Dziennik Teatralny, 27 listopada 2025
Link: http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/miedzy-technologiczna-obcoscia-acielesnoscia.html
„Na początku była ciemność i zimne ognie‟ to awangardowa i eksperymentalna wędrówka eksplorująca zagadnienia technologii, człowieczeństwa oraz cielesności. Ten performans wprowadza nas w kosmiczny trans. Spektakl inspirowany jest twórczością Stanisława Lema. Zauważamy podobieństwo poprzez motywy oraz poruszane problemy.
Aktorki (Martyna Dyląg, Jori Geruli, Ada Kazimierz) na scenie pojawiają się wijąc się i czołgając w groteskowy sposób, zachowują się jak jeden organizm. Rozłączają się, symbolicznie zdejmują czepki z głów, zagubione krążą po scenie. Jednak aktorki nie występują w roli ludzi, a humanoidów, robotów. Ich ruchy są statyczne, mechaniczne, oschłe, lecz w tym samym czasie dynamiczne.
Jako główny środek wyrazu występującym służy ciało, taniec. Ponadto należy tu wspomnieć o oświetleniu oraz nagłośnieniu, które odgrywały dużą rolę w całości sztuki. Poprzez swoją mowę ciała aktorki przekazują nam wiodące idee. Sam fakt, że na scenie występują półnagie jest już pewną ideą, chociaż, wbrew pozorom owa nagość praktycznie w ogóle nie rzuca się w oczy. Co ciekawe aktorki nie wypowiadają ani jednego słowa w trakcie wystąpienia, jedyne wypowiedzi pojawiają się wraz z muzyką, a za nimi stoi komputerowy głos.
To nowatorskie wzruszenie eksponujące niebezpieczeństwo wiążące się z sztuczną inteligencją, które zwraca uwagę na fakt, że ona nigdy nie upodobni się do człowieka i vice versa. Ona poszukuje bliskości, swojego miejsca na świecie, zadaje sobie również egzystencjalne pytania, co mogłoby sugerować, że ma uczucia, oraz że myśli samodzielnie, jednak w rzeczywistości jest to jedynie program. Motyw ten pogłębia desperacka próba znalezienia miejsca na ludzkie serce, na które wśród przewodów i kabelków brak. Stawia także pytania o granice: między technologią, a człowieczeństwem; naszym ciałem oraz organizmem, a androidem; ludzkim pojęciem, a istnieniem, lub możliwością istnienia obcych.
Sztuka w wymiarze wizualnym naprawdę budzi podziw. Kolor, światło, każdy element został wykorzystany w pełni i jak najlepiej wpasowany w całokształt wydarzenia. Warto tu ponownie zaznaczyć aspekt ruchu, ponieważ aktorki musiały wykazać się ogromną sprawnością fizyczną, aby móc wykonać ekstremalne gesty, czy też trwać w bezruchu.
Spektakl ciężko określić w kategoriach estetycznych, wykracza poza nie. Nie ma się podobać, nie można go kategoryzować, ma wzbudzać emocje i poruszać. To manifest zachęcający do refleksji nad technologią, społeczeństwem, ciałem i cielesnością, a także przyszłością ludzkości.
Według mnie to niesamowicie innowacyjna sztuka, która wzrusza i porusza. Ten spektakl wzbudził we mnie wiele emocji – od zachwytu po obrzydzenie. Z pewnością będę powracać do niego myślami zastanawiając się nad swoją interpretacją. Uważam, że definitywnie jest to wystąpienie warte polecenia. W szczególności dla osób lubiących awangardowość, Stanisława Lema, czy też sztukę wzbudzającą emocje i teatr ekspresywny.
Reasumując to wystąpienie wywarło na mnie duże wrażenie, które zdecydowanie pozostanie jeszcze ze mną. Owe wzruszenie dało mi do myślenia i zachęciło do własnej interpretacji, co do której absolutnej pewności nie mam.
Jednak sądzę, że ciężko o drugi taki spektakl, dlatego na ten niezaprzeczalnie polecam się wybrać.
Teatr dla Wszystkich, 20 luty 2025
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/poza-ramy-zrozumienia/
„W naszej epoce – opakowań
– liczy się etykieta, a nie zawartość…”
– Stanisław Lem
UWAGA! Recenzja opisuje spektakl przeznaczony wyłącznie dla widzów od 18. roku życia.
Świat plecie się tak, że nie potrzeba przybyszów z kosmosu, żeby skuteczna komunikacja między istotami była niezwykle utrudniona. Jest to skomplikowane nawet w obrębie jednego gatunku, a gdy ten gatunek jeszcze tworzy sobie dodatkowe narzędzia, które ograniczają zdolności poznawcze, to gdzie kryje się miejsce na porozumienie? Jak zrozumieć świat komunikatów odnoszących się do zupełnie nieznanego metajęzyka? Takie inspiracje towarzyszą twórczyniom (Martyna Dyląg, Jori Gerula, Ada Kazimierz, Anna Puzio) spektaklu choreograficznego „Na początku była ciemność i zimne ognie”, który powstał w ramach stypendium twórczego miasta Krakowa i wystawiany jest w Teatrze Barakah.
W teatrze formy zwykle dobrze najpierw przeczytać, co twórcy mają do powiedzenia na temat spektaklu, zanim się go obejrzy. Łatwiej wtedy uniknąć konfuzji i wędrowania myślami w zupełnie niekontrolowanych przestrzeniach. Jeśli uda się skupić umysł na konkretnym obszarze tematycznym, cała pierwsza część spektaklu staje się dość wyrazista. Przybysze, obcy, posługując się własnymi sposobami na pojmowanie otoczenia, starają się adaptować do świata przez obserwację, naśladowanie, hybrydyzowanie. W drugiej części naśladownictwo staje się na tyle udoskonalone, że zaczynają się pojawiać konkretne konteksty sytuacyjne. W tym znaczeniu spektakl ewoluuje począwszy od przekazywania prostych komunikatów do coraz bardziej złożonych. Podobnie wizualizacje, które są nieodłączną częścią spektaklu (Kuba Kotynia), początkowo są czysto abstrakcyjne, a następnie zaczynają odnosić się do konkretnych kształtów i obrazów.
Ta ewolucja odbywa się oczywiście w ramach przyjętej formuły, opartej na ruchu i niemal całkowicie pozbawionej słów. Obserwacje wymagają więc napiętej uwagi i pozostawiają spory margines dla niezrozumienia. Jednakże całkiem sporo wątków musiało umknąć mojej uwadze, gdyż nie odnalazłem nawiązań do całego szeregu pytań zawartych w opisie spektaklu. Nawiązania można odnaleźć w wyborze artystycznym dotyczącym częściowego braku kostiumów – artystki występują bez części garderoby zakrywających ciało od pasa w górę. Tutaj prowokacyjność w pytaniu, ,,czy ciało zawsze będzie podlegać politycznemu sporowi’’, jest niemal oczywista.
Na efekt nieuwagi nie mogę już zrzucić kilku technicznych niedoskonałości, gdy to warstwa dźwiękowa nie znajdowała odzwierciedlenia w wizualnej, jak to miało miejsce w scenie z pokojem, a czasem następowała bardzo wyraźna różnica tempa (w scenie z oddechami). Naturalnie takie zabiegi mogą być zamierzone, jednak odebrałem je nie jako celowy zabieg, a niedoskonałości, o których należałoby pomyśleć.
Z drugiej strony niesłychanie podobał mi się pierwszy segment (początkowe 15 minut) spektaklu, gdy „istoty” poszukiwały podstawowych wzorców, minimalizm i wyrazistość jeszcze nie zostały przytłoczone bodźcami, a pojawiająca się tutaj słowna narracja pozwoliła się lepiej zakotwiczyć w materii spektaklu. Kolejną wyjątkowo precyzyjnie opracowaną tutaj rzeczą jest zarządzanie czasem. Bywało, że na spektaklach o randze międzynarodowej, obecnych na dużych festiwalach (np. Materia Prima) i o podobnej formule (tak, tam również byli nadzy artyści), ziewałem ze znużenia. W tym przypadku nie miało to miejsca.
Każdy widz, który decyduje się na poznanie tego spektaklu, powinien być przygotowany na jego estetyczną prowokacyjność, dotykającą nieco innych wrażliwych strun niż pozostałe sztuki Teatru Barakah. Tym niemniej w poszukiwaniu wyzywających teatralnych emocji, o interesującym poziomie artystycznym, można z czystym sumieniem zawędrować na takie przedstawienie.
Kulturatka.pl, 27 grudnia 2024
Link: https://www.kulturatka.pl/2024/12/27/z-wizyta-na-ziemi-recenzja-na-poczatkubyla-ciemnosc-i-zimne-ognie-teatru-barakah/
„Na początku była ciemność i zimne ognie” to spektakl dość charakterystyczny dla Teatru Barakah. Widz nie do końca wie, co się dzieje, trochę patrzy z niedowierzaniem, trochę przeżywa, a trochę jest zaczarowany tym, co panuje na scenie. Nie przychodzi tu on po prostą rozrywkę czy klasyczny dramat. Przybywa tu po pewnego rodzaju doświadczenie, widowisko – nazwany trafnie w zapowiedzi – spektakl: zdarzenie.
Spektakl oparty jest luźno oparty na „Dziennikach gwiazdowych” Stanisława Lema. Jednak tym razem, zamiast podróżując po odległych galaktykach, to kosmici docierają do nas. Głównymi bohaterkami są trzy istoty, przybyłe na Ziemię z niewiadomej przestrzeni kosmicznej. Niezaznajomione ze zwyczajami Ziemian, poprzez naśladownictwo, powoli uczą się Ziemskiej codzienności. Dowiadują się jak poruszać się czy jeść – poznają też charakterystyczne dla ludzkiej rasy uczucia. Przybycie na Ziemię, jednocześnie można interpretować jako narodziny. W obu przypadkach istoty zaczynają jako tabula rasa, a z każdą chwilą uczą się coraz sprawniej funkcjonować na świecie.
Zarówno koncepcja, choreografia jak i wykonanie, to dzieło Martyny Dyląg, Jori Geruli i Ady Kazimierz. Młode i zdolne aktorki – performerki wyrażają wszystko, co potrzeba za pomocą niezwykłej choreografii. W towarzystwie kosmicznej muzyki i gry świateł, ich ciała tworzą wyjątkowe układy. Nagość występująca w spektaklu jest całkowicie odseksualniona i potęgująca wrażenie „narodzin” na nowej planecie. Choreografia hipnotyzuje i sprawia, że spektakl mija w mgnieniu oka, podczas gdy widz podąża wzrokiem za błądzącymi istotami. Wspomniana już gra różnobarwnych świateł, o różnej częstotliwości i intensywności, podkreśla klimat rodem z innej planety.
„Na początku była ciemność i zimne ognie” jest pełne szeroko pojętego naturalizmu, a zdarzają się sceny, które oscylują na granicy szoku i obrzydzenia. Jest to granica, której przekroczenie, niektórzy przejdą zwycięsko, a pojawią się i tacy, dla których to będzie zbyt wiele.
Z pewnością nie jest to spektakl dla wszystkich, a na pewno nie dla tych, którzy w teatrze oczekują jedynie klasyki. Jesteście gotowi zaryzykować? Jeżeli tak, to widowisko zahipnotyzuje Was i dostarczy intensywnych wrażeń.
Teatr dla wszystkich, 2 grudnia 2024
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/co-czuje-niewiem/?fbclid=IwZXh0bgNhZW0CMTAAAR1Jvh2SStaM25GZ2w7A9dAEGPb8ndJzXB VhHfwrxJ8JwL6H7s9X_00peRc_aem_u1lldnV7FFLwM7ZojL3POg
Teatr Barakah hucznie – jeśli tak można powiedzieć w kontekście działalności artystycznej – obchodzi swoje dwudzieste urodziny! Pełnoletni, ale wciąż rześki i młody, wyszukuje talenty, tym razem to Martyna Dyląg, laureatka „Stypendium Twórczego Miasta Krakowa”.
Studentka V roku Akademii Sztuk Teatralnych na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu współpracuje z Katowicką Szkołą filmową. Występowała m.in w etiudzie reżyserskiej Joanny Różniak pt: “Cień”, w etiudach operatorskich Karoliny Monwid-Olechnowicz pt: “Obrazami obraz” i „Flora” („Flora” zdobyła wyróżnienie na 67. Ogólnopolskim Konkursie Filmów Artystycznych w Koninie).
30 listopada miał prapremierę spektakl inspirowany twórczością Stanisława Lema pt. Na początku była ciemność i zimne ognie, którego Dyląg jest współautorką. Prócz niej za koncepcję, choreografię odpowiadały Jori Gerula, Ada Kazimierz, Anna Puzio. One też były znakomitymi wykonawczyniami przygotowanej choreografii. Trzeba niezwykłej kreatywności i umiejętności, aby przygotować i wykonać taki taniec życia, świata, mikro i makro kosmosu. Ale – co bardzo istotne – to wydarzenie, które wiele daje publiczności, ale też sporo wymaga, bo trzeba dużej otwartości i wyobraźni, aby nadążyć za – powtórzę raz jeszcze – wybitnie utalentowanymi młodymi artystkami.
Wbrew tytułowi na początku nie było ciemności, na ekranie mieliśmy wizualizację poruszających się zgodnie z naturalnym rytmem plemników, rytm podbijany muzyką (brawa za instrumentalne brzmienia dla Michała Smajdora!) powoli przemieniają się w geometryczne kształty, na powrót w plemniki, potem zaś w kosmiczny pył. Jakkolwiek powyższy opis nie brzmiałby trywialnie, to wizualizacje, mówienie do nas obrazami, światło (i ciemność!) jest wybitnie mocną stroną tego wydarzenia performatywnego. Nie ma się co dziwić, że ich autor Kuba Kotynia, ma wypełniony kalendarz na cały przyszły rok. Na scenie pojawiają się trzy postaci, w ciemności, oświetlonej jedynie światłem czołówek obce rozglądają się po naszej planecie. Każdy ruch, każda interakcja dwóch, potem trzech bohaterek jest idealnie sprzężona z muzyką i obrazem. Choreografia jest poruszająca, nawet dla ignorantki w tej dziedzinie, za którą się uważam. Natomiast pytania, które zadają bohaterki i na które odpowiada sztuczna inteligencja są jak te od Szymborskiej: nie ma pytań ważniejszych od pytań naiwnych. Smutne to, ale jakże prawdziwe, że na te wydawałoby się najprostsze nie umiemy (i bohaterki i – tak, tak – my również…) odpowiedzieć. Mam całkiem mroczne poczucie, że AI mówi tonem psychoterapeuty, rozmawiającym z pacjentem, któremu nomen omen inteligencji nieco brakuje. Inteligencji emocjonalnej, z intelektualną nie ma on zwykle problemu… Czy na początku była ciemność? Być może. Smutne jest, że na końcu – pada ze sceny – jest chaos, a słowom tym towarzyszą wizualizacje między innymi naszych miast…
Co czuję? Zyskuje rangę najtrudniejszego, najbardziej złożonego pytania. Odpowiedź nie wiem powtarza się kilkakrotnie. Ja też czasem nie wiem. Natomiast myślę sobie, że tytuł Dzienniki gwiazdowe będzie tytułem profetycznym dla wybitnie uzdolnionej, kreatywnej Martyny Dyląg.
Teatr dla wszystkich, 6 grudnia 2024
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/tanczacy-z-niuansami/
Na początku była ciemność i zimne ognie – spektakl inspirowany twórczością Stanisława Lema to połączenie teatru tańca, formy, w którym kiełkuje performatywny manifest i cybernetyczny bad trip. To realizacja tak pojemna w interpretacyjne ścieżki, że aż niemożliwa do prześledzenia w całości. Wreszcie to ekstatyczny bój człowieka z maszyną.
Bohaterowie opowiadań Lema często łączą w sobie dwie sprzeczności: bezduszną, wysokorozwiniętą technologię i naturalizm. Słowem – im bardziej skomplikowana maszyneria, pozwalająca odkrywać kosmiczną otchłań, tym bardziej instynktowne, pierwotne zachowania tych, którzy z owej maszynerii korzystają. W konfrontacji z wszechświatem i jego tajemnicami, człowiek staje się niezwykle mały, stanowi mikroskopijną jednostkę międzygwiezdnego pyłu w mozaice galaktyk.
Z takim bagażem poplątanych sprzeczności na scenie pojawiają się trzy postacie. Początkowo ich ruchy przypominają humanoidalne roboty prosto z Boston Dynamics. Z czasem, nabierają bardziej ludzkich kształtów – to wszystko za pomocą drobnych niuansów ukrytych w ruchu, umiejętnym balansowaniu na granicy oddzielającej człowieka od maszyny. Z jednej strony ukazuje nam się świat w pełni stechnicyzowany, gdzie AI przejmuje kontrolę nad ludźmi, z drugiej mamy do czynienia z istotami, które czują, posiadają emocje, tworzą wspólnotę (świetna scena, gdzie tańczący garną się do siebie, jednocześnie odpychając się, jak gdyby w czubkach ich palców znajdowały się magnesy o tych samych biegunach).
Jest coś takiego w tym spektaklu, co dla jednego będzie przekleństwem, a dla drugiego jego największym atutem. Mianowicie chodzi o pojemność tematyki przy jednoczesnym nienarzucaniu konkretnych tropów, za którymi widzowie mogliby podążać. Po spektaklu trwającym niecałą godzinę, mogę umiejscowić się w tej drugiej grupie. Klimatyczna muzyka (ambient: love it!) w połączeniu z intrygującymi projekcjami i hipnotyzującą choreografią otwierają w głowie cały repertuar kulturowych odniesień. Oglądając Na początku była ciemność… widziałem motywy z 2001 Odysei Kosmicznej, Mad Max, Blade Runnera, a nawet Diuny, Last of Us czy Waterworld.
Przez cały czas trwania przedstawienia tańcząca trójka dokonuje różnego rodzaju metamorfoz (dla mnie najciekawszą choreograficznie sceną było przejście od skrzeli do oskrzeli, czyli szybki kurs ewolucji za pomocą samego oddechu: od spokojnego, wspomaganego dłońmi imitującymi macki czy inne odnóża, do szybkiego, wdechu i wydechu niczym podczas polowania). W pewnym momencie wszystko wywraca się do góry nogami, na ścianie pojawia się projekcja mieszkania. Przeskok z ciemnej, enigmatycznej scenerii do lokum, mogącego zdobić katalog sklepu meblowego, przywodzi na myśl okulary VR i zabawę w alternatywną rzeczywistość. Czyżby wszystko, co działo się do tej pory było wytworem gry, scenariuszem w głowie gracza? Nim zdążymy się nad tym zastanowić znów przeskok w ciemność, do ludzi, do androidów, do inteligencji chyba nie do końca sztucznej.
Wielowątkowy tygiel bez początku i końca świetnie oddaje dzisiejsze czasy. Możemy spacerować po lesie, kontemplować naturę w bezprzewodowych słuchawkach, w których poleci muzyka eksperymentalna, a odpowiednia aplikacja po zrobieniu zdjęcia jakiejś roślinie, wyjaśni nam z czym mamy do czynienia. Tak banalny przykład pokazuje, że jesteśmy już w miejscu, gdzie to co naturalne i to co stechnicyzowane przenika się tak dogłębnie i tak ściśle, że nie sposób oddzielić jednego od drugiego.
Na początku była ciemność i zimne ognie to ciekawy koncept, dotykający tematu na tyle szerokiego i uniwersalnego, że bez większego kłopotu każdy odnajdzie w nim coś, co będzie mu bliskie. Tym bardziej, że tworzący przedstawienie nie dają rozwiązań, co najwyżej zimne ognie. W końcu jakie czasy, taki Prometeusz.
BIS AGH, 21 lutego 2025
Link: https://bis.agh.edu.pl/tpost/ut8e2lybe1-hej-siri-co-byo-na-pocztku
Jeśli jakieś słowo (na przykład własne imię) powtórzymy kilka albo kilkanaście razy z rzędu, czasem udaje się oddzielić jego brzmienie od znaczenia. Można wtedy badać ten dziwny zlepek dźwięków (Zosia-Zosia-Zosia-Zosia-Zosia-zosia-zosia-zosiazosiazosiazosiazosiazosia z o s i a z o s i a), który tak często słyszymy i wypowiadamy bez zastanowienia, jak coś nieznanego i osobliwego, zewnętrznego.
Podobne odczucie – połączenie znajomości i obcości – towarzyszyły mi podczas spektaklu „Na początku była ciemność i zimne ognie”, który miałam przyjemność zobaczyć wieczorem w trzecią niedzielę lutego w teatrze BARAKAH. Sztuka opowiada (z użyciem bardzo niewielu słów) o doświadczeniach istot, które wyglądają bardzo podobnie do człowieka, a jednak z ich zachowania, sposobu poruszania się i wzajemnych interakcji możemy przypuszczać, że ludźmi jednak nie są. Towarzyszymy im w odkrywaniu rzeczywistości, najpierw tych jej fragmentów, których dosięga światło latarek, potem ich ciał, sposobów ich używania, ich kształtów, ich dotyku, ich zawartości, ich wpływu i reakcji na otoczenie.
Ruchy postaci są robotyczne, brakuje im płynności i swobody. Charakteryzują się wprawdzie pewną przypadkowością, ale nie jest to ludzka niezdarność ani niezdecydowanie, tylko zupełny brak obycia i świadomości jak rzeczywistość powinna funkcjonować. Scenerią wydarzeń jest nieokreślona przestrzeń i niedopowiedziany czas. Wszystko co robią dziwni przybysze – taniec, śmiech, mycie twarzy, zabawa z kotem i jedzenie śniadania, ma w tych okolicznościach odrealniony charakter. Widownia obserwuje swoje własne codzienne życie, ciało i relacje oczami obcego.
Trochę ma się wrażenie, że te pięćdziesiąt minut w sali teatralnej jest jak rozmowa z czatbotem. Doświadczenie może być niby podobne do wymiany wiadomości ze znajomym, ale jednak wciąż wyraźnie czuć, że maszynie potrzebne są prawidłowo sformułowane prompty, a jej odpowiedzi nie są zupełnie swobodne. Spektakl zresztą bardzo wyraźnie nawiązuje do spotkań człowieka z technologią. Wydaje się, że chociaż nasze wynalazki potrafią coraz lepiej udawać ludzi, to jednak pomiędzy naśladowaniem a prawdziwym odczuwaniem jest jednak jakaś różnica. Nawet jeśli zarówno nam i czatowi GPT może być trudno powiedzieć, na czym dokładnie ma ona polegać, co to w ogóle znaczy być człowiekiem, albo nawet żywą istotą, jak rozumieć emocje i które z nich odczuwamy w tym dokładnie momencie.
Wyszłam ze spektaklu z poczuciem, że chociaż rzeczywistość na co dzień może wydawać się rozpoznana i oswojona, to między mną a dziwaczną obcością nie ma nawet kurtyny, tylko kilka niewysokich schodków. Osobliwości można doświadczyć bardzo łatwo: przyjrzeć się wnętrzu dłoni w dużym powiększeniu; minąć się z człowiekiem ubranym w nieoczekiwany sposób; wypowiedzieć dwanaście razy imię drugiej osoby albo wybrać się do teatru i spróbować zrozumieć, jaką wizję świata pokazują nam artyści (albo nawet nie rozumieć, ale zbliżyć się do innej jakości odczuwania). Wizja, która rozpoczyna się od ciemności i zimnych ogni próbuje zwracać uwagę na te aspekty istnienia, których być może sami nie zauważylibyśmy pod cienką warstewką swojskości, która pokrywa rzeczywistość i sprawia, że wydaje się ona całkiem znajoma i zrozumiała. Na pytania, które można zadawać, ale nie należy spodziewać się jednoznacznych odpowiedzi.
Teatralna Kicia, 6 czerwca 2025
Link: https://teatralna-kicia.tumblr.com/post/785610553586581504/napocz%C4%85tku-by%C5%82a-ciemno%C5%9B%C4%87-i-zimne-ognie-teatr
Na Ziemi z kosmicznej czerni i niebytu pojawiają się nagle nieznajomi ONI – istoty rozumne, bardzo odmienne od tego, jacy jesteśmy my, ale równie ciekawi nas, jak my ich. Pomysł zaczerpnięty z tekstów Lema opowiadający o zetknięciu się z nieznanym i obcym jest sam w sobie dosyć wyświechtany, więc istotną kwestią jest pytanie: co z tym zrobią osoby stojące za „Na początku była ciemność i zimne ognie”?
Mamy do czynienia z teatrem choreograficznym, niemalże teatrem tańca, gdzie przy minimalnej ilości słów trzy performerki starają się skonstruować na scenie koherentną opowieść za pomocą jedynie swoich ciał. Od samego początku jasno możemy określić, że będziemy obserwować świat z perspektywy obcych – przybyszów z Matplanety. Daje to pole do popisu, do skonturowania historii oraz badania, co tak naprawdę znaczy być człowiekiem i co definiuje nas jako ludzi. Kosmici zdają się podglądać codzienne czynności ludzi i na bazie tego zrekonstruować sobie jak wygląda życie jednostek. Widać to na przykład w sekwencji, gdzie przybysze starają się przytulić i testują jak zrobić to odpowiednio; ewidentnie jednak mamy do czynienia ze swoistego rodzaju mimikrą – nie wiedzą, co robią, jedynie tworzą lustrzane odbicie ruchów bez świadomości stojącej za tym intencji. Starają się zebrać dane o ludzkich zwyczajach i słabościach, ale jednocześnie nie są w stanie wychwycić esencji tego, co ludzkie – nazwijmy to na potrzeby tego tekstu iskrą, żeby uniknąć nadużywania słowa “dusza” i wszelkich jej konotacji w kontekście chrześcijańskim, bo to nie jest sedno tego tematu.
Zdaje się, że wszystkie rytuały, jakie dane jest nam obserwować na scenie, to jedynie bezsensowna, cykliczna seria powtórzeń bez większego znaczenia, jeśli wyrwiemy kontekst, w jakim znajdują się one oryginalnie – mimo najszczerszych chęci zrozumienia oraz nauczenia się tego, jak być człowiekiem, ta próba jest skazana na porażkę. Bez kontekstu i bez emocji nie jest się w stanie zrozumieć tego, jak być prawdziwym ziemianinem i w takiej ramie interpretacyjnej głównie patrzę na ten spektakl. Jest to według mnie swoista gloryfikacja tego, jak wspaniale nudne i nieekscytujące jest życie człowieka. Jak składa się na nie seria powtarzanych do znudzenia elementów, które dzięki odmiennemu kontekstowi i za każdym razem zmiennej emocji, mogą prowadzić do innych doznań. Wspaniale nudno być człowiekiem i to też może być ekscytujące. W trakcie pojawiają się też pytania o ewolucję człowieka i to, jak zmienny jest; czy kiedyś dotrzemy w rozwoju do tego poziomu jaki reprezentują obcy i czy wtedy też będziemy próbowali karykaturalnie i bezskutecznie powrócić do bazowej matni człowieczeństwa?Próba odtworzenia samej formy bez iskry prowadzić może do finalnego rozczarowania i samozagłady.
Performerki na scenie dobrze sobie radzą z wymagającą choreografią, zwłaszcza Ada Kazimierz – wyjątkowo plastyczna twarz, przyjemnie było oglądać ją na scenie, zrobiła mega wrażenie w sekwencji polegającej na próbie odtworzenia śpiewu operowego. Niemniej cała trojka bezbłędnie i bez zadyszki realizuje swoje założenia, nie sposób oderwać oczu, bo też nie wiadomo co następnego nas czeka.
Jednocześnie czuję się w obowiązku wspomnieć o tym, że w sumie dobrze, że przedstawienie trwa niecałą godzinę, bo forma – mimo tego, że ciekawa – na dłuższą metę byłaby męcząca. Twórczynie dobrze wyważyły sytuację i nie przeciągnęły spektaklu, za co im chwała. Dodatkowym atutem była bardzo dobra muzyka Michała Smajdora, mocno wibracyjna, przenikająca, ciekawie łącząca się z wizualizacjami i fantastycznie współgrająca z aktorkami i choreografią.
“Na początku była ciemność i zimne ognie” było ciekawym doświadczeniem performatywnym, które bazowało mocno na futurystycznym koncepcie Lemowskich historii, a w połączeniu z pasującymi do siebie elementami muzyki i wizualizacji pozwalało swobodnie płynąć przez calutki przebieg spektaklu. Nie jest to może rzecz rewolucyjna, ale dająca sporą przyjemność w obcowaniu z nią. Spory cieplutki uśmiech z mojej strony dla twórców, proszę zabrać mnie w kosmos, żebym mógł uciec od problemów i mojego żałosnego życia.
Post na Facebooku Pestka Festiwal, 30 kwietnia 2026
Link: https://www.facebook.com/share/p/1TeUEtVZJo/
Niezwykła opowieść ruchem
Wynurzają się z dymu, oblane złotym światłem. Nagle, z lewej kulisy. Jeszcze nie za bardzo wiadomo, ile ich jest i kim są. Swoim nieoczywistym wyglądem (zaczesane włosy i odsłonięte, pokryte srebrną farbą piersi) przypominają postaci z „Avatara” (reż. James Cameron, 2009). Wkraczają na pustą scenę, ale na horyzoncie nad nimi jest ekran, na którym nie ma spokoju: drobiny w różnych kolorach nieustannie rozpraszają się i łączą, przyjmując różne kształty (wizualizacje, światło, scenografia: Jakub Kotynia). Tak jakbyśmy oglądali puszczony w przyspieszonym tempie przekaz z satelit: seans tworzenia się w kosmosie nowych światów, które jednak nie są trwałe. Mają też pewną skończoną możliwość: kolejny powstaje z tego, co znajduje się w obrębie ekranu. Przypomina to działanie sztucznej inteligencji, która wszelkie treści tworzy z przetworzenia tego, co zbierze z globalnej sieci.
Jednak uwagę przyciągają artystki, które czarują ruchem (Jori Gegula, Ada Kazimierz, Martyna Dyląg). Żywe istoty, które są zjawiskowe. Wyglądają jak przybysze z innego świata. Można odnieść wrażenie, że to kim się staną, zależy tylko od nich. Przyjmują różne formy, będąc także wciąż w ruchu, a choreografia opowiada o materii, która rodzi materię, a możliwości ma wręcz nieskończone. Materia żywych istot to także zbiór atomów: ale te osiągając pewną formę już jej nie przekształcają.
Człowiek też powstaje w wyniku połączenia: metaforycznej iskry, intensywnych emocji, fizycznego zespolenia. Jego osobowość kształtuje się, a wszystkie atomy razem tworzą spójną, autentyczną postać. Ale to trwa. Co istotne: słowo jest w tym spektaklu na drugim miejscu. Najpierw czujesz, potem to nazywasz. Więcej jest przeczuć, intuicji, obserwacji. Natomiast puenta może wskazywać na to, że niezależnie od tego, jak bardzo żywa będzie o siebie dbać: koniec jest przewidywalny.
Spektakl „Na początku była ciemność i zimne ognie” JAM Collective/ Teatr Barakah to fascynująca opowieść snuta głównie za pomocą ruchu, która zostawia z pytaniami: Czy my siebie tworzymy czy coś nas tworzy? Na ile można mieć na to wpływ? Czy język jest bardziej precyzyjny od gestów i spojrzeń? Jak się czujesz? Czy czujesz?
Post na Facebooku Pestka Festiwal, 30 kwietnia 2026
Link: https://www.facebook.com/share/p/17NEi3LtKy/
„Na początku była ciemność, zszedłem na świat.
Gdzie byłem, wie tylko ten, kto był ze mną.
A kto był ze mną?…” — Modmuzart
Czy istniejemy naprawdę, czy tylko odtwarzamy życie?
Co jeszcze może nas zaskoczyć?
Spektakl „Na początku była ciemność i zimne ognie” w reż. Adrianny Kazimierz, Martyny Dyląg i Joriego Geruli (JAM Collective / Teatr BARAKAH) jest doświadczeniem bardziej niż opowieścią. Momentami trudnym, nieoczywistym, zostawiającym widza bez punktu zaczepienia.
Inspiracje twórczością Stanisław Lem, szczególnie „Dzienniki gwiazdowe”, wybrzmiewają tu nie w fabule, ale w pytaniach — o świadomość, obecność i granice człowieczeństwa.
Najważniejsze jest ciało. Nie kostium, nie dekoracja — tylko ruch. Zwinny, napięty, czasem jakby nie do końca „ludzki”. Światło nie tyle oświetla, co wydobywa — fragmenty, mięśnie, napięcia. Resztę pochłania mrok.
Powtarzalność gestów i ich momentami mechaniczny charakter sprawiają wrażenie, jakby ciała uczyły się siebie od nowa. Jakby należały do kogoś, kto zapomniał, czym jest bycie człowiekiem.
Muzyka utrzymuje wszystko w rytmie przypominającym trans. A może to nie scena jest w transie, tylko my na co dzień? Powtarzalni, trochę automatyczni, coraz częściej wspierani przez technologię. Ile nas zostaje w nas samych?
To przedstawienie nie zamyka się w interpretacji. Zostawia widza w środku — w pół drogi między rozpoznaniem a zagubieniem.
I może właśnie dlatego działa.
Choreografia, muzyka i światło tworzą spójny, hipnotyzujący świat, który nie tyle opowiada, co zatrzymuje. I zmusza, żeby choć na chwilę sprawdzić, dokąd właściwie zmierzamy.
Post na Facebooku Pestka Festiwal, 30 kwietnia 2026
Link: https://www.facebook.com/share/p/17GVzEv5az/
Ciało, które nie nadąża za narracją
Na widowni pojawiają się oni – obserwatorzy. Patrzą. Analizują. Oceniają. Wchodzą, wychodzą. Chcą lub nie chcą zrozumieć. Na scenie przedstawiciele obcego gatunku próbują zaś rozłożyć człowieka na czynniki pierwsze. Zbadać jego istotę tak, jak opisuje się mechanizm. A wszystko to raz wprawione w ruch, wydaje się już nie do zatrzymania.
JAM Collective w spektaklu „Na początku była ciemność i zimne ognie”, łącząc solidną, industrialną muzykę oraz angażujący widza ruch sceniczny, sięgnęli po jeden z najbardziej nośnych, a zarazem ryzykownych tematów ostatnich lat – granicę między człowiekiem a tym, co od niego różne.
Nie lada wyzwaniem było opowiedzieć o tak złożonym temacie niemal bez słów. Nie była to jednak jedynie historia o tym, czy jako gatunek jesteśmy w stanie stworzyć coś doskonalszego od nas samych – i kim wtedy dla tego „czegoś” będziemy. Spektakl inspirowany twórczością Lema przesunął punkt ciężkości: przewrotnie zapytał, czy to raczej my sami nie zaczęliśmy produkować własnej obcości – w świecie, w którym wiele można opisać, zmodelować, wyjaśnić – ale coraz trudniej to przeżyć. Pojawiająca się w spektaklu figura serca – na pozór naiwna – nie jest na szczęście prostą odpowiedzią na skomplikowane pytanie. Przywodzi raczej na myśl dobrze znaną z popkultury postać Blaszanego Drwala z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”– który wierzy, że nie ma serca, a więc nie potrafi czuć – w związku z czym szuka potwierdzenia u zewnętrznego autorytetu. Chce, żeby ktoś mu to serce przyznał, nazwał, zalegalizował. Drwal jednak przez cały czas czuje – reaguje, współodczuwa, przejmuje się losem innych. Jego tragedia nie polega na braku zdolności (braku serca), lecz na błędnej narracji o sobie. Jest kimś, kto działa jak człowiek, choć myśli o sobie jak o maszynie. I może właśnie w tym miejscu spektakl dotyka czegoś najbardziej niepokojącego. Bo nie pyta tylko o to, czy maszyny mogą stać się ludzkie. Pyta raczej, czy ludzie nie zaczynają zachowywać się w sposób, który odbiera im dostęp do własnego człowieczeństwa. Czy nie jesteśmy coraz bliżej sytuacji, w której – niczym Blaszany Drwal – będziemy potrzebowali zewnętrznej legitymizacji tego, że (i co) czujemy?
„Na początku była ciemność i zimne ognie” to więc nie tylko opowieść o technologii, lecz o pęknięciu między ciałem a narracją. Nie chodzi jednak o to, by wrócić do czucia jako jedynego punktu odniesienia czy odrzucić wszelkie narracje. Problem rodzi się wtedy, gdy jedno i drugie przestaje być nasze – gdy to, co czujemy, oraz to, jak o tym opowiadamy, zaczyna być przejmowane przez gotowe schematy i cudze interpretacje.
Post na Facebooku, 12 grudnia 2024
Link: https://www.facebook.com/share/p/14Tyk1AGin/
Teatr Barakah jak zawsze zaskakuje. Wychodzisz ze spektaklu oszołomiony, czasem pełen buntu, niekiedy wzruszenia… Wychodzisz niosąc emocjonalną pigułę pełną uczuć, z którymi nie wiesz co zrobić. Nie tego oczekiwałeś?!… Tak było po spektaklu „Na początku była ciemność i zimne ognie”, który – jak zapowiada program teatru – inspirowany twórczością Stanisława Lema miał zabrać widza w wymyślony przez pisarza świat. I przeniósł mnie w wykreowaną wyobraźnią twórczyń i wykonawczyń – Martyna Dyląg (laureatka Stypendium Twórczego Miasta Krakowa 2024), Jori Gerula, Ada Kazimierz i Anna Puzio – przestrzeń, w której słowo zostało niemal wyeliminowane, wypełnioną ruchem, gestem i iście kosmiczną muzyką Michała Smajdora. Niezwykłość kostiumów – dzieło Joanny Zemanek – oraz nieoczywista scenografia uzupełniana projekcjami wideo i wyczarowywaną światłami rzeczywistość (Kuba Kotynia) nie pomogą widzowi w odnalezieniu się ani w czasie ani przestrzeni. Akcja może rozgrywać się zarówno w odległej przeszłości, gdy przybyła z Kosmosu cywilizacja podaje Prometeuszowi ogień symbolizowany sztucznym ogniem. Może to być też odległa przyszłość, gdy świat po zagładzie nawiedzają przybysze z innej planety… W końcu to, co działo się na scenie Teatru Barakah mogło zaistnieć gdzieś w Kosmosie, na odległej planecie, na której zakiełkowała nowa cywilizacja, rozmnażająca się z „kosmicznej brei”, galarety wypełzającej z kosmicznego oceanu nicości. Po upostaciowieniu organizmy pięknieją, uczą się i poznają siebie, dobywając z obcowania uczucia i emocje – dobre i złe – znane przecież człowiekowi. Te złe, choćby zachłanność i przesyt, prowadzą na drogę ku samozagładzie. Przed końcem zawsze jest chaos…
Pięknie i fascynująco wytańczony spektakl z jednej strony uskrzydla, pobudza wyobraźnię. Może niektórzy sięgną ponownie, lub po raz pierwszy, po książki Stanisława Lema? Z drugiej napawa lękiem przed tym co może nas, naszą cywilizacje czekać. Przybyłe z Kosmosu postaci wydają się obserwować ludzkość i wzorować się na niej w niezwykle szybkim tempie… Jakby czas dostał przyspieszenia. Piękny, dynamiczny, wręcz kosmiczny, spektakl, który wpisuje się w śmiało rozszerzającą się baletową przestrzeń Krakowa, wyczarowany na niewielkiej przecież scenie Teatru Barakah, dla twórczyń był zapewne nie lada wyzwaniem. Piękno, nawet jeśli nie do końca optymistyczne, zawsze zwycięża!