszyscy – nie tylko czołowi polscy raperzy, lecz także reprezentanci innych nurtów muzyki, oraz osoby spoza branży muzycznej, w tym sama pisarka (o politykach przez litość nie wspomnę).
Twórcy spektaklu w Teatrze BARAKAH znakomicie tę muzyczność uchwycili, bowiem krakowscy Inni ludzie przypominają koncert, w którym aktorki i aktorzy w zasadzie nie patrzą na swoich partnerów, lecz zwracają się bezpośrednio do widowni, wypowiadając i wyśpiewując swoje kwestie niczym uczestnicy jam session. Oczywistym wyborem gatunku powinien być hip-hop. Tymczasem na scenie usłyszymy niezwykle zróżnicowane aranżacje: oprócz rapu będzie blues, jazz, ambient, biały śpiew, a nawet peerelowski szlagier. Wielkie gratulacje dla występującej grupy muzycznej CUKRY (Agnieszka Kocińska i Lena Witkowska) oraz akompaniującego im na żywo, Piotra Korzeniaka. Gratulacje dla całego zespołu, bo zarówno obecni muzycy poradzili sobie z zadaniami aktorskimi, jak i zawodowi aktorzy niewiele ustępowali im w warstwie muzycznej. Dodajmy jeszcze świetny ruch sceniczny i choreografię Piotra Mateusza Wacha (grającego jednocześnie postać Kamila). Wszystkie postaci pozostają praktycznie w ciągłym ruchu, a zwłaszcza główny bohater, w wiecznym rozedrganiu napędzanym wściekłością bądź narkotykami.
Fabuła jest prosta: trzydziestodwuletni Kamil (Piotr Mateusz Wach) jest niespełnionym raperem, który chciałby nagrać płytę, a Iwona (Monika Kufel), którą spotyka w trakcie przypadkowej fuchy, reprezentantką klasy średniej, żyjącej w „luksusach”. Romans pomiędzy znudzoną życiem i traktowaną obojętnie przez męża kobietą a utrzymywanym przez matkę i dorabiającym na sprzedaży narkotyków chłopakiem nie może się udać, ponieważ dzieli ich praktycznie wszystko. Świat Iwony to świat stabilizacji materialnej (choć jednak na kredyt), zakupoholizmu, leków uspokajających i aspiracji. Dla bezrobotnego i nieskomplikowanego Kamila – to zakupy w Lidlu, przejażdżka tramwajem na gapę oraz w wizyta w Rossmannie, gdzie można poderwać dziewczynę.
Niewielka scena teatru została zwieńczona szarą, chropowatą ścianą, a scenografię „budują” cztery wózki sklepowe z hipermarketu. Dwa z nich zostały pomysłowo połączone – zespawane ze sobą tworzą kanapę oraz służą jako mobilny podest, trzeci stanowi zaplecze muzyczne, czwarty zaś jest miejscem dla narratorki opowieści i Matki bohatera (Ana Nowicka). Wyłania się klaustrofobiczna, przygnębiająca przestrzeń, niczym ciasny garaż w pobliżu bloków z wielkiej płyty. Całość dopełniają światła i wizualizacje, które zmieniają ponurą szarość betonowej ściany w feerię kolorów (jak w scenie zażywania narkotyków).
Kostiumy kolorystyką nawiązują do wykreowanego świata, ale także doskonale oddają status społeczny każdego z bohaterów. Kamil w koszykarskich spodenkach i koszulce (z chałupniczo przerobionym numerem na 44), Iwona w cekinowej, obcisłej sukience, Mąż (Paweł Wolsztyński) w koszuli i garniturowych spodniach, Aneta (Lena Witkowska) w sportowej bluzie i dziurawych dżinsach, Agnieszka Kocińska (w podwójnej roli Justy oraz Siostry Kamila) – w dresie z kapturem. Biało-szaro-czarny świat. Jedynym akcentem kolorystycznym (oprócz wspomnianych świateł) są jeszcze różowo-czerwone baloniki, nierealne, jak postać przy której się znajdują, czyli Matka Kamila (Ana Nowicka). Upiorne indywiduum, niczym Pennywise z horroru It, ale też i Joker z Mrocznego Rycerza, w makijażu clowna, wtłoczona w wózek sklepowy, ze złowieszczym śmiechem komentuje poczynania syna.
Nieudany romans, niespełniony raper, nieszczęśliwa kobieta – partykuła „nie” odzwierciedla sposób funkcjonowania wszystkich bohaterów. Ich życie jest napędzane zazdrością, awersją, pogardą w stosunku do innych ludzi. Negacją. Bo kim bowiem są „inni ludzie”? To mogą być Ukraińcy, Wietnamczycy, geje, feministki. Ludzie, którymi nie chcielibyśmy być, od których się odżegnujemy. Gorsi. Ale i ci, którymi nigdy się nie staniemy, bo są od nas lepsi. Nie są nami. Są inni. Zawsze w kontrze, zawsze w opozycji.
Bohaterowie miotają się po scenie, próbując się porozumieć. Na próżno. Ich język jest niewystarczający, bo wyraża tylko wspólne frustracje, a nie wspólny świat. Każdy z nich marzy o lepszym życiu, każdy czuje się niedoceniany, każdy chce bliskości. A dostaje to, na co go tylko stać, to, co może kupić. Seks, narkotyki, ewentualnie towar w promocyjnej cenie z Lidla.
Hipnotyzujące przedstawienie. Mimo całego komizmu i bijącej ze sceny energii spektakl ten jest przejmująco smutny, a bohaterowie mimo wszystkich ułomności nie są tak straszni, jacy wydają się po lekturze tekstu Masłowskiej i właściwie budzą współczucie, jeśli nie zrozumienie. Jednym z najbardziej przejmujących momentów jest scena zbliżenia pomiędzy Kamilem a Iwoną. Nagi chłopak staje za plecami kochanki, i oboje łapczywie obejmują się szukając bliskości. Przez chwilę przestają być dla siebie innymi ludźmi.
A może to tylko złudzenie.
Blog festiwalu Scena Wolności, 18 listopada 2022
Link: https://scenawolnosci.weebly.com/recenzje/november-18th-2022? fbclid=IwAR3rWHBOsPieT7Lba32kcsuYLBwBlJ2UzOQwz9UJGwmXhr71UHUo5AdlNI
Dorota Masłowska została przywołana na scenie Festiwalu już dwa razy – „Paw królowej” Starego Teatru im. Modrzejewskiej w Krakowie oraz wczorajsi „Inni ludzie” Teatru Barakah z Krakowa. Było to bardzo ciekawe zderzenie dwóch, zupełnie różnych podejść do językowej gimnastyki, stworzonej przez autorkę „Wojny polsko-ruskiej […]”. Nie jestem jednak pewna, czy porównywanie tych spektakli byłoby dobrym punktem wyjścia – są one tak autonomiczne i różne, że byłoby to krzywdzące dla każdego z nich. Jednakże nie sposób nie zauważyć, jak twórczość Masłowskiej rozwinęła się przez lata, czego wyraz (może nawet nieświadomie) dają spektakle przedstawione na Festiwalu Scena Wolności.
Pomiędzy wydaniem „Pawia królowej” – 2005 a „Innymi ludźmi” – 2018, minęło 13 lat. Upływ czasu widać szczególnie w sposobie przedstawienia postaci, ponieważ językowo Masłowska niezmiennie jest na swoim, wysokim, poziomie. Wyraźnie widać, że studiuje slangi, idiolekty i gwary, aby później wykorzystać je w swojej twórczości. Aktorzy Teatru Barakah musieli więc zmierzyć się z tekstem trudnym, dynamicznym, a jednocześnie usianym drobiazgowymi odwołaniami do współczesnej kultury. Jednocześnie, Masłowska w „Innych ludziach” pokazuje swoje nowe oblicze – empatię. „Paw królowej” był majstersztykiem językowym, przedstawiającym konkretne, zdegenerowane środowisko, a jednocześnie był przedstawieniowy – odbiorca nie wiedział i nie miał wiedzieć, co jest motywacją bohaterów, kim tak naprawdę są, jakie mają marzenia. Bohaterowie, pozbawieni psychologicznego backgroundu, byli jak manekiny, pozbawione własnej woli, rozstawiane jak pionki na szachownicy przez życie i innych, manipulujących nimi ludzi. W „Innych ludziach” jest inaczej – bohaterowie mają cele, marzenia, plany, przeszłość, doświadczenia, które ich ukształtowały. To wszystko tworzy w tekście i spektaklu skomplikowaną sieć znaczeń, powiązań i ludzkich emocji. Główny bohater „Innych ludzi”, czyli Kamil (w spektaklu grany przez Piotra Mateusza Wacha) jest młodym, marzącym o hip hopowej karierze, mężczyzną, który wciąż mieszka z matką, zajmuje się dilerką i „chce się wyrwać”. Na przeciwległym biegunie pojawia się Iwona (grana przez Monikę Kufel), przedstawicielka klasy średniej, żona bogatego męża, zagubiona jako matka, dążąca do doskonałości w byciu panią pięknego, designerskiego domu. Między dwójką bohaterów nawiązuje się romans, a wszyscy wokół nich – matka Kamila (Ana Nowicka), mąż Iwony (Paweł Wolsztyński), dziewczyna Kamila, Aneta (Lena Witkowska), Leoś, czyli syn Iwony i Macieja (Piotr Korzeniak, który równocześnie tworzy muzykę na żywo w trakcie spektaklu), a także Justyna (Agnieszka Kocińska), opowiadają też swoje historie, które tworzą swoisty metakomentarz dla tego, co dzieje się między dwójką głównych bohaterów. Dzięki drugoplanowym postaciom dowiadujemy się więcej o życiu i przeszłości Kamila i Iwony, a ich historie dają ostatecznie odbiorcy odpowiedź, dlaczego bohaterowie uwikłali się w dziwną, niecodzienną relację.
„Inni ludzie” to studium społeczeństwa pozbawionego umiejętności komunikowania się ze sobą. Każdy żyje osobno – nawet matka z synem nie ma pogłębionej relacji i więzi, co skutkuje ostatecznie zupełnym zagubieniem Kamila w otaczającej go rzeczywistości. Jedyną siłą napędową jest dla niego marzenie o wydaniu płyty, ale potrzebuje do tego pieniędzy, więc jego relacja z Iwoną staje się finalnie czystą transakcją, pozbawioną uczuć, pomimo, że oboje są spragnieni miłości i zrozumienia. Indywidualizm i odosobnienie przebijają się również poprzez warstwę muzyczną spektaklu – każda postać reprezentowana jest przez inny gatunek muzyki. Kamil – hip hop, Iwona – jazz, Maciej – blues, Aneta – trans. Odrębne światy w końcu czeka kolizja, a aktorzy Teatru Barakah przedstawili ją bardzo radykalnie. Brak porozumienia między bohaterami spektaklu objawia się w warstwie językowej, muzycznej, emocjonalnej, a nawet poprzez stylizacje i kostiumy. Zmusza widza do zastanowienia się nad tym, czy faktycznie jest coś, cokolwiek, co mogłoby połączyć tych ludzi? Czy na pewną są oni „inni”?
Żyjemy w świecie „wysoko skomunikowanym” – umożliwiają nam to media społecznościowe, telefony, portale, fora internetowe, aplikacje video itp. Paradoksalnie, to co zauważa się w ostatnich latach, jako jeden z największych problemów społecznych, to brak umiejętności komunikowania się ze sobą na poziomie emocjonalnym. Coraz więcej ludzi cierpi na depresje, zaburzenia osobowości, załamania nerwowe, stres, wyobcowanie. Problemy dotykają ludzi niezależnie od wieku, chociaż to dzieci i młodzież dziś są w sytuacji tragicznej, zwłaszcza biorąc pod uwagę polski system psychiatrii dziecięcej. W „Innych ludziach” wspomniane zostało trudne dzieciństwo Kamila, które rzutowało na jego dorosłe życie. To kolejny „prztyczek w nos”, dla tych, którzy uważają, że dorosły człowiek sam odpowiada za swoje czyny i ponosi pełną odpowiedzialność, pomimo konsekwentnego kształtowania jego osobowości przez konkretne środowisko, w jakim się wychował. Dodatkowo Leoś, syn Iwony i Macieja, może być dla widza przykładem dziecka, które, zaniedbywane przez zajętych sobą rodziców z klasy średniej, już jest bardzo samotne, a w przyszłości może przerodzić się to w takie samo wyzucie z uczuć jakie prezentują jego „starzy”. Po spektaklu chciałoby się krzyczeć: „Rozmawiajmy ze sobą!”.
Tekst Masłowskiej i spektakl Teatru Barakah przedstawiają grupę nieszczęśliwych ludzi, którzy nie potrafią swojego smutku nazwać, ani przed nim uciec. Smutek Kamila przeradza się na końcu przedstawienia w złość. Spektakl Teatru Barakah to świetnie wykonane muzycznie, aktorsko i technicznie przedstawienie. Reżyser, Maciej Gorczyński, zajął się tekstem Masłowskiej z wyjątkową wrażliwością. W obrazie teatralnym widać nie tylko smutek, ale i zrozumienie dla granych przez aktorów postaci, co jest dodatkowym walorem – odbiorca współczuje bohaterom od początku do samego końca. Twórcy budzą w widzach empatię, dokładnie tak samo, jak obudziła ją w swojej twórczości Masłowska przy pisaniu „Innych ludzi”.
Teatralna Kicia, 13 maja 2025
Link: https://www.tumblr.com/teatralna-kicia/783460704855490560/inni-ludzie-teatrteatr-barakah-re%C5%BCyseria?source=share
Jestem niepoprawnym fanatykiem Doroty Masłowskiej. Przepadam za jej prozą i lubię nurzać się w światach, które są powoływane – czy to w teatrze czy w kinie – na bazie jej tekstów. Zawsze ciekawi mnie co twórca danej adaptacji weźmie za dominantę danego tworu i jaki problem będzie starał się zbadać za pomocą swojej interpretacji. Ciekawym przypadkiem są „Inni ludzie”, których miałem przyjemność obejrzeć w Teatrze Barakah, ponieważ dużo wcześniej widziałem już filmową wersję Aleksandry Terpińskiej, ale nie była to jedyna wersja w mojej pamięci, bo jeszcze majaczyła mi w głowie interpretacja z TR Warszawa w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Nurtowało mnie w którą stronę pójdzie z tym tekstem Maciej Gorczyński w krakowskim teatrze.
„Inni ludzie” Masłowskiej opowiadają historię młodego chłopaka, Kamila, który mieszka na blokowisku z matką i siostrą. Marzy jedynie o zostaniu raperem, jednak na co dzień nie może tego osiągnąć, bo jest zbyt zajęty piciem, sprzedawaniem narkotyków i posiadaniem długu na 1500 złotych w Play. Przypadkiem wchodzi w romans z Iwoną – kobietą z klasy średniej, żoną dobrze sytuowanego mężczyzny. Iwona, z pozoru mająca wszystko, czego potrzeba do szczęścia, zmaga się z wypaleniem emocjonalnym i pustką, którą stara się zapchać Kamilem. Ta relacja jest zderzeniem zupełnie odmiennych światów, które na zdrowy rozsądek nie mają prawa razem koegzystować. Masłowska wykorzystuje tę opowieść jako pretekst do przyjrzenia się ludziom pozamykanym w swoich własnych bańkach, pogubionych i przede wszystkim cholernie samotnych. Ta powieść Masłowskiej jest głównie obrazem tego, jak ludzie się od siebie oddalają i jednocześnie jak słowa i język, który powinien służyć komunikacji, staje się jedną z największych barier i narzędziem do rozróżniania kto jest odpowiednim towarzystwem, a kto nie i do jakiej grupy społecznej przynależy.
Gorczyński w sprytny sposób wyrzuca kilka wątków (może nie do końca tak sprytnie, bo wydaje mi się, że gdyby nie to, że znam materiał źródłowy, to bym się pogubił w pewnych momentach) i skupia się w stu procentach na Kamilu, ale także na jego matce, która w innych widzianych przeze mnie adaptacjach stanowiła raczej wdzięczne tło. W wersji proponowanej przez Teatr Barakah matka staje się też poniekąd narratorem tej opowieści, ale jednocześnie jest tym cichym głosem mieszkającym w głowie ludzi, mówiącym im, że nie nadają się do niczego i niczego nie osiągną (w tej roli wyborny Michał Nowicki, pyszniutki na scenie, brawo). Ta interpretacja pozbywa się zupełnie wszystkich śmiesznych ozdobników i humoru.
Wydobywa najmroczniejsze i najbardziej przygnębiające elementy zawarte w prozie Masłowskiej. Tka przed widzami siatkę wydarzeń składających się na wizję życia w głębokiej depresji i odrętwieniu, bez możliwości ruszenia się i bez sił do walki z tym chochlikiem mieszkającym w głowie, który każdego dnia poniża nas jeszcze bardziej i nie daje żadnej nadziei na zmianę. Jest to jedynie wegetacja i patrzenie na coraz bardziej schnący bukiet pragnień. W tym spojrzeniu historia prezentowana przez twórców jest bezlitosna. Dodatkowo, reżyser świadomie korzysta z melodyczności materiału źródłowego i daje aktorom potężny oręż do ręki – wyśpiewywanie i rapowanie przez większą część spektaklu. Wychodzi to bardzo naturalnie i idealnie komponuje się z szarym światem przedstawionym, przenosząc nas odrobinę do brudnych przestrzeni lat dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, do zakurzonego undergroundu, który nie ma prawa wybić się na światło dzienne i jego jedynym celem w życiu jest cicha śmierć w ciemności i zapomnieniu. Przewrotnie jest to spojrzenie na tekst Masłowskiej z perspektywy człowieka bez perspektyw i pozwolenie mu na rozlanie swojej emocji bezsilności, która nie jest aż tak wyczuwalna w książce.
Ciekawie było zobaczyć na scenie Piotra Mateusza Wacha, bo znałem go jedynie z tego, że bardzo sprawnie reżyserował spektakle ( „grzybobranie / ZIMA NUKLEARNA” na zawsze w moim sercu), a okazuje się, że równie dobrze radzi sobie w aktorstwie. Bezbłędnie wykreował na scenie postać Kamila i jego puste, beznadziejne życie, napędzane jedynie ciągłą nadzieją na to, że w końcu skończy się ten długi, wieczny, szary „przejebany dzień”.
Teatr Barakah w tym spektaklu poszedł w zupełnie innym kierunku niż konkurencja i chwała im za to, bo o wiele przyjemniej oglądało się ich produkcję niż to, co zaproponował na przykład TR Warszawa. Powstało przedstawienie zaśpiewane z ogromną energią i zagrane z pewnością siebie. Hałaśliwe, niewygodne i uwierające, ale takie powinno być. Solidna robota, która budzi niepokój – w dużej mierze dzięki roli Wacha i Nowickiego i jasnemu pomysłowi reżysera. Warto tylko zadać sobie pytanie czy przypadkiem nie odnajdziemy w „Innych ludziach” siebie – wtedy może zrobić się nam ciutkę nieprzyjemnie na sercu.
Och Kultura, 20 maja 2025
Link: https://www.facebook.com/ochkultura/posts/pfbid02Qt2AYwTYGuutFaaHGNtefDup bBgA98GGhabj1cLTc4Ds8xKpgfyCHS5GZaHTUuo7l?rdid=4k1KguJDVucI1nzu
„Inni ludzie” Doroty Masłowskiej to powieść, która łączy poetycką prozę z rytmicznym językiem, tworząc portret współczesnego społeczeństwa zanurzonego w popkulturze i konsumpcjonizmie. Głównym wątkiem jest romans Kamila, marzącego o karierze rapera, z Iwoną, przedstawicielką klasy średniej, która przeżywa kryzys małżeński.
Twórcy spektaklu w Teatrze Barakah w Krakowie z tekstu Masłowskiej wyciągają to, co najtrudniejsze – niewygodną prawdę o naszym języku, zmuszając widza do refleksji nad jego rolą i wpływem na relacje.
Przedstawienie w reżyserii Macieja Gorczyńskiego jest pretekstem do ukazania barier komunikacyjnych wynikających z różnic społecznych. Język nie służy do komunikacji – jest formą istnienia, sposobem przetrwania i wyrażeniem frustracji. Bohaterowie wypowiadają swe kwestie, nie patrząc na siebie nawzajem, a ich dialogi często nie prowadzą do porozumienia.
Tekst nie zostaje „zagrany” – on zostaje zgrany jak bit, rozszarpany i na nowo posklejany. Gorczyński pozwala, by język przejął władzę nad ciałem – dosłownie i w przenośni, a choreografia Piotra Mateusza Wacha wprowadza elementy kompulsywnego ruchu, sugerując, że to język kieruje postaciami, a nie odwrotnie.
W scenografii Iwony Bandzarewicz dominuje betonowa ściana, która imituje szare blokowiska. Wózki sklepowe z kolei to metafora społeczeństwa konsumpcyjnego.
Fantastyczna muzyka zespołu Cukry i Piotra Korzeniaka jest polifonią dźwięków, która tworzy fonosferę wielkiego miasta – zagubionego, rozedrganego, rozpadającego się na jednostki. Trapowe beaty przeplatają się z jazzowym niepokojem i ambientową melancholią, a duża dawka hip-hopu znakomicie współgra z emocjami i rytmem wypowiedzi bohaterów.
Niezwykle ciekawy jest prześmiewczy klaun – Joker z klatki schodowej grany znakomicie przez Michała Nowickiego. To narrator i komentator, którego obecność wprowadza element mocnej i dosadnej ironii. Choć przez innych ignorowany, zdaje się widzieć i rozumieć więcej niż pozostali.
Monika Kufel jako Iwona to kobieta zagubiona i szukająca ucieczki od rutyny i niespełnienia. Jej relacja z Kamilem (Piotr Mateusz Wach), noszącym dres jak pancerz, jest pełna napięcia i nieporozumień. To nie zdrada – to desperacka próba odzyskania kontaktu z życiem, choćby na chwilę. W jednej ze scen ich zbliżenie fizyczne nie prowadzi do emocjonalnego połączenia, a jedynie pogłębia ich samotność.
“Inni ludzie” w Teatrze Barakah pulsują rytmem miasta, które nie zasypia, bo nie potrafi. Zderza się z betonem rzeczywistości i rozpada na strzępy języków, stylów, frustracji i muzyki. To teatr, który nie opowiada historii – on nią uderza, wykrzykuje, chwieje się i tańczy, zanim pozwoli widzowi w ogóle się zorientować, że stał się częścią tego samego brudnego krajobrazu, który ogląda. Jest jak brutalna, ale potrzebna terapia, która przypomina, że za każdym bluzgiem kryje się dramat, a za każdym dresiarzem – człowiek.
Instagram, 16 listopada 2021
Link: https://www.instagram.com/p/CV_Kc2GI1yc/
INNI LUDZIE w Teatrze Barakah zagrane na 100 procent, „na pełnej kurwie”, ale tego tekstu Masłowskiej chyba inaczej nie można… Pewnie dlatego, mimo pewnych słabości adaptacji, to działa, trzyma za pysk, za mordę, za ryj. I dlatego warto do tego krakowskiego rollercoastera wsiąść, co bardzo Wam polecam.
Ps. tu bez wulgaryzmów się nie dało… ;)