Didaskalia, kwiecień 2026
Link: https://didaskalia.pl/pl/artykul/kto-boi-sie-golebi
Gdyby taki spektakl powstał w Białorusi czy w Rosji, Teatr Barakah na drugi dzień stałby się „Państwowym Teatrem im. Feliksa Dzierżyńskiego”, a twórcy musieliby zapłacić ogromne grzywny, mówią performerzy. Jeżeli przedstawienie zobaczyłby nieletni, kara byłaby jeszcze wyższa. W Rosji odpowiedzialność spoczywa nie tylko na twórcach, ale także na widzu – za oglądanie spektaklu również grozi kara grzywny.
Gdy wchodzimy na widownię Teatru Barakah, wita nas Adam Krepski (obaj artyści z Białorusi występują pod pseudonimami), który siedzi na barowym krześle na środku sceny. „Dobry wieczór państwu, miło was zobaczyć, miłego wieczoru”. Mówi łagodnym, „kobiecym” głosem, ma podkręcone włosy, makijaż, podkolanówki, białą sukienkę, siedzi z nogą założona na nogę. Później okaże się, że ta serdeczna i uprzejma osoba jest artystą queer na celowniku białoruskiego reżimu i dlatego występuje w teatrze w Polsce, a nie w rodzinnym kraju. Performer w dalszych częściach spektaklu opowie o sytuacji osób queerowych w warunkach dyktatury, która nie znosi tego wszystkiego, czego nie da się skontrolować i zunifikować. W prologu natomiast dowiadujemy się tylko, że jest absolwentem historii sztuki w Białorusi, obecnie studiuje teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Partneruje mu Jerzy Duszewski – wcielenie stereotypu prymitywnej, wulgarnej męskości: ubrany w bokserki, koszulkę na ramiączkach, tzw. żonobijkę, spod której wystaje mu brzuch. To on będzie ucieleśniał figurę dyktatora. Bywa brutalny, agresywny, sika do wiadra stojącego pod ścianą. Obaj mówią po polsku z wyraźnym białoruskim akcentem – nie wszystkie ich wypowiedzi da się zrozumieć. Jeszcze trudniej jednak pojąć horror życia osób queerowych na Białorusi pod rządami Łukaszenki.
Narracja spektaklu zbudowana jest wokół relacji queer versus dyktator. Zgodnie z zasadą „stop making bad people famous”, uwaga nie jest skupiona wyłącznie na oprawcy, lecz przede wszystkim na podmiotowości osób queerowych. Biały makijaż i rozmazane uszminkowane usta obu mężczyzn budzą skojarzenia z trupami, a mroczne, dziecięce rysunki na ścianie i projekcje zmultiplikowanych, zdeformowanych głów z krwawiącymi ustami, zgniłymi szyjami i kropkami zamiast oczu tworzą atmosferę zombie-horroru. Widmo dyktatora przez cały spektakl wisi w powietrzu jak realna groźba – animacjom towarzyszy okropny, ogłuszający hałas, przez który przebijają wyłącznie słowa Łukaszenki, żaden inny dźwięk (również głos oporu) już nie ma szans zostać usłyszany.
Performerzy przypominają historię dojścia Łukaszenki do władzy – na początku świat śmiał się z niego, widział w nim „wesołego staruszka ze wsi”. Ale Białorusinom nie było do śmiechu, gdy przeciwnicy tego „staruszka” zaczęli znikać w tajemniczych okolicznościach. Mimo powagi opowiadanych historii, przegięcie Duszewskiego i performerska, półprywatna kondycja Krepskiego sprawiają, że spektaklowi daleko do martyrologicznego tonu czy moralizowania. Wykład performatywny łączy się tu ze scenami muzycznymi (np. piosenki śpiewane po białorusku), a kamp z tkliwością. W niektórych scenach performerzy dzielą się z publicznością prywatnymi doświadczeniami – Krepski opowiada o agresji mińskich chuliganów wobec niego i o matce, która nie rozumiała jego nieprzystającej do cispłciowych norm ekspresji w czasie dojrzewania. Dodaje, że informacje o gender pojawiły się na Białorusi z dużym opóźnieniem i dopiero lektura tekstów o amerykańskiej mniejszości seksualnej pozwoliła mu zrozumieć swoją niebinarność i poczuć, że wszystko jest z nim w porządku.
Słowo „gołuboj” (niebieski), którym w języku rosyjskim określa się geja, ma wspólny rdzeń etymologiczny z gołębiem (gołub’). Ta gra słowna to jeden z najbardziej zapadających w pamięć motywów spektaklu. Jak wyjaśnia Krepski – gdy przyjechał do Krakowa, był zdziwiony, jak dużo jest w nim gołębi, i choć na początku traktował te ptaki z dystansem, to później jednak obdarzył je sympatią. Dystans wynikał być może z tego, że niechęć do gołębi i uznawanie je za szkodniki wzbudzało skojarzenia z represjami wobec osób queerowych. W spektaklu pluszowe gołębie są rozrywane na kolcach przytwierdzonych do ścian, jak do parapetów i balkonów krakowskich kamienic. „Masakry”, w której pióra lecą jak po rzezi, dokonuje Duszewski w roli dyktatora, a martwe gołębie nabierają politycznego znaczenia. Krepski tuli je i gładzi, jakby grzebał wszystkich zmarłych queerów, ofiary prześladowań na Białorusi. Na jednej ze ścian umieszczono obraz dwóch gołębi stykających się dzióbkami, a pod nimi wisi prawosławny krzyż, co budzi skojarzenia z obowiązującym zarówno w Polsce, jak i u naszych wschodnich sąsiadów prawem zakazującym parom homoseksualnym zawieranie związków małżeńskich. W innej części wyświetlane jest wideo z Krepskim, na którego rękach siadają gołębie. Pojawia się projekcja nieba z białymi chmurami, kojarząca się z wolnością tych stworzeń, którym w przestworzach nie zagrażają ludzie. Gołuby mogą odlecieć, uciec. Gołuboje skazani są na życie na ziemi, na której są niechciani. Twórcy pytają, czy lepiej być dyktatorem, czy gołębiem, nawiązując do wypowiedzi Łukaszenki, który stanowczo stwierdza, że lepiej być tym pierwszym. Jednak performerzy udowadniają, że siła tkwi w byciu sobą. Napis na ścianie odwraca nienawistne zdanie prezydenta Białorusi: trzeba oporu. Oporu, który niedługo może również nam być potrzebny, jeśli nie zatrzymamy w Polsce wzrastających tendencji konserwatywnych i odkładania praw osób queer na później.
Zanim jednak pluszowe gołębie spotka na scenie drastyczny koniec, zobaczymy, jak tańczą Jezioro łabędzie (a może Jezioro gołębie?) Piotra Czajkowskiego. Krepski prosi Duszewskiego o stworzenie romantycznego baletu o relacjach ptaków, co w zderzeniu z prostacką, niechlujną figurą dyktatora tworzy obraz jednocześnie śmieszny i przejmujący. Podziwiamy na scenie koszmar rosyjskich i białoruskich dyktatorów: przegięte, squeerowane Jezioro łabędzie. Ta trawestacja ikonicznego baletu, przypominająca lalkowy teatr pacynek-gołębi, to mistrzowski popis operowania kampem. Podobnie imponuje Duszewski, performując autorytarnego polityka, który występuje w spektaklu, bo w końcu, jak mówi Krepski, „teraz jest moda na dyktatorów”. Duszewski przeraża i śmieszy jednocześnie – siedząc pijany na toalecie-wiadrze, chce hajlować, mamrocze coś po niemiecku, a w odpowiedzi trzeźwiące upomnienie Krepskiego-żony: „proszę zdjąć majtki, stary debilu, jak już siedzisz na kiblu, jesteś w Białorusi, tak nie można”.
Kto boi się gołębi? To pytanie rodzi się podczas spektaklu, a skojarzenie z książką Judith Butler Who’s Afraid of Gender (2024) nie jest bezzasadne. Butler tłumaczy, dlaczego ruchy konserwatywne tak często odwołują się do niebezpieczeństwa, jakie rzekomo niosą ze sobą teorie queerowe i genderowe. Strach przed nimi jest celowo nakręcany, by odwrócić uwagę od realnych problemów, takich jak zaawansowany kapitalizm, kryzys klimatyczny czy wojny. Dlatego artysta queerowy jest tak niebezpieczny – pokazuje innym, że jest jednostką, której nie da się łatwo zaszufladkować. Butler zauważa również, że politycy używają walki z „ideologią gender”, aby legitymizować swoją władzę jako „obrońców normalności” w świecie pełnym chaosu. Czy takiej właśnie strategii nie używają polscy politycy? Dzisiejsza władza (choć deklaratywnie centrowa) stosuje podobne mechanizmy wypierania postulatów queerowych (chociażby brak prawnego usankcjonowania związków partnerskich). To „kultywowanie normalności” staje się wygodną zasłoną dla unikania realnych zmian prawnych, co czyni polską sytuację bliższą wschodnim realiom, niż chcielibyśmy przyznać. Skonfrontowanie Polaków z wizją dyktatora, przechadzającego się na wideo po ulicach Krakowa i kuszącego obywateli wizją nowej, zbudowanej „na trupach wrogów” Polski, w której „krew poleje się na ulicach”, jest otrzeźwiającym policzkiem. Uświadamia, że ta ideologia może przekroczyć każdą granicę. Słowa, że „to wszystko dzieje się bardzo blisko”, brzmią jak ostrzeżenie. Czy polska dyktatura nadejdzie? W czasach przybierającego na sile zwrotu konserwatywnego to nie jest bezzasadne pytanie. A może to społeczność queerowa zapragnie odwrócenia ról i wprowadzi „queerową dyktaturę”, którą przez chwilę performuje Krepski, zainspirowany tekstem Zoë Leonard I want a president. Performer ogłasza potrzebę prezydentki „butch-lesbijki, drag queen albo pedała chorego na AIDS”. Pyta, czy po latach ucisku queer ma potencjał, by sam stać się dyktatorem. Albo, jak sam mówi o sobie – osobą dyktatorską.
Krepskiemu i Duszewskiemu towarzyszy Dave (Piotr Korzeniak) – gitarzysta i autor muzyki, który również ma pomalowaną na biało twarz i jest integralną częścią tego upiornego świata. To widmo postaci z nowojorskiego Stonewall – światowego symbolu oporu. Przypomnienie zamieszek z 1969 roku, które zapoczątkowały współczesny ruch walki o prawa osób LGBTQ+, a także amerykański manifest Leonard pojawiają się w spektaklu nie bez powodu. Twórcy prowokują do zastanowienia się, czy każdy kraj musi wypracować własne Stonewall. Jeśli tak, czym byłoby Stonewall w Białorusi lub w Polsce? Performerzy sugerują, że to właśnie amerykańska tradycja radykalnego buntu może być jedynym realnym punktem odniesienia dla białoruskich osób queer, żyjących w systemie, który dąży do ich unicestwienia. Czym jednak mogłoby być Stonewall w Mińsku? Czy to opór artystów tworzących pod pseudonimami? Czy głośny bunt na wzór tego z Nowego Jorku byłby w Białorusi w ogóle możliwy? I mimo że amerykańska historia i kultura queer różni się od wschodnioeuropejskiej codzienności, to właśnie wspólny gniew, taki jak ten pod barem Stonewall, jest tym, co łączy „słabych” ponad granicami.
W myśl hasła „nic o nas bez nas”. Maciej Gorczyński w Teatrze Barakah oddał głos artystom, których ojczyzna chciała go pozbawić. W jednej ze scen wyświetlana jest wypowiedź Krystyny Grekowej, białoruskiej aktywistki mieszkającej w Warszawie, która zastanawia się, kim są „słabi”, pominięci, dyskryminowani. Dochodzi do wniosku, że „nie ma słabych, są tylko niekochani”. Moja miłość to wołanie o widzialność queerowego migranta, który jest „podwójnie Inny”. Jest to spektakl tak ważny, że drugorzędne wydają się pytania o nowatorskość artystycznych rozwiązań. Twórcy obnażają przed nami prawdę o systemowym ucisku po to, aby nikt, kto go zobaczy, nie mógł później powiedzieć, że „nie wiedział”. Osoby performerskie muszą posługiwać się pseudonimami z obawy przed represjami wobec swoich rodzin, które zostały w kraju. Białoruski rząd opracował ustawę zakazującą jakiejkolwiek obecności treści queerowych w przestrzeni publicznej pod karą więzienia. Mówiąc o nowym prawie, performerzy nie płaczą, nie dramatyzują – jakby oswoili się z tym horrorem. 2 kwietnia 2026 roku Rada Republiki przyjęła projekt tej ustawy.
Dziennik Teatralny, 10 kwietnia 2026
Link: https://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/rozlozyc-skrzydla-i-kochac.html
To teatr, który mówi i nagłaśnia. „Moja miłość‟ to poruszający performans, który odwołuje się do aktualnego problemu osób LGBT+ w Białorusi, gdzie zakazane zostało używanie jakichkolwiek symboli związanych lub odnoszących się do społeczności. Spektakl nakreśla okrutność i arbitralność tych obostrzeń, jednocześnie pokazując fundament tej jakże trudnej sytuacji.
Na scenie występuje dwóch aktorów: Jerzy Duszewski i Adam Krepski, którzy z racji tego, że są Białorusinami posługują się pseudonimami, aby nie narazić siebie oraz swoich bliskich na represję. Adam jako narrator dzieli się z nami swoim doświadczeniem, opowiada o istocie problemu i fakcie, że ma on głębsze korzenie.
Natomiast Jerzy odgrywa rolę dyktatora (którą przypisuje mu Adam) – nieokiełznanego, silniejszego od innych chama bez skrupułów. Artyści wprost zwracają uwagę na to, że w Białorusi za taką sztukę zarówno twórcy, jak i cały teatr ponieśliby bardzo poważne konsekwencje. Sama ta informacja jest niezwykle wstrząsająca, lecz takie są realia. Wprost jest powiedziane: to nie antyutopia to rzeczywistość.
W spektaklu wykorzystane zostały prawdziwe elementy wywiadów z Aleksandrem Łukaszenką, z których zaczerpnięty został sam głos. Ponadto wyświetlane były też filmiki nagrane specjalnie pod inscenizację, jak spacer dyktatora Jerzego po Kazimierzu, czy zdanie o sile słabych koleżanki autorów, która ma stanowić wsparcie dla osób queer w Polsce z Białorusi. Ciekawym elementem był też bezpośredni kontakt pomiędzy aktorami, a technicznymi, co zwracało uwagę na fakt, że teatr to nie tylko aktorzy i reżyser. Liczy się każdy, kto pracuje w teatrze i koło teatru.
Sztuka posiada mnóstwo odniesień do kultury, rzeczywistości zarówno białoruskiej, jak i polskiej. Przykładowo wykorzystane zostało „Jezioro łabędzie” Czajkowskiego do groteskowego tańca gołębi, a w Białorusi zawsze jest ono puszczane w wszystkich kanałach telewizyjnych, przez cały dzień w czasie większych świąt.
Natomiast gołębie także nie są przypadkowe – ich motyw przewija się przez cały spektakl. Na samym początku narrator zauważa, że w Krakowie jest o wiele więcej gołębi niż w Białorusi. Na ścianie widnieje napis „lepiej być gołębiem niż dyktatorem”, co stanowi odniesienie do jednej z wypowiedzi Łukaszenki na temat gołębi, w której mówi: „lepiej być dyktatorem niż gołębiem”. Gołąb – w Polsce tak zwyczajny i niepozorny – tutaj staje się symbolem wolności, niezależności i możliwości wyrażania siebie. Ponadto ptak ten jest związany z Afrodytą, grecką boginią miłości. Dlatego gołąb może być też interpretowany jako cała queerowa społeczność – gotowa w pełni rozłożyć swoje skrzydła.
Ponadto autorzy posłużyli się też innym intrygującym symbolem, a mianowicie, gdy Jerzy gra dyktatora ma na głowie opaskę z kolcami, w pewnym momencie całuje narratora, po czym zakłada mu tą opaskę, w sposób, w który imituje koronę cierniową. To bardzo wymowny symbol, który sugeruje, że osoby LGBT+ w Białorusi muszą jeszcze wiele przejść, wiele wycierpieć i wiele poświęcić, aby w końcu móc żyć wolno, bez obaw o następny dzień. Odnosi się to również do wszystkich queer osób jako mniejszości o niesamowitej sile.
Autorzy wspominają o „sile słabych”. Apelują, aby mówić, aby zgłaszać się do nich i wspólnie stawiać czoła przeciwnościom. Zauważają, że tak naprawdę nie ma czegoś takiego, jak „siła słabych”, ponieważ, to właśnie ci słabi są najsilniejsi i najodważniejsi, dlatego, że wybierają działanie i pomimo przeszkód są w stanie dalej realizować, angażować i wspierać się. Przywołane zostaje także Stonewall, jako pierwsze miejsce przemian, co zwraca uwagę na fakt, że każdy kraj ma lub potrzebuje swojego Stonewall.
„Moja miłość” to poruszający i groteskowy spektakl, który jednocześnie stanowi przekaz własnych idei i komentarz do obecnej sytuacji na Białorusi, jednak niekoniecznie wskazuje na to, jak może wyglądać przyszłość. Moim zdaniem jest to ważny spektakl, nie tylko w kontekście Białorusi, ale również w kontekście wszystkich osób LGBT+. Sztuka używa teatru jako środku do zapoczątkowania zmiany, to apel o bycie silnym.
Z polskiej perspektywy spektakl otwiera oczy i pozwala lepiej zrozumieć sytuację naszych sąsiadów, z perspektywy białoruskiej może być protestem będącym przełomowym momentem w historii, więc właśnie dlatego warty jest zobaczenia.
Radio Kraków Kultura, 31 marca 2026
Link: https://rkk.pl/recenzje/queer-w-cieniu-represji-moja-milosc-jako-glos-sprzeciwu
Zdarzenie performatywne, teatralny eksperyment, stand-up? Kiedy już uporamy się z pytaniem, co właściwie widzieliśmy, i jaką temu wydarzeniu przykleimy etykietę, możemy porozmawiać o tym, co zobaczyliśmy.
Nie do końca jasny status teatralnej formy tego spektaklu (my będziemy go tak nazywać), budził być może pewien niepokój samych twórców, skoro w udzielonym nam wywiadzie nazwali ją „esejem”. A gatunek ten, bardzo otwarty i z zasady subiektywny, daje artystom nieomal całkowitą dowolność komponowania. I z definicji nie wyczerpuje tematu. Sam esej notabene zrobił ostatnio szaloną i nieoczekiwaną może karierę, dawno opuszczając biblioteczne półki – ręka do góry, kto w galerii na przykład nie widział „wizualnego eseju” na dowolny temat? Ale to nie przypadek – hybrydyczny, nie akademicki, nie ortodoksyjny sposób pisania (tworzenia) wydaje się bardzo przylegać do współczesności, trawionej przez lęki, wątpliwości, kryzysy.
Pomysłodawcami, współtwórcami i performerami spektaklu są białoruscy artyści Adam Krepski i Jerzy Duszyński, do których dołączył znany w Krakowie z Teatru Barakah Michał Gorczyński. Białoruscy artyści z obawy o prześladowania w swoim kraju, występują w przedstawieniu pod pseudonimami, posługując się nazwiskami swoich babć, z rodzin o polskich korzeniach. Dlaczego o tym piszę? Bo to także część opowieści o „Mojej miłości”.
Spacer ulicami Mińska, pod rękę z ukochaną lub ukochanym? Jak najbardziej w porządku, pod warunkiem, że nie jesteście parą jednopłciową. Wspólny udział w spektaklu, publicznym wydarzeniu? Cudowny pomysł, ale dokładnie pod tym samym warunkiem. Adam Krepski: „Punktem wyjścia pracy nad spektaklem jest sytuacja społeczności queer w Republice Białorusi. Obecnie jest tam przygotowywana ustawa, zakazująca reprezentacji jakiejkolwiek symboliki odnoszącej się do LGBT+: od ubioru i sposobu zachowania, po dzieła sztuki. Za publikację w mediach społecznościowych lub komentarz dotyczący tematyki queer grozić będzie grzywna, prace społeczne, a nawet kara więzienia. Stawiamy tezę, że konflikt między społecznością LGBT+ a totalitarnymi dyktaturami jest uniwersalny, a jedną z jego przyczyn jest specyficzna pozycja queerowego artysty.”
Spektakl trwa może godzinę (ani razu nie spojrzałam na zegarek). W postać konferansjerki/Prozerpiny wciela się obdarzony subtelna urodą długowłosy Adam, Jerzy króluje w tej opowieści jako wcielenie Queera, dzikiego, bezczelnego, czasem zawstydzonego swoją energią, Innego. W „Mojej miłości” usłyszycie też na żywo muzykę gitarzysty Piotra Korzeniaka, chwilami trzeciego aktora.
Akcja ogranicza się do dialogów (performerzy rozmawiają między sobą, ale też zwracają się wprost do widzów), z elementami niesfornego tańca (polecam parodystyczną sekwencję z „Jeziora łabędziego”) i wizualnych interwencji, filmów i rysunków, w estetyce Nowej Ekspresji. Całość zachowuje przy tym pewną surowość i szkicowość. Nikt tu nie udaje, że powstało „dzieło” z nieograniczonym budżetem i zastępami obsługi. Przedstawienie ma charakter kolektywny, czujemy, że opiera się na autobiograficznych doświadczeniach wielu osób, z których tylko kilka ma szansę pokazać twarz (może dlatego, ze od kilku lat mieszkają w Polsce).
Pojedyncze historie podniesione do rangi metafory budują obraz funkcjonowania jednostki w nieprzyjaznej rzeczywistości. To spektakl o życiu osób LGBT+ na Białorusi, gdzie sytuacja społeczności staje się coraz trudniejsza i obarczona realnym ryzykiem konsekwencji prawnych. Świadomość tego kontekstu nadaje całości poważny wymiar, jednak twórcy unikają tonu martyrologicznego.
Zamiast tego proponują opowieść opartą na poczuciu humoru, dystansie i energii wspólnoty. Czasem aż do absurdu. Humor staje się tu narzędziem oswajania rzeczywistości, a także realną formą oporu, anarchistycznym gestem. Spektakl podkreśla znaczenie bycia częścią grupy i czerpania z niej siły, pokazując jednocześnie różne aspekty funkcjonowania – także związane z kulturą klubową czy budowaniem niezależnej przestrzeni w trudnych warunkach. Tonacja tej opowieści doskonale współbrzmi z atmosferą, repertuarem i wieloletnią pracą Teatru Barakah, miejsca o wyraźnie alternatywnej, „podziemnej” tożsamości. Przedstawienie wpisuje się w estetykę i sposób komunikacji teatru z publicznością, która przychodzi tu bardzo świadomie, oczekując teatru zaangażowanego i dotykającego istotnych problemów.
To normalne, że ludzie się boją. Ważne, by „strach nie zjadał duszy” („Diuna”, pamiętacie?).
Dziennik Teatralny, 4 kwietnia 2026
Link: https://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/lepiej-byc-golebiem-nizdyktatorem.html
„Moja miłość” to odważny spektakl, opowiadający o sytuacji społeczności osób Queer na Białorusi i w Rosji. Twórcy, wykorzystując własne doświadczenia, ukazują odwieczny konflikt pomiędzy postacią dyktatora a artysty Queer, równocześnie przypominając o bezustannym zagrożeniu, jakim jest odwieczne widmo dyktatury.
„Moja miłość” to spektakl, który uwodzi i przeraża. Twórcy zestawiając ze sobą postać dyktatora z postacią osoby Queer, z niezwykłą przenikliwością, ukazują ich wzajemne wykluczanie się i dopełnianie. Bowiem agresywna, zamknięta postawa czy gwałtowność ruchów doskonale podkreślają otwartość, łagodność i płynność, zaś ostre kolce istnieją zarówno dzięki, jak i przeciwko gołębiom.
Twórcy, balansują na granicy śmiechu i przerażenia, przyglądają się homofonicznej narracji występującej w białoruskiej i rosyjskiej polityce, a także ukazują jej niebezpieczną bliskość w polskim, konserwatywnym sposobie myślenia i mówienia. Przedstawiając widmo dyktatora poprzez pryzmat wypaczonej męskości, artyści, ukazują groteskowość mitu dotyczącego „Ruskiego mira”, równocześnie nadając postaci Queer powagi, siły i dominacji.
Konfrontacja tych dwóch bohaterów jest zaś nie tylko opowieścią o obecnej sytuacji osób LGBTQ+ w Rosji i w Białorusi, ale i stanowi próbę zmierzenia się z pytaniami o indywidualną odpowiedzialność, niebezpieczną pokusę nacjonalizmu oraz pierwotną zdolność do przemocy.
Co za tym idzie, „Moja miłość” to spektakl, który urzeka autentycznością, równocześnie wyrywając widza z bezpiecznej strefy komfortu. Pełna delikatności i łagodności gra Adama Krepskiego, przeplatająca się z pełną dynamizmu oraz ostrości grą Jerzego Duszewskiego, sprawiają, iż spektakl zyskuje niepowtarzalną narrację, będąc zarówno hipnotyzującą opowieścią o tożsamości i buncie wobec przemocy. Na uwagę zasługują również oryginalne multimedia (Iwona Bandzarewicz), które doskonale dopełniają dwugłosową narrację, nadając sztuce drapieżnego charakteru.
Podsumowując, spektakl „Moja miłość” w reżyserii Macieja Gorczyńskiego, to niezwykle odważna opowieść o współczesnej dyktaturze i bezustannej walce o prawo do bycia sobą. Twórcy, czerpiąc z własnych doświadczeń, ukazują prawdziwe oblicze współczesnej Białorusi, równocześnie boleśnie przypominając o bezustannej pokusie, jaką jest nacjonalizm. W konsekwencji, „Moja miłość” jest nie tylko ważnym, ale i potrzebnym spektaklem, który zmusza nas do zastanowienia nad obecną sytuacją społeczno-polityczną oraz nad naszymi indywidualnymi skłonnościami i wyborami.
Spektakl „Moja miłość” to niesamowity akt odwagi, dziękujemy.
TeatrVaria, 28 marca 2026
Link: https://teatrvaria.blogspot.com/2026/03/kamienie-milowe-zniewolenia.html
Ludzie wolni często lekceważą zagrożenia. Do końca mierzą świat własnymi miarkami. Uważają, że żadne niebezpieczeństwa nie są istotnie realne. Przecież komu mogłoby zależeć na rozbijaniu porządku opartego na fundamencie wolności? Nie wierzyliśmy w 1939 roku w nadciągające unicestwienie Polski. Nie wierzyliśmy u progu XXI wieku w wojenną burzę tuż u naszych – ponownie – granic, w obrębie których odbudowaliśmy wolność. A burza stoi u bram. Jej czarne chmury piętrzą się nad horyzontem.
Ta burza nie wzięła się z nikąd. Ona także rosła powoli, karmiona lekceważeniem i niedowierzaniem. Zrozumienie mechanizmu jej powstawania, istoty budowania dyktatur za wschodnią granicą Polski ,leży u podstaw „Mojej miłości”. Spektaklu w reżyserii Macieja Gorczyńskiego, który miał właśnie premierę na scenie krakowskiego Teatru Barakah.
Rzadko z przyjemnością oglądam spektakle dotykające bieżących spraw politycznych. Mierzi mnie odmienianie przez wszystkie przypadki zagrożeń, taktowanie lęku i ciągłe udawanie Katonów w kraju desperatów. Wypieram zagrożenie. Umykam do teatru w poszukiwaniu światów równoległych. Wolnych. I paradoksalnie, gdy na scenie Barakah spotkało się to co mnie mierzi z wolnością, w której się chowam – efekt przeszedł moje oczekiwania. Może po prostu potrzebowałem głosu mądrze rzeczowego, a nie emocjonalnego bełkotu? Bo „Moja miłość” mówi spokojnie. Ale to, co mówi jest wstrząsające.
Na scenie dwóch performerów z Białorusi. Poznajemy ich pod pseudonimami. Czy je rozszyfrowywać? Uczciwie mówiąc ten element uważam za jedyny słaby punkt widowiska. To postaci znane. Nie wierzę aby służby jakiegokolwiek kraju nie były w stanie w ciągu kilkunastu sekund dowiedzieć się kim są Jerzy Duszewski i Adam Krepski. Skoro jednak im zależy – niech pozostaną Jerzym i Adamem.
Adam to socjolog. Dokumentuje los społeczności LGBT na terenie poradzieckim. Białoruś i Rosja. Tu zmieniło się relatywnie najmniej. Tu trwa ZSRR w całej okazałości. I tu jest najwięcej pola do obserwacji. Jerzy to performer, reżyser i aktor. Spotykając się na scenie Teatru Barakah ustalają role. Adam będzie narratorem i postaciami kobiecymi w ich opowieści. Jerzemu przypada osoba dyktatora. Skoro obaj są Białorusinami, nie muszę chyba wskazywać którego dyktatora zobaczymy?
I tu zaczyna się świetnie pomyślane, dynamiczne, nieco ponad godzinę trwające widowisko. Rusza jak wystrzelona z wyrzutni rakieta. Najpierw mozolnie kumuluje siłę, aby pokonać próg grawitacji. Potem błyskawicznie nabiera tempa. Mknie aby uderzyć precyzyjnie w cel. „Moja miłość” tak właśnie jest skonstruowana. Wprowadza nas w jego poetykę kilka złotych myśli Aleksandra Łukaszenki. Ten zawsze budzący moje przerażenie styl. Ciepły głos, proste zdania. Oto wódzojciec. Działa z troską o swoich poddanych. Jeśli im czegoś zakazuje, to z uwagi na ich dobro. Maluczkich, bezbronnych, którzy sami mogliby podjąć złe decyzje a potem zwyczajnie ich żałować. LGBT? Czyli lesbijki i homoseksualisci. Wódz zamyśla się i po chwili daje odpowiedzi. Kobiety są zawsze w jakiejś mierze lesbijkami. Łagodność wodza budzi mdłe poczucie poddaństwa. Ale mężczyźni – tu wódz tężeje i wyrzucą z siebie słowa jak kamienie. Mężczyzna ma być mężczyzną. Niech sobie te ruchy powstają w Niemczech, w Polsce. Nie u nas. Nie na Białorusi.
Całość oglądamy na ekranie. Twarz dyktatora przykryta animowaną maską. Krwawym strzępem głowy, w której otwiera się żarłoczna, uzębiona paszcza. Nagle obraz się zmienia. Widzimy zwielokrotnione wizerunki dyktatora. Dźwięk zamyka się w powtarzaniu jednego słowa. Sylaby. Wreszcie głoski. Staje się jedynie trzaskiem zębów o zęby. Trzaskiem rytmicznym, szybkim. Jak strzały karabinu maszynowego.
A potem jest dramatyczny apel do dyktatora. Pierwszy kamień milowy spektaklu. Wódz nie pozwoli mężczyznom na feminizację a kobietom na maskulinizację. Lud ma klaskać i w takt oklasków płodzić i rodzić. Żołnierzy i niewolników. Wszelkie odstępstwa od tradycyjnych ról kobiety i mężczyzny są w kraju wodza tępione. Jak wadliwe tryby w wielkiej machinie. Gdy nie pracują należycie – należy je wymienić. Zniknąć. Gdzie trafiają? Znikają. Po prostu.
Zmienia się dominanta. Narrator odchodzi w kąt a widowisko opanowuje dyktator. Jerzy Duszewski jest przerażająco prawdziwy. Nie skupia się na małpowaniu Łukaszenki. Podpatrywaniu i parodiowaniu gestów, czy mimiki białoruskiego wodza. On wydobywa istotę osobowości dyktatora. Właśnie ten przerażający konglomerat pozornej ojcowskiej łagodności w formie, wraz ze straszliwą siłą przekazywanej informacji. Po chwili zmienia się. Staje przed nami demon zła. Połykający mikrofon, symbol nachalnie głośnej propagandy, potwór. Oto dyktator w czystej postaci. Nieskażone eufemizmami, żartem, próbą parodii, wydestylowane ludzkie zło. Drugi kamień milowy „Mojej miłości” toczy się po scenie.
Ponownie Adam. Zaczyna opowieść o początkach. Gdy świat był jeszcze zachłyśnięty wolnością i nie wierzył że chmurka ledwie nad horyzontem widoczna może zasłonić całe niebo czarnym, gęstym obłokiem. Początek był niewinny. Ot, zabawny, ciepły pan. Entuzjasta, który stanął na czele dopiero co ulepionego wolnego kraju. Przecież on nie utrzyma się u władzy dłużej niż jedną kadencję, mówili ci co zapatrzeni w wolność woleli obserwować plamy na słońcu zamiast coraz większych czarnych smug na swoim życiu. Rósł w siłę ten zabawny, ciepły pan. Powoli zapatrzeni w wolność zaczęli znikać. Pojedynczo, po kilku. A wolność znikała razem z nimi. I już nikt nie widział zabawnego, ciepłego pana. Na trybunie stał on i nie on. Wódz – dyktator. Z roku na rok silniejszy. Groteskowy a zarazem piekielnie niebezpieczny. Fascynujący skutecznością. Gdy pewnego dnia obudzili się ci, którzy nie znikli i postanowili wyjść na ulice – wódz zmiażdżył ich protesty tak, jakby były zrobione z czekolady pozostawionej na rozgrzanym od słońca stole. Następny – trzeci kamień milowy krakowskiego spektaklu jest twardy i zimny. Sypią się z niego iskry ostrzegawczego strachu.
Dyktatury zazwyczaj kończą się źle dla dyktatorów. Wcześniej. Później. Historia ma w kieszeni bat sprawiedliwości. Korzysta z niego oszczędnie i opieszałe. Ale korzysta. Bo kim jest dyktator? Skrzętnie ukrytym pod pancerzem brutalnej niesprawiedliwości kłębowiskiem lęku. Zagubienia, słabości. Strachu, czy kolejny dzień nie odbije się hukiem okrzyków niezadowolenia od ścian ufortyfikowanej rezydencji. Nasłuchiwania, czy wystrzał słyszany z oddali to jeszcze salwa egzekucji, czy już sygnał powstania. Ten czwarty kamień milowy „Mojej miłości” jest przyszłością. Życzeniem zmęczonych życiem. Życzeniem ludzi, którym odebrano kraj, wolność, godność. Wyglądają zza słupów granicznych. Patrzą na swoją ojczyznę. Na gęstniejący nad nią cień.
Teatr Barakah przyzwyczaił mnie do swojego fascynującego języka. Do jakości spektakli granych na mikro scenie w makro sposób. Nic się nie zmieniło. „Moja miłość” to opowieść wielka. Ważna i wstrząsająca. A opowiedziana przez trzy osoby. Bo przecież nie sposób pominąć roli Piotra Korzeniaka. Bez niego, jego instrumentów i jego opracowania muzycznego to nie byłoby tak mocne przeżycie. No i jest przecież w jednej ze scen symbolicznym Dave’m van Ronkiem ze Stonewall, czyli gościem z 1969 roku w naszych czasach.
Trzy osoby opowiedziały ze sceny o genezie, rozwoju i rozkwicie dyktatury. Konkretnie, spokojnie, przekonująco. Dały też życzenie przyszłości. Czy się sprawdzi? To już domena świata pozateatralnego. Pozostając w wiecznie bezpiecznej kryjówce jaką stanowi widownia, powiem: Na „Moją Miłość” do krakowskiego Teatru Barakah wybrać się po prostu warto. Bardzo warto.
Teatr dla Wszystkich, 31 marca 2026
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/golabeczki/
Białoruski reżim Aleksander Łukaszenka podejmuje kolejne kroki w stronę systemowego wykluczenia, proponując nowelizację Kodeksu wykroczeń administracyjnych, której jednym z filarów ma być zakaz „propagandy LGBTQ+”. Queerowość w „Mojej miłości” to początek szerokiej debaty nad kwestią tożsamości, ale i wolności jednostki marginalizowanej. W końcu tym, o czym mówią twórcy, jest siła słabych.
Punktem wyjścia staje się język – pozornie niewinny, a w rzeczywistości głęboko uwikłany w przemoc symboliczną. „Gołąbeczki” – zdrobnienie, które w polszczyźnie niesie ciepło uczuć i lekkość – tu nabiera ciężaru wykluczenia. W Białorusi społeczność LGBTQ+ bywa określana pogardliwie mianem „gołębi”. Ta językowa gra, mogąca wydawać się interesującą w oczach krakowskich widzów korelacją, szybko odsłania swoje mroczne podłoże dla mniejszości za wschodnią granicą.
O antyutopijnym reżimie opowiadają Adam Krepski i Jerzy Duszewski. Ten drugi ukazuje różne twarze – raz jest trybunem, raz błaznem, raz kimś na granicy obłędu. Ta zmienność nie świadczy jednak o wolności, lecz o ukazaniu niestabilności. W dynamicznym, nerwowym ruchu Jerzego skupia się cała ambiwalencja władzy – pozorna siła, która maskuje wewnętrzny strach przed „innym”. Wypychanie ust mikrofonem w jednej ze scen staje się tu gestem szczególnie wymownym – jakby głos władzy był jednocześnie narzędziem przemocy i czymś, co dławi, deformuje, odbiera możliwość prawdziwej wypowiedzi. Na przeciwległym biegunie stoi Adam, który jest głównym narratorem. Początkowo siedzi w centrum sceny, lecz stopniowo przesuwa się w jej kąt. Nie operuje ekspansją ani krzykiem – jego jedyną formą „władzy”, o której sam mówi, jest kontrola uwagi widza. I robi to bardzo skutecznie.
Spektakl przybiera formę niezwykle swobodną, wymykającą się jednoznacznym kategoriom. To jednocześnie wykład, performans i stand-up – przestrzeń, w której dystans między sceną a widownią ulega rozmyciu. Występujące pod pseudonimami osoby aktorskie nie prowadzą widza linearną narracją od A do Z. W tym przedstawieniu blisko siebie nie jest nawet W i Z. W reżimowej narracji Wschód jawi się jako bastion wartości, niemal sakralna ostoja konserwatyzmu, podczas gdy Zachód zostaje zdegradowany do figury moralnego upadku, wygnania i obczyzny. W tej mozaice pojawiają się cytaty i odniesienia do kluczowych momentów historii społeczności queerowej – jak Stonewall Riots, które stały się symbolem oporu i emancypacji, czy dopisana postać muzyka Dave’a Van Ronka (Piotr Korzeniak), zatrzymanego podczas zamieszek w 1969 roku. W jednej ze scen Jerzy przyjmuje pozę Statui Wolności. Tyle że jego korona jest cierniowa, a zamiast pochodni trzyma mikrofon – symbole zniewolenia przez system i siania propagandy. To istotna próba wpisania białoruskiego doświadczenia w szerszy, globalny kontekst walki o prawa człowieka.
„Moja miłość” nie jest dokumentem ani reportażem – choć czerpie z rzeczywistości pełnymi garściami. To raczej proces, nieustannie otwarta forma, którą można by nazwać spektaklem w stanie permanentnego „work in progress”. Nie dlatego, że wymaga dopracowania, lecz dlatego, że teraźniejszość, do której się odnosi, nie przestaje się dopisywać. Każdy kolejny dzień przynosi nowe sceny do tego scenariusza – niestety wciąż rozgrywającego się w cieniu białoruskiego reżimu.
Teatr dla Wszystkich, 30 marca 2026
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/non-est-avis-columba/
Krakowski Teatr Barakah od początku swojego istnienia poprzez rozmaite działania wspiera społeczność LGBTQ+. Gdzież więc o swojej sytuacji zawodowej i osobistej mogliby mówić białoruscy queerowi artyści, jeśli nie w kazimierzowskich podziemiach przy Paulińskiej? „Moja miłość” w reż. Macieja Gorczyńskiego w tragikomiczny sposób podejmuje próbę przedstawienia figury człowieka, którego własne państwo odsyła w niebyt. W jednej chwili zostajesz wymazany z rzeczywistości tylko dlatego, że nie wpisujesz się w „tradycyjny” model rodziny.
Dwie osoby: Adam Krepski i Jerzy Duszewski (artyści ze względu na obawy przed represjami wobec swoich rodzin występują pod pseudonimami) prezentują w teorii i praktyce, na czym polega prześladowanie osób LGBTQ+ przez białoruski reżim. Zaczyna Adam, którego etymologiczny wykład, odnajdujący wspólny rdzeń dla słów „błękitny gołąb” i „gej”, powoduje uśmiech (zwłaszcza miejscowego) widza. Wszak gołębi ci u nas pod dostatkiem. Zresztą Columba livia forma urbana będzie lejtmotywem całego przedstawienia. Adam jako socjolog, badacz queerowych środowisk w postsowieckich społeczeństwach, w różnych momentach przedstawienia prezentuje widzom perspektywę makro (przemówienie Łukaszenki na temat ustawowego „zakazu deprawacji”) oraz mikro, w której wspomina o osobistych formach dyskryminacji.
Z kolei Jerzy to żywioł, nieustający performance. Wciela w życie russkij mir. Unaocznia to, o czym mówi jego sceniczny współtowarzysz. Sztucznie doklejony do projekcji wideo przemierza Kraków w kolczastej areoli w stylu „sunburst crown”, by ostatecznie wyjść na scenę jako queerowa wariacja Baćki z Mińska. Adam komentuje: na Białorusi taki występ skutkowałby dużymi problemami nie tylko dla twórców, ale i dla widzów. Proponuje zatem inne zadanie aktorskie: fragment „Jeziora łabędziego”, oczywiście w wersji gołębiej. Uroczy w swojej pokraczności taniec Jerzego w asyście pluszowych ptaszków bawi, ale tak naprawdę ośmiesza infantylność białoruskich władz, wiecznie zakompleksionych wobec ruskiego starszego brata. Cóż – jaki kraj, taki Czajkowski.
Obaj aktorzy-performerzy mają twarze ucharakteryzowane na biało, co kojarzy się przede wszystkim z głównym bohaterem filmu „Kruk”. Jerzy i Adam – symbolicznie unicestwieni w swojej ojczyźnie – wracają z zaświatów, by walczyć o sprawiedliwość, która musi w końcu nadejść. W tym miejscu warto wspomnieć o Piotrze Korzeniaku, który nie tylko akompaniuje na żywo, schowany w tyle sceny, ale w pewnym momencie wychodzi na przód jako legendarny Dave Van Ronk. Podczas przedstawienia twórcy często wspominają o „sile słabych”, co wybrzmiewa wyjątkowo mocno, jeśli widz uświadomi sobie, co dzieje się tuż za naszą granicą. Historia niejednokrotnie pokazała, że wykluczona mniejszość potrafi mieć bardzo donośny, zmieniający rzeczywistość głos. Figura wszechwładnego dyktatora, mającego pod ręką cały państwowy aparat, zestawiona z bezbronną jednostką, paradoksalnie daje większą siłę temu drugiemu. Jeśli najwyższe urzędy muszą prawnie sankcjonować życie uczuciowe swoich obywateli, a także legitymizować ich płciową tożsamość, oznacza to wyłącznie słabość władzy.
„Moja miłość” to ciekawy sceniczny koncept. Momentami zbyt chaotyczny, ale nadrabiający autentycznością przekazu i energią płynącą ze sceny. I moglibyśmy na tym zakończyć, gdyby nie fakt, że i u nas coraz większą popularnością wśród wyborców cieszy się skrajna prawica, dla której wcielenie w życie białoruskich metod walki z „tęczową ideologią” byłoby jak mokry sen jurnego narodowca. Dlatego takie spektakle są potrzebne. Podobno jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale może gołąb już tak?
Kulturalny Konferansjer, 17 kwietnia 2026
Link: https://kulturalnykonferansjer.pl/blog/teatr-barakah-w-krakowie,34/mojamilosc,155
„Moja miłość” w Teatrze Barakah w reżyserii Macieja Gorczyńskiego to dla mnie trochę ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony nie można odmówić temu spektaklowi ogromnej siły oddziaływania oraz wartości, ze względu na poruszane treści, czyli sytuację osób LGBT w Białorusi. Z drugiej strony widowisko to rozciąga się od performensu do osobistego świadectwa i nie do końca odnajduję się w tej przestrzeni.
Białoruscy artyści (grający i współtworzący z reżyserem scenariusz) występujący pod pseudonimami operują z jednej strony prostą narracją opowiadającą rzeczywistość i snującą refleksje na kanwie tej opowieści (Jerzy Duszewski), z drugiej nadekspresyjnie, groteskowo, rubasznie i bezpardonowo uderzają w reżim (Adam Krepski). Ten dwugłos daje ciekawą polifonię, a zastosowane porównanie do gołębi (jak w języku białoruskim określa się homoseksualistów) staje się źródłem ciekawych metafor. Do tego muzyka na żywo jak zawsze świetnego Piotra Korzeniaka i oryginalne projekcje Iwony Bandzarewicz. Co można powiedzieć dyktatorowi, który nie uznaje twojego istnienia? Co napędza do nienawiści przeciw LGBT? Co daje tym osobom siłę? To niewątpliwie ważna refleksja o tyranii (każdej), wojnie i byciu mniejszością, nie mającą prawa głosu i nie dostrzeganą przez autorytarny reżim.
Pozwolę sobie nie oceniać, bo nie do końca lokuje się to przedstawienie w moich teatralnych horyzontach, a nie wypada oceniać osobistego doświadczenia twórców, które przede wszystkim tutaj wybrzmiewa. Ale jeśli ciekawi Was rodzaj performensu na ten temat stworzony z dużą, społeczną wrażliwością, to zerknijcie do Teatru Barakah w Krakowie, który konsekwentnie pozostaje wierny swoim ideologicznym ideałom i artystycznym poszukiwaniom nowych form. Tym razem także bez wersji wideo.
Kraków i Świat, 1 kwietnia 2026
Link: https://krakowiswiat.pl/teatr-barakah-premiera-moja-milosc/
Lepiej być gołębiem, niż dyktatorem, a dlaczego?
Uwielbiam piwniczną scenę Teatru Barakah. Siedzę zwykle w dużym napięciu, jak na szpilkach, śledząc to, co dzieje się, niemal bez wytchnienia. Tak znowu było w sobotni wieczór, podczas premiery spektaklu „Moja miłość” w reżyserii Macieja Gorczyńskiego. Pod pseudonimami wystąpili białoruscy aktorzy, którzy w niekonwencjonalny sposób opowiadali o sytuacji środowisk osób LGBTQ+ żyjących na terenie Białorusi, nazywanych tam „gołębiami”.
W akcję wprowadza nas postać Narratora (przemyślana i momentami sarkastyczna kreacja Adama Krepskiego), który przydziela sobie i postaciom na scenie bardzo konkretne role (Dyktatora, Żony dyktatora czy Kota)… Dyktator znakomicie wchodzi w swą rolę, miota się po scenie nieokiełznany (niezwykle energetyczna gra Jerzego Duszewskiego), rozsiewa wokół groźby, jakieś obietnice. Jest prostakiem, zwykłym chamem, przyodzianym w brudny podkoszulek. Coś bełkocze, wydaje dziwne nieokreślone dźwięki, zatacza się pijany… Może się to wydawać śmieszne, ale budzi też wokół powszechny, nieukrywany strach. Dyktator to postać nieprzewidywalna. Kreśli na ścianie jakieś napisy, tworzy rysunki, rozsiewa groźby. W każdej chwili może zaatakować, nawet publiczność… Siedzę w pierwszym rzędzie odczuwając symptomy paniki. Narrator, reprezentujący prześladowane środowisko, jest niezwykle opanowany i zdeterminowany. Twarz ucharakteryzowana białą kredką, z czerwonymi mocno pomalowanymi szminką ustami, stwarza wrażenie obojętnej, kamuflując jakąkolwiek mimikę, strach, ironię, śmiech a nawet tęsknotę do normalności… W tej postawie nie ma akceptacji, ale też buntu, złości czy chęci do ośmieszania. Odczuwalna jest konieczność przeczekania, bo wiara w instrumenty demokracji w tamtym kraju już dawno została pogrzebana. Niezwykle wymowny jest kostium Narratora, niebinarnej postaci – męskie buty i czarne skarpety oraz długa, biała koszula – jak sukienka, a także obowiązkowa czarna – korporacyjna – marynarka. Dyktator wykrzykuje: „Lepiej być dyktatorem niż gołębiem”! Na ścianie z kolei, czerwoną szminką, napisano: „Lepiej być gołębiem, niż dyktatorem”.
Ten spektakl to poważne ostrzeżenie dla nas. Wszak Białoruś granicząca z Polską, na długości 418. km, nie jest tak daleko nawet od Krakowa. Podśmiewaliśmy się w Polsce, gdy na Białorusi do władzy doszedł dobroduszny „swój chłop” z kołchozu, który z czasem przestał być śmieszny. Już nie śmiejemy się, bo w więzieniach, obozach przetrzymywani są polityczni przeciwnicy dyktatora, wśród których nie brakuje deklarujących narodowość polską (dość wspomnieć dziennikarza Andrzeja Poczobuta skazanego na 8 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze za rzekome „podżeganie do nienawiści” i działania na szkodę państwa)… Powinniśmy się zatem cieszyć, że mamy Teatr Barakah – mówi Narrator, w którym możemy takie „wywrotowe” przedstawienia prezentować i oglądać. Gdyby to było na Białorusi, po takim spektaklu teatr zostałby upaństwowiony, otrzymałby właściwego dyrektora, a także patrona – w Krakowie mógłby to być chociażby Feliks Dzierżyński… Twórcy i artyści takiego spektaklu odpowiadaliby przed sądem i mogliby wylądować w więzieniu. A publiczność? W Rosji publiczność też nie jest już bezkarna. Za oglądanie takich nieprawomyślnych przedstawień mogłaby zostać ukarana nie tylko grzywną, ale i więzieniem… Warto przypomnieć młodzieży, że naprawdę nie tak dawno temu mieliśmy w Krakowie ulicę Dzierżyńskiego… Zatem powrót do tradycji w nieoczekiwanych warunkach nie jest taki nieoczywisty… W końcu Dzierżyński 10 listopada 1910 roku brał ślub w Krakowie w kościele św. Mikołaja z Zofią Muszkat…
Spektaklowi towarzyszy muzyka Piotra Korzeniaka w autorskim wykonaniu, a także wokaliza z akompaniamentem gitarowym Jerzego Duszewskiego. Muzyka, światła i multimedia w spektaklach Teatru Barakah zawsze odgrywają niebagatelną rolę. Tak samo jest w spektaklu „Moja miłość”.
To niezwykłe przedstawienie trzeba koniecznie zobaczyć. Myślę, że nie należy zwlekać z decyzją, a nawet pospieszyć się, choć artyści raczej z Polski w najbliższym czasie nie wyjadą, a i nie zapowiada się, by polityczna sytuacja na Białorusi miała w najbliższym czasie ulec zmianie na lepsze… Świat jednak jest obecnie tak nieprzewidywalny, że nie ma co odkładać na jutro tego, co można zobaczyć / zrobić dzisiaj…
Post na Facebooku Och Kultura, 20 kwietnia 2026
Link: https://www.facebook.com/share/18aDjmtiNu/
Queer kontra reżim
Punktem wyjścia „Mojej miłości” w Teatr Barakah jest sytuacja osób LGBT+ w Białorusi, gdzie władza próbuje wymazać ich obecność z życia publicznego.
Jednak nie jest to reportaż ani komentarz polityczny. To raczej uniwersalna opowieść o strachu, mechanizmach władzy i każdym ustroju, który narzuca jeden sposób życia. Pewne idee wciąż wracają i są atrakcyjne dlatego, że systemy opresji nie działają tylko siłą. Uwodzą też obietnicą porządku i bezpieczeństwa. Na scenie pojawia się motyw „widma dyktatora”, który stale powraca i przybiera nowe formy. Zostaje zestawiony z figurą osoby niebinarnej. Między tymi światami powstaje dziwna relacja – przyciągająca i odpychająca.
Ale spektakl opowiada przede wszystkim o sile tych, których próbuje się uciszyć. Główny bohater nie jest jedynie ofiarą – ma własny głos. Tożsamości bowiem nie da się zniszczyć. Walka o nią nie zawsze musi przybierać patetyczną formę. Czasem odbywa się poprzez ironię, humor i ironię.
Reżyser Maciej Gorczyński łączy fragmenty tekstów inspirowanych wypowiedziami polityków z osobistymi doświadczeniami twórców. Całość ma formę kolażu – sceny nie mają klasycznej fabuły, ale tworzą ciąg obrazów, dźwięków i sytuacji. Dzięki temu spektakl jest dynamiczny, działa bardziej na poziomie skojarzeń niż opowieści linearnej i nie pozwala przyzwyczaić się do jednego sposobu opowiadania.
Dużą część stanowi coś na kształt improwizowanej konferansjerki – lekkiej, chwilami żartobliwej – pod którą kryje się krytyka języka propagandy. Pojawiają się też elementy pantomimy, parodia baletu do muzyki „Jeziora łabędziego” czy musicalowe wykonanie utworu „I Feel Love” – kojarzonego z wolnością i cielesnością, który zostaje zestawiony z opowieścią o kontroli i zakazach.
Ważnym elementem jest także mieszanka prywatnych historii z formą performansu. Jerzy Duszewski i Adam Krepski dzielą się osobistym doświadczeniem, by za moment przejść w bardziej umowną formę sceniczną. Zmienność z powagi do groteski sprawia, że nie ma się pewności, gdzie kończy się gra, a zaczyna wypowiedź osobista.
Surowa scenografia tworzy opresyjny klimat. Bardzo ważną rolę odgrywają kolorowe projekcje i komiksowe obrazy (Iwona Bandzarewicz) – momentami karykaturalne, kontrastujące z poważnym tematem. Jednocześnie pojawiają się wyraziste akcenty związane z estetyką queer.
„Moja miłość” to ciekawa, wielowarstwowa opowieść o relacji między jednostką a systemem, który próbuje ją kontrolować. Całość zaskakuje formą i sposobem prowadzenia narracji. Nie epatuje cierpieniem, choć dotyka trudnych tematów. Zamiast tego proponuje spojrzenie oparte na sile, poczuciu humoru i świadomości. A Nagłe przejścia od żartu do gorzkiej refleksji sprawiają, że widz parę razy dostaje po głowie i zostaje w stanie lekkiego rozbicia.
Post na Facebooku Chodźże do Teatru, 13 kwietnia 2026
Link: https://www.facebook.com/share/p/17E88iELt5/
„𝙅𝙚𝙯̇𝙚𝙡𝙞 𝙗𝙚̨𝙙𝙚̨ 𝙘𝙯𝙚𝙠𝙖𝙘́ 𝙖𝙯̇ 𝙠𝙩𝙤𝙨́ 𝙞𝙣𝙣𝙮 𝙪𝙯𝙖𝙨𝙖𝙙𝙣𝙞 𝙢𝙤𝙟𝙚 𝙞𝙨𝙩𝙣𝙞𝙚𝙣𝙞𝙚, 𝙩𝙤 𝙣𝙞𝙚𝙨𝙥𝙧𝙖𝙬𝙞𝙚𝙙𝙡𝙞𝙬𝙞𝙚 𝙥𝙤𝙩𝙧𝙖𝙠𝙩𝙪𝙟𝙚̨ 𝙨𝙖𝙢𝙖̨ 𝙨𝙞𝙚𝙗𝙞𝙚” – 𝙕𝙖𝙣𝙚𝙡𝙚 𝙈𝙪𝙝𝙤𝙡𝙞
W Międzynarodowy Dzień Teatru miała miejsce prapremiera najnowszego spektaklu krakowskiego Teatru Barakah – „Moja miłość”. Fundamentem spektaklu jest sytuacja społeczności LGBTQ+ w Republice Białorusi, co pozostaje tematem nieznanym większości polskiego społeczeństwa, nawet jego queerowej części. Pomysł na sztukę narodził się podczas pracy białorusko-polskich twórców w Laboratorium Dramaturgicznym „Proste słowa”, zorganizowanym przez fundację BY Teatr w Centrum Kultury w Lublinie w 2025 roku, pod opieką kuratorską Romana Pawłowskiego.
Publiczność wprowadzona zostaje w konwencję spektaklu już w trakcie zajmowania miejsc na widowni. Charyzmatyczna postać wykreowana przez Adama Krepskiego, zasiadając na środku sceny, wita każdego wchodzącego na salę, manierą i makijażem przywodząc na myśl Emcee z musicalu „Cabaret”. Budzi to w widzu pewien element niepokoju, burzy ścianę anonimowości, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Odczucia z pewnością potęguje niewielka, piwniczna scena Teatru Barakah, działająca na korzyść kameralnej sztuki. To napięcie nie opuszcza nas tak naprawdę do końca, bo mimo akcentów humorystycznych i wielu optymistycznych haseł spektakl jest ostrzeżeniem, którego nie wolno zbagatelizować.
W mojej opinii najbardziej przyciągającym uwagę momentem jest monolog postaci granej przez Adama Krepskiego, będący odpowiedzią na nienawistną wypowiedź Łukaszenki. W każdym słowie namacalnie mogłam poczuć złość, frustrację, smutek, ale paradoksalnie też apatię czy znudzenie. Ta sekwencja w moich oczach stanowi pewną esencję spektaklu, jego serce i prawdziwe emocje, wokół których nadbudowano satyryczną opowieść, pozwalającą na wyśmianie nienawistnych ludzi, przy zachowaniu pamięci o tych, których skrzywdzili i krzywdzą dalej.
Niepomijalnym aspektem jest dla mnie również muzyka Piotra Korzeniaka, wykonywana na żywo, z elementami wokalnymi i gitarowymi Jerzego Duszewskiego. Bezpośrednio łączy się ona z wykorzystaniem multimediów i grą światłem, które momentami działają jako kluczowe elementy scenografii. Wszystkie te aspekty współgrają ze sobą, stanowią integralną całość, na przemian konfundując, budząc lęk, ale i bawiąc (np. niezapomniane użycie kazoo).
Sami twórcy spektakl określają mianem eseju, tłumacząc formę, która na pierwszy rzut oka może wydawać się niedokończona. Wiedza o spojrzeniu twórców na ich dzieło pozwoliła mi zinterpretować je inaczej, poprzez zmianę perspektywy, i pomogła lepiej zrozumieć decyzje artystyczne. Z widowni obserwujemy dialog nacechowany autobiograficznie, pewien szkic historii trwającej za naszą wschodnią granicą. Jej doświadczenie pozostaje udziałem nieznanych nam twarzy, które dzięki sztuce zyskują wyraźniejszy, bardziej realny wymiar.
„Moja miłość” rezonuje ze mną jako osobą wrażliwą na niesprawiedliwość, świadomą politycznie, ale przede wszystkim queerową. Jej osobisty charakter, realizm z odpowiednio dawkowanym optymizmem i kolektywne przesłanie dają nam wgląd w głowy twórców, jednocześnie opowiadając bardzo uniwersalnie o temacie, który dotyczy nas wszystkich – miłości. Najważniejsza pozostaje jednak siła słabych w oczach systemu, ale odważnych w działaniu i tworzeniu, bo kim jest artysta, jeżeli nie osobą walczącą o wolność?
Post na Facebooku WUJ, 15 maja 2026
Link: https://www.facebook.com/share/p/1C1E9RJ4ni/
Dlaczego systemy totalitarne boją się tęczowej flagi, makijażu czy bycia po prostu sobą? Odpowiedź na to pytanie jest kluczem do zrozumienia mechanizmów władzy w Białorusi czy w Rosji. Spektakl ,,Moja miłość” w krakowskim Teatrze Barakah to fascynująca, polsko-białoruska koprodukcja, która błyskotliwie i przewrotnie kreśli studium relacji pomiędzy społecznością Queer a maszyną totalitaryzmu. Rzuca wyzwanie mrocznym widmom dyktatury, robiąc to w najmniej oczywisty sposób: przez humor, metaforę i celebrację życia.
Czasem wydaje się, że represje czy walka o prawo do własnej tożsamości to rzeczywistość równoległa, na którą nie ma miejsca w naszym uporządkowanym świecie. Jednak nienawiść i pragnienie wolności to dwie strony tego samego medalu. Wszyscy – bez względu na polityczne granice – szukamy przestrzeni, w której nikt nie będzie nam dyktował, jak mamy kochać i kim mamy być.
Twórcy spektaklu wychodzą od drastycznej sytuacji na Białorusi, gdzie nowe prawo ma wymazać z przestrzeni publicznej symbolikę Queer. Jednak nie o skupienie na cierpieniu tu chodzi, lecz o zrozumienie mechanizmu nienawiści, która karmi współczesne dyktatury. Na scenie pokazane jest ,,widmo dyktatora”, które nie może umrzeć i ciągle się odradza, przyjmując nowe formy i próbując narzucić swoje reguły Zamiast jednak uderzać w poważne tony, autorzy stawiają na „siłę słabych” i poczucie humoru, bo to śmiech okazuje się tu najskuteczniejszą bronią.
,,Moja miłość” zmusza do refleksji nad tym, dlaczego lęk przed innością jest tak ważny dla propagandy. Pokazuje dziwny, miłosno-nienawistny związek między człowiekiem a władzą, zachęcając nas do pytań o własną postawę wobec konformizmu. Aktorzy zabierają nas w świat pozornie daleki od tego, który znamy, a jednocześnie bardzo bliski. Bo choć wiele nas różni, wszyscy na końcu tęczy szukamy tego samego: szczęścia i wolności.