TeatrVaria, 26 kwietnia 2026
Link: https://teatrvaria.blogspot.com/2026/04/cele-czy-marzyciele.html?m=1#more
Czym jest marzenie? Jak odróżnić je od celu, rozłożyć w głowie i nauczyć się o nim spójnie myśleć. Mówić? „Marzyciele” w reżyserii Michała Telegi na scenie krakowskiego Teatru BARAKAH a w zasadzie postaci „Marzycieli” nie sprawiają wrażenia osób nadmiernie wygórowanych oczekiwań. A może to świat upadł tak nisko, że to co powinno być normą wchodzi w sferę nieosiągalnego wyobrażenia?
Spotykamy ich u progu symbolicznego choć bezrytualnego przejścia. Z chłopaka w mężczyznę. Z syna w opiekuna. Balansu na pograniczu uczucia i przygody. Popędu i fascynacji. Tu jest kocioł. Gotujący się wywar z ludzkich myśli i ograniczeń. Warzy się na scenie od pierwszej chwili, gdy widzowie wkraczając do teatralnej sali muszą przez nią przejść lawirując między aktorami. Ci jak w transie tańcząc śpiewają słynną frazę „Hey you, you’re loosing, you’re loosing your mind” duetu Raury & Jaden Smith. Ledwo miejsca zostaną zajęte rusza spektakl. Piekący, dosłowny, bez taryf ulgowych ani dla sceny ani dla widowni.
Wszystko się tu mąci, przenika i dusi. Jakby „Marzyciele” dziali się w skołatanym umyśle człowieka zagubionego w meandrach zależności społecznych, kulturowych i sytuacyjnych. Marcin (Marcin Piotrowiak) jako alter ego Mateusza (Mateusz Lisiecki) próbuje zagrać z nim w grę męskiej dojrzałości. Dwie wersje tej gry stają się ilustracjami dwóch aspektów współczesnej męskości – idealizacji siły i jej przeciwieństwa. Modelu pasywnie zniewieściałego, pozbawionego atrybutów agresji. Obalającego męski archetyp. Co leży u podstaw poszukiwań męskości i jej symboliki? Doświadczenie wypływające z dzieciństwa, w którym gloryfikowano siłę? A choć droga z kuchni do pokoju wiodła ledwie przez krótki korytarz, zawsze był tam czas aby zerknąć w lustro. Upewnić się, że wszystko „męskie” jest na swoim miejscu. Rozważań nad męskością jest w tym spektaklu sporo. Dominują one nad pozostałymi wątkami o bardziej uniwersalnym wymiarze.
Kacper (Kacper Kujawa) szuka tożsamości artystycznej, płciowej. Kulturowej. Szuka jej inaczej. Stara się dążyć do realizacji marzenia, poprzez identyfikację z wzorcem. Czy istnieje jednak idealny Kacper do naśladowania przez Kacpra? Świetne są jego zawarte w monologu dylematy, mocno wybrzmiewa scena ekstatyczna gdy pada na podłogę wijąc się w epileptycznych drgawkach. Odnajduje siebie? Na drodze staje mu Monika (Monika Kufel) – femme fatale i wulkan namiętności. Ich romans, na wskroś fizyczny, to przykład kapitalnej pracy teatralnej. Pary Aktorów i Reżysera. Idą drogą zwierzęcego wręcz pożądania. Przekazują je sobie jak pałeczkę w doskonale zgranej sztafecie. Gdy dochodzą do granicy uczucia – Monika zamraża emocje. Odtrąca młodego kochanka. Ten zaskoczony, poniżony popada w rozpacz. Obnażony, odarty z marzeń zostaje nagim, pustym strzępem człowieka. Ciałem jedynie, któremu pozostaje własna nagość i rozpaczliwe obejmowanie samego siebie w poszukiwaniu skrawka akceptacji.
Przedwcześnie opisałem finał. Ale ten spektakl jest poszarpany. Porwany jak szczątki wypieranych ze świadomości wspomnień. Myśli, które przychodzą do głowy i budząc zawstydzenie pozostają w sferze równoważników zdań. Dawid (Dawid Tas) opowiada wstrząsająco o swojej pierwszej roli. O swoich doświadczeniach. Jego monolog przechodzi w rap. Z głębi siebie wydobywa zdania, buduje z nich obraz pokaleczenia człowieka w społeczeństwie obcości.
I ta kapitalna aktorsko scena Marcina. Ma dziesięć minut aby zapłakać. Próbuje. Szuka sposobu. Sięga po wzorce, wspomnienia, próbuje metody przeciwieństw. Nie pomaga śmiech, przepracowane traumy dzieciństwa. Nawet wzruszające na co dzień momenty i ważne konstatacje. Jest sam wśród zastygłych na scenie pozostałych postaci spektaklu. Stara się rozpaczliwie wykrzesać łzy. Dziesięć minut, które fascynują tak, że mijają niczym mrugnięcie powieki. Nie umie. Nie potrafi udać najtrudniejszej, bo „niemęskiej” emocji. Nie potrafi publicznie zmusić krnąbrnego ciała do sztuczności.
W tle, jak zwykle w Barakah, niepokojąca i świetnie wpasowana w widowisko muzyka duetu Paweł Stus/Piotr Korzeniak. Krakowski teatr bez nich straciłby powietrze. Nie byłoby tej atmosfery. Środowiska do przeżywania spektakli. Dynamiczne, momentami ostre brzmienia. Jak znaki przestankowe w narracji aktorskiej. Kropki. Wykrzykniki. Barakah nie sięga w swojej przecież niewielkiej przestrzeni po uproszczenia. Nie zastępuje teatru kinem. Nie idzie na skróty. Muzyka i kawał realnego, świetnie wypreparowanego do ram spektaklu, życia. To właśnie „Marzyciele” Telegi.
Kolejny wieczór z teatrem, w którym gdy po ostatniej scenie gaśnie światło – zapada cisza. Skrócili ten spektakl. W zapowiedzi miał półtorej godziny. Zeszli za kulisy po godzinie z kwadransem. Wracając z Krakowa zastanawiałem się, czy to powinno trwać dłużej? Czy ten model z wyciętym piętnastominutowym fragmentem jest lepszy? Less is more, można powiedzieć. Tu w „Marzycielach” więcej mówić nie było potrzeby.
I znowu pozostaje gonitwa myśli. Wątpliwości, nieco bólu z na nowo porysowanych blizn. Układamy się z życiem. Prowadzimy je po ścieżkach utartych. Często idąc w takt stąpania poprzedników, zapatrzeni w ich coraz mniej widoczne ślady. Warto się zatrzymać. Wraz z „Marzycielami” zastanowić. Czy są w ogóle jakieś marzenia? Może zostały nam, w dwudziestym pierwszym wieku, już tylko cele?
Nowa Siła Krytyczna, 28 kwietnia 2023
Link: https://e-teatr.pl/miedzy-namietnoscia-a-zartem-36664
Seksualność. Mimo zmian w społeczeństwie, nadal temat tabu – w domach i w przestrzeni publicznej. Trudno jest poruszyć go w teatrze w sposób wyważony – taki, który nie odepchnie widza lub nie spuści jeszcze szczelniejszej zasłony milczenia. Czy udało się to Michałowi Teledze w „Marzycielach”? Inspiracją reżysera i scenarzysty w jednej osobie była ekranizacja powieści Gilberta Adaira „The Holy Innocents”, czyli film Bernardo Bertolucciego „Marzyciele” z 2003 roku.
Bohaterowie spektaklu Teatru Barakah w Krakowie to artyści poszukujący swojego miejsca w świecie i zrozumienia w drugim człowieku. W scenariuszu nie ma jednej linii fabularnej – to raczej seria obserwacji dojrzewania postaci o różnych orientacjach seksualnych, odmiennych historiach życiowych, definiujących dorosłość na swój sposób, bezustannie poszukujących czułości, przestrzeni na wyrażanie emocji, a przede wszystkim siebie. Mimo tabuizacji tematu, seksualność nie przestaje być częścią życia każdego człowieka. W przedstawieniu padają słowa, których niektórzy nie mieliby odwagi wypowiedzieć głośno.
Podobnie jak w życiu, tak i w „Marzycielach” momenty dramatycznych kulminacji przeplatają się z żartami, usiłującymi być sposobem na poradzenie sobie z rzeczywistością. To dobrze wyważone połączenie namiętności i dawania sobie i publiczności oddechu. Sceny płynnie przechodzą jedna w drugą, nie pozostawiając na dłużej żadnego z problemów bez komentarza. Fuzja nastrojów działa na widza, mamy szansę zatracić się w emocjach, żadna jednak nie pochłania nas na stałe.
Reżyser seksualność łączy ze zwyczajną bliskością, czasem platoniczną czułością, a także z męskością. Ten ostatni temat to jeden z bardziej podkreślanych wątków. Każdy z mężczyzn jest na nieco innym etapie życia – jedni chcą wyrwać się z narzuconych przez społeczeństwo ram, inni już to zrobili, pozostali kategorycznie tego odmawiają i dopiero w trakcie nabierania doświadczeń uświadamiają sobie, że coś w ich relacjach ze światem jest nie tak. Twórcy, pozwalając bohaterom na podejmowanie prób okazywania wrażliwości, starają się uchwycić współczesną definicję męskości. Niestety motyw ten zdecydowanie najsłabiej wypada na scenie. Bez względu na to, w jakim tonie jest podejmowany – żartem czy dramatycznie – i że bywają to dobre pomysły, brakuje mu rozwiązania.
Spektakl staje się przeżyciem przede wszystkim zmysłowym. Dotyka widza chociażby niezwykłą grą świateł, muzyką graną na żywo. Kompozycje Piotra Korzeniaka i Pawła Stusa nie stanowią jedynie tła dla działań aktorów, wypełniają każdą scenę odrębnym brzmieniem, grają z emocjami postaci, pozwalają odbiorcy na zanurzenie się w niepowtarzalnej atmosferze. Jako pewnego rodzaju kontrast pojawiają się piosenki wpadające w rapowe klimaty, co rozładowuje napięcie. Te rozwiązania zgrywają się z hipnotyzującymi monologami postaci, prowadząc do kulminacji dźwięków i obrazów.
Wbrew pozorom jednak nie mamy do czynienia z rozbudowaną scenografią, wręcz przeciwnie – z minimalistyczną. Najważniejszą rolę odgrywają dwie instalacje: multimedialna Krzysztofa Marchlaka oraz performatywna „Bez tytułu” Adrianny Gajdziszewskiej. Zgodnie współgrają z wszechobecnymi w „Marzycielach” kontrastami. Pierwsza z nich (umieszczone nad sceną ekrany) przekazuje proste frazy, jak chociażby „Dotknij mnie”. Druga (zawieszone nad sceną białe, nieokreślone kształty) pozostawia wiele przestrzeni dla wyobraźni odbiorcy. Mogłaby nawet umknąć nieuważnemu oku widza.
Przedstawieniu nie można odmówić odwagi i bezpośredniości przekazu (znaczące, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie dofinansowało spektaklu), ale twórcy nie wykorzystali w pełni potencjału tematu. Zabrakło świeżości spojrzenia, odkrycia czegoś nowego, otrzymaliśmy wywód zbyt wyważony w porównaniu z wykorzystanymi środkami. Chciałoby się, żeby „Marzyciele” zostawiali widza z czymś więcej niż zachwytem nad inscenizacją.
UJOT FM, 29 kwietnia 2023
Link: https://ujot.fm/co-skrywasz-gleboko-w-srodku-marzyciele-w-teatrze-barakah/
Seksualność. Frustracja. Depresja. Sztuka. Cielesność. Społeczeństwo. Słowa, na które być może nie zwraca się szczególnej uwagi wśród tylu innych, które dziennie przewijają się przez głowę. A jednak potrafią poruszać. Potrafią przypomnieć o wielu głęboko skrywanych lękach. Potrafią stworzyć hermetyczny świat, w którym zatracamy się, chcąc chociaż na chwilę odnaleźć swoje odbicie w duszy drugiego człowieka.
Są to niezwykle istotne kwestie, zwłaszcza w świecie, który stale stawia na drodze coraz więcej przeszkód. A mówienie o nich w sposób otwarty jest niełatwym zadaniem. Teatr Barakah jednak po raz kolejny pokazuje publiczności, że granice problemów społecznych można zdrowo i słusznie przesuwać. 22 kwietnia na deski teatru z przytupem wkroczyli Marzyciele. Ludzie, których spotkało to, co spotkało mnie. Marzyciele to również ktoś, kto pokazał mi, jak jasno i otwarcie prowadzić dialog na niezwykle trudne i często przykre tematy związane z seksualnością i lękami społecznymi. W końcu, Marzyciele to spektakl w reżyserii Michała Telegi, który przedstawia odpowiedzi na wiele obaw, lęków i frustracji w społeczeństwie.
Historie Marzycieli to historie moje, Twoje, nasze, to historie ludzi, którzy skrywają w sobie tyle cierpienia i frustracji, ile każdy trzyma gdzieś tam głęboko w środku. Czułam, jakby były to historie opowiadane przeze mnie, poczułam niemal niewidzialną więź, która łączyła mnie z każdą postacią. Nie byliśmy tylko widownią, wszyscy byliśmy Marzycielami.
Teatr Barakah po raz kolejny uradował moje serce niesamowitą grą aktorską. Na scenie mogliśmy zobaczyć niesamowitą rolę Kacpra Kujawy, Marcina Piotrowiaka, Dawida Tasa, Mateusza Lisieckiego, Moniki Kufel oraz Michała Any Nowickiego. Zespół ten wykazał się ogromną dojrzałością i wrażliwością, wychodząc naprzeciw najbardziej skrywanej przez ludzi intymności i cielesności.
Przypływu emocji dostarczyła muzyka wraz z choreografią, która, mogę to szczerze przyznać, powodowała wręcz chwilowe wstrzymywanie oddechu. Ostatni raz miałam takie uczucie podczas któregoś z kolei spotkania z twórczością Witolda Gombrowicza. Uczucie wnikania w czyjąś cielesność, seksualność, uczucie poznawania czyichś najgłębiej skrywanych lęków, intymności. Dyskurs o uprawianiu sztuki. Podróż przez wszelkie aspekty piękna i człowieczeństwa.
Spektakl ten nauczył mnie wiele, otworzył oczy na problemy, które są wszędzie wokół mnie, a nie zdaję lub nie chcę sobie zdawać z nich sprawy. Odważne stanowisko w kwestii, której nie można przemilczeć. Niepowtarzalne doznanie emocjonalne, o którym z pewnością będę pamiętać przez długi czas. Teraz Wasza kolej poznać Marzycieli.
BIS AGH, 9 maja 2023
Link: https://bis.agh.edu.pl/archiwumtekstow/tpost/h01f4ftys1-dlaczego-chciaemnie-dotkn
Recenzja spektaklu „Marzyciele” w reżyserii Michała Telegi w teatrze BARAKAH jest wyjątkowo nadzwyczajna! Piszemy ją we dwoje – Zosia i Kacper, z dwóch zupełnie różnych perspektyw… Przekonajcie się, czego doświadczyliśmy w trakcie spektaklu i czy nasze odczucia okazały się tak inne, obserwując Marzycieli na scenie…
C’est la vie!
Zosia: Film „Marzyciele” w reżyserii Bernardo Bertolucciego oglądałam pierwszy raz w letnią noc, w czasie spotkania z przyjaciółmi. Był lipiec, było gorąco, piliśmy wino i rozmawialiśmy. Ktoś zaproponował, żeby obejrzeć film, właśnie ten, bo już kiedyś go widział i już kiedyś chcieliśmy go wspólnie zobaczyć. Byłam przekonana, że opowiada on historię kilku ledwo dorosłych osób, które żyją w przyjemnie zabałaganionym, lekko artystycznym mieszkaniu w Paryżu, są młodzi, biedni, piękni, inteligentni i marzą o lepszym świecie, paląc na balkonie. Myślałam, że to będzie jeden z tych filmów, w których świecie chciałabym istnieć, należeć do jego romantycznej wizji.
Po książkę „Marzyciele” autorstwa Gilberta Adaira sięgnęłam rok później, wczesną wiosną. Tym razem liczyłam, że pomoże mi on zrozumieć to, co pamiętałam z filmu, że jeśli zajrzę przez nią do głów bohaterów, zdołam sformułować we własnej głowie jakieś opinie. Tym razem też się myliłam. Książka, chociaż opowiada podobną do filmu historię, ma trochę inny wydźwięk, adaptacja nie jest zupełnie wierna oryginałowi. Jednak jej akcja również przebiega w czasie protestów w Paryżu w 1968 roku. W miejscu, czasie i okolicznościach, o których mam tylko bardzo niewyraźne wyobrażenia.
Nauczona, że moje oczekiwania zwykle nie zostają zaspokojone, wybierając się do Teatru BARAKAH na spektakl „Marzyciele” w reżyserii Michała Telegi, sama nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Kacper: Na spektakl wybrałem się z Zosią zupełnie nieprzygotowany. No, może zupełnie-nieprzygotowany nie jest odpowiednim określeniem. Zauważyłem, że najbardziej satysfakcjonujące dla mnie odbieranie sztuki jest to z perspektywy osoby przypadkowej, nieświadomej tego, co mnie może spotkać i zachwycić. Szczególnie efektownie działa to przed “deskami” (tu: kafelkami) teatru: miejscu, gdzie widz szczególnie fizycznie doświadcza tej sztuki.
Nauczony, że moje oczekiwania zwykle zostają zaspokojone, wybierając się do Teatru BARAKAH na spektakl „Marzyciele” w reżyserii Michała Telegi, nie miałem pojęcia, czego się spodziewać – było to szczególnie ekscytujące!
Kim są współcześni marzyciele?
Zosia: Sala w teatrze jest niewielka, siedzi się blisko pozostałych widzów, blisko pozostałych podglądaczy. Tamtego wieczoru podglądaliśmy wszyscy osobistą opowieść o tym, co to znaczy chcieć dotyku, szukać go i potrzebować. Twórcy, sami tworząc scenariusz, włożyli do niego osobiste doświadczenia i przeżycia. Zastanawiają się, co to znaczy być mężczyzną i czego oczekujemy od samych siebie i innych w sferze intymności – nie tylko tej seksualnej. Narracja, której byliśmy świadkami, wydawała mi się bardzo bliska, nie tylko dlatego, że opowiadana była dosłownie kilka metrów obok, prawie prosto w oczy, ale ponieważ użyte słowa pokrywały się w jakiś sposób z moimi własnymi niepewnościami i przemyśleniami. Nie oznacza to, że nie usłyszałam nic nowego ani intrygującego. Dzięki temu, że spektakl mówi w dużej części o męskich doświadczeniach, nie zabrakło dla mnie odkrywania nowych punktów widzenia.
Kacper: Kameralna atmosfera teatru BARAKAH jak i forma przedstawionego nam spektaklu niemal od razu zbliża nas do postaci sztuki, choć ta bezpośredniość może niektórych szokować. Nie obserwujemy biegnącej za szybą akcji – siadamy, aby wysłuchać ludzi skrzywdzonych, zagubionych, szukających odpowiedzi, którzy pozwolili nam zajrzeć do ich wnętrza. Marzyciele niemal onieśmielają nas swoją szczerością, jednak szybko zdajemy sobie sprawę – oni są jak my. Żywi, z krwi i kości, przesyceni żalem i desperacją. Gonią za czymś, czego nigdy nie będą w stanie pochwycić.
Zosia: Według twórców spektaklu albo raczej według mojej interpretacji współcześni marzyciele marzą o wolności. Tyle że niekoniecznie tej, do której prowadzą uliczne protesty, ani tej, o której można komfortowo rozmawiać z obcymi osobami. Chodzi tutaj o mniejszą wolność, realizującą się w naszych relacjach z innymi, w naszym postrzeganiu samych siebie. Twórcy pokazują nam takie zakamarki swoich przemyśleń, o których często niezręcznie jest mówić nawet przyjaciołom, potrzeby, do których trudno przyznać się przed samym sobą. Spektakl nie jest szokujący, nie jest też jednak ani kurtuazyjny, ani ugrzeczniony. Jest szczerą refleksją nad potrzebą przyłożenia swojego policzka do policzka drugiej osoby, nad nieumiejętnością nie tylko wyrażania emocji, ale nawet ich odczuwania, nad tym, że słowa mogą być zarówno bardzo niewystarczające, jak i zupełnie przekraczające granice.
Kacper: „Marzyciele” już w kilka pierwszych minut stali mi się bardzo bliscy. Miałem wrażenie, jakby byli ze mną na tej życiowej drodze, gdzieś na ulicach Krakowa, próbując znaleźć dom. Sztuka silnie kieruje uwagę widza na temat mężczyzny: kruchego, bojaźliwego, niewychowanego do życia w świecie, w którym nie może być „mężczyzną z witryny”. Wrażliwi są nadwrażliwymi, czuli są zniewieściali, a ci najbardziej ludzcy – najbardziej obłąkani. Oglądanie obrazów tak realnych i niezręcznie prawdziwych ma pewien efekt oczyszczający – „Marzyciele” i ich aktorzy dali upust emocjom noszonym przez tych najcichszych, jest to pewien manifest siły, jaka drzemie w k a ż d y m człowieku, ale nie każdy jest w stanie zdobyć się na jej okazanie i noszenie jej z dumą. BARAKAH rzuca nam w twarz słodko-gorzką prawdę o niepojętej mieszaninie myśli i uczuć, dotyczącej każdego z aspektów naszego życia – naszej tożsamości i wszystkich jej odmian, które próbujemy ujarzmić w całość naszej sylwetki.
Dotyk to mój narkotyk
Zosia: Wychodząc z teatru, nie czułam jednak zachwytu ani wzruszenia. Czułam, oprócz zadowolenia z przeżytego doświadczenia, konsternację i niepewność. Nie umiałam uporządkować myśli. Spektakl nie zostawił mnie z jednym wnioskiem, z wyraźnym morałem, tylko chmurą przemyśleń, które muszę dopiero nauczyć się ubierać w słowa. Przedstawienie o dotyku dotknęło mnie w jakiś nie do końca określony sposób i chociaż Marzyciele kolejny raz nie byli tacy, jakich się spodziewałam, warto było ich poznać.
Kacper: Wychodząc z teatru, czułem satysfakcję i walczącą z nią bezsilność. Wymalowany nam obraz przez aktorów BARAKAH przedstawia ludzi walczących o swoją tożsamość – w czym zażarcie im kibicujemy, bo to też nasza walka. Nie odnajdujemy w niej jednak rozwiązania. Tylko zawieszone przy czarnym suficie pytanie „Kiedy nam się to uda?”. Czy kiedykolwiek nam się to uda? Czy pozwolimy sobie na wybuch autentyczności i poniesie nas adrenalina chwili? Czy smutne łzy potrafimy zatrzeć napiętym uśmiechem? „Marzyciele” w pewien sposób są dla nas dziełem pokrzepiającym. Stawiają nam wyzwanie: „My pokazaliśmy, na co nas stać na scenie! Prosimy, nieście ten sen ze sobą, na ulicach swoich miast!”. Myślę, że spektakl przede wszystkim powinniśmy odczytywać na przestrzeni naszej odwagi i świadomości, do czego jesteśmy zdolni: czy jeśli potrafisz marzyć o wolności, czy potrafisz pokazać nam swoje prawdziwe „Ja”?
Teatr dla Wszystkich, 16 czerwca 2023
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/marzyciele-czyli-intymnosc/
Po fantastycznym Przełamując fale, bardzo dobrym Twin Peaks: do drzwi czerwonych zapukam otrzymaliśmy od Teatru Barakah kolejny bardzo dobry spektakl, odwołujący się do filmowego pierwowzoru (w tym wypadku również książkowego). Warto zobaczyć Marzycieli, których wyreżyserował Michał Telega. Wartością dodaną wszystkich trzech spektakli, mających swój pierwowzór filmowy, jest to, że nie są teatralnymi adaptacjami, a już z pewnością nie dublują dzieł z wielkiego ekranu. Każda z tych propozycji to autorska wypowiedź, w której temat główny jest inny od filmowego.
W tym wypadku jednak jest jeszcze jeden aspekt, który w kontekście pytania o samych artystów (a to pojawia się w ramach metateatralnych zabiegów) zdaje się ważny: przez większość czasu w lewym rogu sceny, na wózku inwalidzkim, siedzi ubrany w jasny strój mężczyzna, zapewne sceniczne alter ego samego autora filmowych Marzycieli z 2003 roku. Biografia Włocha to potwierdza – Bernardo Bertolucci był bowiem w ostatnich latach życia sparaliżowany od pasa w dół po nieudanej operacji, która miała miejsce tego samego roku, co premiera filmu… Tutaj sugerować może pokrewieństwo duchowe między twórcami czy precyzyjniej: między dziełem włoskiego reżysera i spektaklem. Dzieje się tak mimo że kolejny raz artyści Teatru Barakah położyli główne akcenty w innych miejscach, niż twórcy wspomnianych wcześniej filmów. Nie widzimy tu więc paryskiej rewolucji społecznej, protestów studenckich z 1968 roku, nie obserwujemy zapalczywego buntu trojga młodych – Amerykanina i francuskiego rodzeństwa. Mamy za to dwie przecinające się linie fabularne: warsztaty z męskiej emocjonalności o nieco performatywnym charakterze i drugą z trojgiem marzycieli.
Wszystko to w prostej, surowej przestrzeni, której dopełnieniem jest światło – raz subtelnie oświetlające scenę, innym razem stroboskopowe, intensywne. Wartość dodaną stanowi muzyka – prawy kąt sceny zajmują Piotr Korzeniak i Paweł Stus; perkusja i gitara basowa towarzyszy scenicznemu „dzianiu się”,czasem jest tłem, w innych zaś chwilach istotnie dopowiada i odpowiada bohaterom. Chwilami też za jej sprawą mamy scenki ewidentnie humorystyczne, podobające się widowni, bo stanowiące np. błyskotliwą interakcję perkusisty z celowo wychodzącym z roli Kacprem Kujawą (w filmie to Matthew z USA). Scenografię tworzą również dwie instalacje – multimedialana (autorstwa Krzysztofa Marchlaka) z krótkimi hasłami, cytatami z bohaterów oraz scenami, obrazami powielonymi w ten sposób, i druga, nazwana performatywną, subtelna instalacja autorstwa Adrianny Gajdziszewskiej. Jeśli dopełnimy ten obraz znakomitymi zdjęciami (autorstwa Krzysztofa Marchlaka), to pojawia się istotna symbolika: biały kolor instalacji i białe lilie na zdjęciach bohaterów spektaklu sugerują niewinność marzycieli, będą więc oni eksplorowali świat i przede wszystkim siebie samych, będą przekraczać granice, dokonywać transgresji, nie tylko erotycznych. Trzeba też wziąć pod uwagę, że biała lilia ma bogatą i złożoną symbolikę. Przede wszystkim symbolizuje piękno, niewinność, nadzieję, królewskość i odrodzenie. Ale jest również znakiem wiosny, światła i skruchy, a ponadto kwiatem weselnym, który reprezentuje dziewictwo panny młodej. Najważniejsze zaś jest to, że starożytne muzy nosiły lilie we włosach.
Fiodor Dostojewski twierdził, że spełniają się wszystkie nasze marzenia, tylko w tak wynaturzonej formie, że już ich nie poznajemy. Jak skończą się próby przekraczania granic intymności trojga bohaterów? Jaki będzie to miało wpływ na ich życie artystyczne? Głównym tematem są w przedstawieniu Telegi relacje międzyludzkie w wielu ich wymiarach i ich intymność. Skoro zaś pojawia się to, co międzyludzkie, to również wyraźnie bliski autorowi Witold Gombrowicz ze swymi pytaniami o dojrzałość i niedojrzałość, o artystyczną autokreację, wreszcie zaś o to, gdzie ona się kończy, a zaczyna kreacja iluzorycznego wizerunku, zwana też „gębą”. Józef Tischner pisał o„zasłonie i masce”: to pierwsze miało chronić, chować to, co intymne, drugie zaś było niczym gombrowiczowska gęba – fałszem, udawaniem. To łączy się wyraźnie z białością instalacji, lilii; daje poczucie czystości, niewinności eksperymentujących bohaterów. Dojmująca jest w tym kontekście scena, kiedy wspomniane wyżej linie fabularne przenikają się, a bohater, grany znakomicie przez Dawida Tasa, wyznaje: „Grałem kiedyś w spektaklu mężczyznę homoseksualnego (…), dostałem od ojca wiadomość «nie mam syna»”. To nie tylko pytanie o tolerancję, a właściwie powody jej braku, ale może przede wszystkim o zacierające się granice między sztuką a życiem. Kolejna intymna scena to pełna aluzji seksualnych rozmowa między siostrą (w tej roli ekspresyjna i liryczna Monika Kufel) a bohaterem Kacpra Kujawy. Jest w niej coś istotniejszego niż pytania o życie erotyczne, zdanie, które poraża swym smutkiem: „Masz taki samotny pokój w głowie”. Jeśli dodamy do tego stwierdzenie „Nie umiem powiedzieć, że kocham”, to znów okaże się, że łatwiej jest wejść w erotyczną relację, niż w relację (kolejny raz powtórzę!) intymną. Zresztą relacje między trojgiem bohaterów są skomplikowane, najlepiej chyba oddaje je cytat z książki Gilberta Adair’a The Holy Innocents: „Powróćmy więc do pytania, czy Danielle i Guillaume byli jego ukochanymi. Prawdę mówiąc, zakochał się w czymś, czym odznaczali się oboje w równym stopniu, w czymś, co było w nich identyczne, chociaż nie byli przecież bliźniakami jednojajowymi, w jakimś bratersko-siostrzanym podobieństwie, którego nie mąciły cechy płciowe, a które wykwitało najpierw na twarzy jednego z nich, potem zaś drugiego, w zależności od miny, gry światła albo kąta, pod jakim Danielle bądź Guillaume pochylali głowy. A zatem Matthew zakochał się w jednej osobie, którą stanowiliby Danielle i Guillaume, gdyby nie urodzili się bliźniakami”.
Bohaterowie wciągają nas w swój świat, kiedy Kacper pyta, „A wy kiedy sięgnęliście po «Marzycieli»?”, sygnalizuje kolejny raz performatywny charakter widowiska. To pytanie, rozumiane dosłownie i metaforycznie, tworzy widzowi przestrzeń, którą on sam napełnia znaczeniami.
Tematy, problemy, które stawiają przed nami twórcy Marzycieli, jak wspomniałam, rozpoczynają się od pytania o relacje, ich intymność, ale rozwijają się dalej: mamy więc kwestię męskości, konieczność redefinicji tego pojęcia, rolę słowa w życiu i sztuce, wreszcie zaś problem depresji. Sceny warsztatów z męskości są może nieco zbyt długie, przez to powtarzają pewne kwestie – to jedyne, co zarzucić można spektaklowi Telegi. To dobrze wyreżyserowane i bardzo dobrze zagrane przedstawienie.
Jest coś dojmującego w porównaniu Marzycieli z niemęskim, spektaklem zrealizowanym w Starym Teatrze; tam autorki spektaklu też próbowały powiedzieć coś o męskości i stereotypach z nią związanych. Właśnie: próbowały. To działanie było nieudane, głównie dlatego, że zabrakło wiarygodności, a reżyserka sama wpadła w stereotypowy sposób opowiadania o męskości. Jedna z końcowych scen Marzycieli koncentruje się na ‘Bernardo Bertoluccim’, który na pytanie o pracę nad scenariuszem odpowiada, że ma już tytuł… W Teatrze Barakah autorzy spektaklu stworzyli spójne przedstawienie, które choć trudne, dojmujące w sposobie obrazowania, podejmuje wielość aktualnych, ważnych tematów i problemów. Witold Gombrowicz pisał: „Według mnie, literatura niepoważna usiłuje rozwiązać problemy egzystencji. Literatura poważna je stawia”. Marzyciele stawiają ważne pytania.
Teatralna Kicia, 17 stycznia 2024
Link: https://teatralna-kicia.tumblr.com/post/739694899491913728/marzycieleteatr-teatr-barakah-re%C5%BCyseria
„Marzyciele” w reżyserii i adaptacji Michała Telegi w Teatrze Barakah przydarzyli mi się zupełnie przypadkiem, ale bardzo się cieszę, że tak mi się życie potoczyło, bo prawie przegapiłem naprawdę frapujący spektakl. Twórca sięga do filmu sprzed ponad 20 lat, by przez jego pryzmat przyjrzeć się problemom na wskroś aktualnym – seksualność, przynależność, czy trudność ze zdefiniowaniem samego siebie.
Bardzo mocno szanuję podjęcie tematu męskości i tego, jak bardzo może czuć się zagubiony mężczyzna w obecnym świecie, zwłaszcza że ostatnio dominuje w teatralnej przestrzeni kobieca perspektywa, słusznie naświetlająca toksyczną męskość i odpowiednio ją punktująca. Co fantastyczne, „Marzyciele” z Teatru Barakah nie tylko mówią o tej niedobrej męskości i nie tylko ją diagnozują, ale jednocześnie pokazują swoistą bezradność mężczyzn; rozerwanie pomiędzy tym, co jest wymagane a tym, co tak naprawdę chciane przez głównych zainteresowanych. I nie chciane tylko dlatego, że oczekuje od nas tego społeczeństwo, ale głównie dlatego, że potrzebujemy tego w głębi serca. To, że można w oderwaniu od swojej seksualności (mimo, że ona dominuje w spektaklu) chcieć po prostu porozmawiać, przytulić swojego przyjaciela i być zwyczajnie dla siebie delikatnym – potrzeba nam czułej męskości. Podobny temat próbował podejmować spektakl „niemęski” w Teatrze Starym, ale – jak wspominałem w tekście poświęconym temu konkretnemu przedstawieniu – poniósł sromotną klęskę, przez to właśnie, że nie potraktował problemu z należytą pieczołowitością, ale przede wszystkim powagą.
Jedną ze scen, które mocno we mnie uderzyły, była sekwencja w której Marcin Piotrowiak staje przed widzami, na ekranach zawieszonych przy suficie pojawia się zegar odmierzający 10 minut – tyle czasu ma aktor aby, będąc w roli, rozpłakać się na scenie. Stara się, karkołomnie wymyśla różne rozwiązania, od myślenia o śmierci babci, przez oglądanie sceny śmierci Mufasy z Króla Lwa aż do wąchania cebuli. Jednak bezskutecznie; mimo usilnych prób nie udaje mu się osiągnąć zamierzonego celu w określonym czasie. Dobitnie uderzyło mnie to, że nawet w przestrzeni scenicznej nie ma miejsca, kolejny raz, na męskie łzy, realne czucie emocji, wyjście z pewnej postawy maczo niepokazującego ani krztyny słabości. Dobra, pomysłowa scena, mimo tego, że zagrana na nutach komediowych – dla mnie była przygnębiająca.
„Marzyciele” podchodzą do całej sytuacji śmiertelnie poważnie, jeśli chodzi o metodę badawczą i diagnozowanie, ale robią to z lekkim dystansem w odpowiednich momentach i trochę z uśmieszkiem. Dzięki temu, że jest momentami tak ciepło, bardziej mogą nas zmrozić sceny wygrane na zupełnie innym biegunie emocjonalnym niż pozytywna terapia męskiej bliskości. Na tym drugim biegunie mamy strzępy fabuły zaczerpnięte z filmu Bertolucciego, które przemykają na scenie uzupełniając o kolejne znaczenia warstwę odnoszącą się do kryzysu męskości. Fragmenty te są wybornie zagrane przez Monikę Kufel, której partneruje Dawid Tas – tak doskonałej Moniki Kufel nie widziałem w spektaklach w Barakah od lat. Przejmująca rola, a finałowy monolog wygłoszony ze łzami w oczach chwyta widza za twarz. I w sumie to szanuję, bo Kufel nie bierze jeńców: albo jej wierzysz i przepadasz albo poddajesz jej kreacje w wątpliwość; i tak finalnie jesteś zmuszony ustąpić pod naporem emocji. Nie ma tutaj żadnej szansy na twoje zwycięstwo, widzu.
Gdzieś tam na zapleczu całej tej historii krąży również temat seksualności i tego, jak bardzo ona determinuje nas i to jak odbieramy świat, a także: jak świat odbiera nas – jednak troszeczkę ta warstwa mi zaginęła przysypana wcześniej opisanym, moim zdaniem głównym, motywem tego spektaklu.
Szanuję, że Michał Telega postawił na coś więcej niż tylko inscenizację filmu „Marzyciele”. Dzięki temu, że skupił się na wspomnianej przeze mnie kwestii męskości, mógł sobie pozwolić na wyciągnięcie całych wrażliwych bebechów tego problemu i nadbudować całość o, jak podejrzewam, swoją własną zagubioną perspektywę. Urzekła mnie także pewna nielinearność tego spektaklu; w dużej mierze można by dowolnie mieszać kolejność scen, a i tak powstałaby z nich całość z sensowna treścią, za co należą się ogromne brawa, bo czasem bardzo łatwo się potknąć o takie właśnie koncepcje i zgubić gdzieś ten wątły jak pajęcza nić ciąg przyczynowo skutkowy.
Wisienką na torcie jest obecność na scenie muzyków – Piotra Korzeniaka i Pawła Stusa, którzy grają na żywo i robią to bezbłędnie. Doskonale sprawdzają się nie tylko w ramach tła spektaklu, ale są jego pełnoprawną, istotną częścią, tworząc też poniekąd inną wersję lirycznej męskości stającej na przekór oczekiwaniom wobec typowych „chłopaków z zespołu muzycznego”.
Najbardziej enigmatyczną osobą na scenie była postać grana przez Michała Nowickiego – stary człowiek na wózku inwalidzkim z aparycją Jerzego Urbana wyłowionego z dna jeziora. Ten tajemniczy mężczyzna jest obecny na scenie przez cały spektakl i obserwuje życiową miotaninę bohaterów. W mojej głowie pojawiły się różne opcje: od nawiązania do sytuacji życiowej twórcy filmowych „Marzycieli” aż do szerszej perspektywy przyjrzenia się potrzebom seksualnym (czy też ogólnemu poczuciu męskości) osób z niepełnosprawnością. Najpewniej nie dowiem się nigdy o co realnie chodziło, bo albo czegoś nie zrozumiałem albo nie doczytałem – cóż, dzięki bogu nie jestem ekspertem i pozostaną jeszcze dla mnie jakieś tajemnice na świecie, takie jak mnożenie przez osiem, co to jest tajga i kim był mężczyzna na wózku w spektaklu „Marzyciele”.
Pozwolę sobie w ramach zakończenia sparafrazować to, co usłyszałem ze sceny: mam gdzieś w głowie taki samotny pokój, w którym mieszka spektakl „Marzyciele” i czuje, że zamieszka w nim jeszcze na jakiś czas. Bo wracam myślami do tego, co zobaczyłem na scenie Teatru Barakah – a to dobry znak, bo lubię jak mi się spektakl zagnieździ w sercu tak, że aż ciężko oddychać. 17 marca 2024 Link: https://www.facebook.com/share/p/fLd5qjcavFhfN4C8/
17 marca 2024
Link: https://www.facebook.com/share/p/fLd5qjcavFhfN4C8/
Sobotni wieczór, 16 marca, w Teatrze Barakah. Spektakl „Marzyciele” według scenariusza i w reżyserii Michała Telegi nie jest łatwy w odbiorze. Z jednej strony uprawianie sztuki aktorskiej, jej zakulisowe problemy, metody dochodzenia do określonych stanów emocjonalnych… Czy jako widz marzę o tym, by być ich świadomy? Z drugiej – seksualność… Jaki był ten pierwszy raz… Jak wygląda dramat rozstania… I wierność w miłości do ostatnich dni, kiedy partner unieruchomiony na wózku inwalidzkim. Niezwykle wyrazista rola uwodzicielskiej Moniki Kufel, w tle której doskonale radzą sobie Kacper Kujawa, Mateusz Lisiecki, Marcin Piotrowski i Dawid Tas. Wielkim obecnym, raczej milczącym (głos w tle), siedzącym na wózku inwalidzkim jest Michał Nowicki. W spektaklu brzmi muzyka wykonywana przez Piotra Korzeniaka i Pawła Stusa. I oczywiście choreografia Dawida Tasa! Z czym wyszedłem z teatru? Na pewno z niepokojem, że nie ogarniam problemów młodszego pokolenia. Może dlatego, że mnie to nie dotyczy? Choć z drugiej strony, rzeczywiście „ojej” brzmi lepiej niż „kurwa”…
23 kwietnia 2023
Link: https://www.instagram.com/p/CrZFPW7olFJ/
Michał Telega to utalentowany młody reżyser, który ze spektaklu na spektakl bardzo się rozwija, poszukując w teatrze zarówno swojego ludzkiego miejsca, jak i teatralnego języka. Przykładem na to jest jego najnowszy spektakl MARZYCIELE, wykorzystujący kanwę filmu Bertolucciego. Telega wraz z zespołem Teatr BARAKAH nie idzie jednak w klasyczną adaptację, a w autorską wypowiedź, poświęconą młodemu chłopakowi, który przy okazji kryzysu miłosnego, zaczyna przyglądać się szeroko pojęteĵ męskości. Najciekawiej jest oczywiście w trójkącie Bertolucciego, do którego wkracza bohater spektaklu, podejmując doświadczenie Matthew, w szczerej i miejscami poruszającej interpretacji Kacpra Kujawy. Jak zwykle w Barakah zachwyca Monika Kulfel, tym razem w roli Isabelle, znajdując godnego partnera w Dawidzie Tasie (Theo). Powstało więc bardzo ciekawe przedstawienie, które niniejszym polecam Waszej uwadze.