Teatr Dla Wszystkich, 27 listopada 2021
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/tylko-milosc-nas-ocali/
26 listopada 2021 roku Teatr Barakah zaprezentował swoją najnowszą premierę – „Przełamując fale” w reżyserii Any Nowickiej według scenariusza Larsa von Triera. Nie da się uniknąć porównań z kultowym wręcz filmem o tym samym tytule, wszak oba dzieła opowiadają tę samą historię. Lecz nieco innymi językami.
Spektakl przedstawia losy Bess McNeill (Monika Kufel), młodej i naiwnej dziewczyny szalenie zakochanej w starszym od siebie i bardziej doświadczonym Janie (Rafał Kozok). Para, mimo głosów sprzeciwu, dość szybko decyduje się na ślub. Jan zmuszony jest jednak wyjechać do pracy na platformę wiertniczą, gdzie ulega wypadkowi, wskutek którego zostaje sparaliżowany. I tutaj porządek ich związku zostaje prawdziwie zachwiany, ponieważ relacja małżonków bardzo mocno opierała się dotychczas na fizyczności. Jan prosi więc Bess, by ta kochała się z innymi mężczyznami i potem opowiadała mu o tych zbliżeniach, co ma stać się namiastką ich intymności. Kobieta, z początku oburzona i niechętna, chce jednak spełnić wolę swojego męża i powoli zatraca się w namiętności, co prowadzi do jej zguby.
Przedstawienie koncentruje się na uwikłaniu Bess we własną kobiecość oraz we własny fanatyzm religijny. Jest przekonana, że Bóg stale ją obserwuje i karze. Kobieta podlega też ciągłemu osądowi konserwatywnego społeczeństwa, w którym funkcjonuje. Każdy jej najmniejszy krok, nawet ten nieświadomy, jest oceniany i może mieć katastrofalne konsekwencje. Wyznaje też patriarchalną zasadę o bezrefleksyjnej posłuszności i uległości wobec swojego męża. Spija z jego ust każde słowo, robi wszystko, o co Jan ją prosi, jej miłość jest toksycznie bezwarunkowa. Chcąc służyć jednocześnie Bogu oraz Janowi, postać Bess doznaje dysonansu, gdyż obie te kwestie całkowicie sobie przeczą w momencie, gdy Jan daje jej przyzwolenie na zdradę. Jest więc uwięziona w klatce swoich własnych przekonań i wartości, przez co jest niesamodzielna, samotna i nie umie sobie poradzić z zastaną sytuacją.
Te ograniczenia symbolicznie wyrażają się w głównej decyzji scenograficznej, jaką jest umiejscowienie na środku sceny okręgu z płatków czerwonych róż. Bess sama go usypuje (jakież to wymowne!), gdy widzowie wchodzą na salę. W jednej z pierwszych scen rozmawiając z Janem ma płatki na oczach, co sugeruje zaślepienie miłością, bycie w pułapce własnych uczuć. Płatki róż mogą nawiązywać także do obrazu „American Beauty” Sama Mendesa, a więc filmu mówiącego o bardzo patriarchalnej relacji dorosłego mężczyzny z nieletnią cheerleaderką. Wnioski nasuwają się same.
Samo społeczeństwo też pełni w spektaklu ważną rolę. Pozostali aktorzy bardziej performują niż tworzą aktorskie kreacje dramatyczne, prawdopodobnie po to, by zasugerować stereotypowość swoich postaci. Spektakl Nowickiej jest też bardzo ruchowy, co jest w kontekście tego tematu znaczące, ponieważ choreografia Piotra Mateusza Wacha jest mechaniczna, robotyczna, tak jakby aktorzy byli wtłoczeni w jakieś sztywne ramy. Współgra to ze skromnymi, zachowawczymi kostiumami, które trochę przypominają mundury, unifikują grupę postaci. Wyłamuje się z tego wszystkiego Bess, która, owszem, z początku tańczy tak jak pozostali, lecz z czasem jej ruchy stają się bardziej organiczne, a wręcz chaotyczne, szczególnie gorączkowa jest choreografia towarzysząca czynnościom seksualnym. Bess jest wówczas w samej bieliźnie, więc sceny te wybrzmiewają tym bardziej.
Mimo tego, że przedstawienie cechuje silny offowy sznyt, losy Bess McNeill opowiedziane zostają w sposób uporządkowany od początku do końca, zrezygnowano z postdramatycznych “fikołków”. O ile w filmie von Triera widz podąża za główną bohaterką, jest do niej niejako „przyklejony”, tym samym przyjmuje jej perspektywę, tak w spektaklu Any Nowickiej można obiektywnie spojrzeć na przedstawione wydarzenia. Ani przez moment publika nie ulega iluzji wielkiej miłości. Od początku wiadomo, że coś tu jest nie tak, że kobieta jest traktowana instrumentalnie, a mężczyzna jej właściwie rozkazuje, dynamika ich związku jest bardzo nierówna.
Rozbicie filmu mistrzowsko skrojonego według zasad Dogmy 95 wydaje się dość szalonym pomysłem, ale tutaj zdaje swój egzamin, bo medium teatru pozwala na wprowadzanie nowych sensów. Reżyserka zrezygnowała z bardzo konkretnego kontekstu, w jakim osadzony jest film. „Przełamując fale” von Triera dzieje się na szkockiej wyspie w latach 70., a dominującą tam religią jest protestantyzm, dokładniej kalwinizm.
Spektakl Nowickiej poszukuje uniwersalizmu. Nie wiadomo, gdzie ma miejsce akcja oraz o jaki czas historyczny dokładnie chodzi. Mimo kilku sygnałów, jak np. scena czytania psalmu czy nowoczesna muzyka elektroniczna, przedstawienie unika jakichkolwiek konkretów. To klasyczne uwspółcześnienie poprzez „włożenie” tekstu w nieokreśloną przestrzeń sceniczną zdaje się sugerować, że wydarzenia te mogą dziać się zawsze i wszędzie, co z kolei odnosi się do patriarchalnego charakteru świata przeszłości, teraźniejszości i być może przyszłości.
Inscenizacja dostarcza więcej pytań niż odpowiedzi; pytań o poświęcenie, wiarę, a co najważniejsze – istotę miłości. Na ile Bess szczerze kochała Jana, a na ile była do tego nieświadomie zmanipulowana przez społeczeństwo, które za główny i jedyny cel kobiety uważa zostanie żoną? A czy Jan kochał Bess? Czy emocja, jaką czuje, gdy dochodzi do tragedii to żal, skrucha czy po prostu strach przed konsekwencjami?
W ogólnym rozrachunku przeniesienie filmu von Triera na deski teatru sprawia, że tekst coś traci, ale też coś zyskuje. Nowicka skondensowała „Przełamując fale” w godzinny spektakl, stanowiący ruchowo-elektroniczną impresję na temat bycia w społecznym potrzasku oraz wyzwalający refleksję o tym, że mimo upływu lat utarte schematy pozostają. I bolą coraz bardziej.
UJOT FM, 15 grudnia 2021
Link: https://ujot.fm/recenzja-spektaklu-przelamujac-fale-z-teatru-barakah/
Teatr Barakah w tym sezonie, poza uwielbianymi przez widzów spektaklami, przychodzi do nas ze świeżutkimi premierami. Jedną z nich jest „Przełamując fale” w reżyserii Any Nowickiej, opowiadająca historię znaną z filmowego scenariusza Larsa von Triera o tym samym tytule.
Treść ponad dwu i półgodzinnego filmu na deskach Teatru Barakah rozgrywa się w zaledwie godzinę co – biorąc pod uwagę intensywność odczuć związanych z jej odbiorem – wydaje się czasem całkowicie wystarczającym. Choć pozostaje lekki niedosyt… czego? O tym później.
Spektakl zapoznaje widza z historią młodej Bess McNeill: wychowana w zamkniętej społeczności, szaleńczo opętana miłością kobieta pragnie poślubić Jana – mężczyznę „z zewnątrz”. Po ślubie mąż Bess wyjeżdża do pracy na platformę wiertniczą, a w wyniku wypadku ulega prawie całkowitemu paraliżowi. W domu prosi żonę o uprawianie seksu z innymi mężczyznami i późniejsze relacjonowanie mu owych zbliżeń.
Śledzenie zachowań Bess, w którą wciela się Monika Kufel, wywołuje u odbiorcy kołowrót emocji. Głęboko wierząca kobieta staje przed trudnym wyborem: pozostać wierną Bogu czy mężowi (Rafał Kozok), który namawia ją do zdrady? Do tego dochodzą: postać Pastora – (granego przez Piotra Mateusza Wacha, który odpowiada również za choreografię) – wywierającego na nią presję związaną z przynależnością do społeczności; Dodo (Anna Rokita) początkowo wspierająca główną bohaterkę, później również ją potępiająca czy doktor Richardson (Grzegorz Grabowski) także mieszający jej w głowie.
„Przełamując fale” doskonale utrzymuje uwagę widza wykorzystując m.in.: muzykę towarzysząca spektaklowi na żywo, skomponowaną przez Piotra Korzeniaka – co nadaje także unikalności każdemu pokazowi – oraz mnogość układów choreograficznych. Ciekawym dodatkiem są nagrania zrealizowane w podwodnym studiu fotograficzno-filmowym Villa Wieliczka. Skupienia na grze aktorskiej nie rozprasza również scenografia. Na scenie widzimy jedynie trzy krzesła i krąg z czerwonych płatków róż usypany przez Bess podczas zajmowania miejsc na widowni, a wszystko spowijają wizualizacje fal.
Właśnie! Nie można zapomnieć, że spektakl zaczyna się przy barze we foyer teatru, gdzie Terry (Maciej Charyton) wita przybyłych gości na wieczorze kawalerskim jego serdecznego przyjaciela Jana. Spóźnialscy niech więc uważają, by nie dopytywać punktualnych widzów czy trafili w dobre miejsce.
Sztuka porusza trudną tematykę fanatycznej religijności, zaślepienia miłością, stygmatyzacji oraz podatności na wpływy zewnętrzne, jednak reżyserka nie osadza historii w konkretnym okresie ani miejscu. Nie znamy czasu, w którym rozgrywają się wydarzenia, nie dostajemy informacji gdzie się one toczą, nawet religia wyznawana przez społeczność Bess nie jest nazwana dosłownie. Czy możemy z tego wnioskować, że jest to opowieść uniwersalna i ponadczasowa? Teatr ma skłaniać do refleksji, więc podoba mi się ten brak narzuconego schematu odczytywania symboliki.
Aby dodać łyżkę dziegciu do tej beczki miodu… w trakcie spektaklu wystąpiły drobne problemy techniczne – aktorom od czasu do czasu obsuwały się mikroporty, przez co słyszalne były szumy utrudniające odbiór sztuki. Jednak nie oceniajmy efektu finalnego przez pryzmat złośliwości rzeczy martwych.
Zdecydowanie polecam odwiedzenie Teatru Barakah i przełamywanie fal razem z aktorami.
teatralny.pl, 12 października 2022
Link: https://www.teatralny.pl/artykuly/czy-chcemy-byc-wolni-3623
Przyznam, że mam pewien problem z Przełamując fale Larsa von Triera. Oglądałam ten film w momencie, kiedy pojawił się w polskich kinach, w 1997 roku. Pamiętam, że zrobił wówczas na mnie, podobnie zresztą jak na większości widzek i widzów, ogromne wrażenie. Przełamując fale było pierwszym filmem von Triera, który wywołał takie emocje – dopiero kilka lat później zobaczyliśmy Idiotów czy Dogville. W 2015 roku, przy okazji ponownego wprowadzenia do kin wersji odnowionej cyfrowo, pisano o nim jako o „dziele, na którym wychowało się całe pokolenie miłośników artystycznego kina europejskiego” (Darek Kuźma, kultura.onet.pl). To niewątpliwie prawda, trudno też zaprzeczyć jednemu z internautów, który stwierdza wprost: „Ten film nie bierze jeńców – albo odrzucasz, uciekasz i zapominasz, albo giniesz od kul wystrzelonych przez Larsa”.
Przełamując fale oglądane dwadzieścia pięć lat po premierze budzi we mnie zgoła inne emocje. Owszem, von Trier w niezwykły sposób wykorzystał możliwości kina, budując niepokojącą, zagadkową w gruncie rzeczy historię. Nie mogę zgodzić się jednak z przesłaniem opowieści o poświęceniu kobiety w imię „prawdziwej miłości”, o zawierzeniu swojego losu mężczyźnie, o ofierze. Przełamując fale na krakowskiej scenie Barakah okazało się jednak zupełnie inne od pierwowzoru.
Ana Nowicka zaadaptowała scenariusz, traktując go jak dramat – być może dzięki tej decyzji przedstawienie tylko fabułą przypomina kultowe dzieło Duńczyka. Akcja rozpoczyna się już w teatralnym barze, gdzie dowiadujemy się, że przybyliśmy na wieczór kawalerski Jana (Rafał Kozok), do świętowania zachęca nas jego przyjaciel Terry (Maciej Charyton). Młodzi mężczyźni obserwują siedzące w teatralnym barze kobiety, żartują, Terry droczy się z nieco zestresowanym Janem. Po wejściu do teatralnej sali atmosfera zmienia się jednak dość gwałtownie: nie jesteśmy już na imprezie, ale obserwujemy, jak młoda kobieta – Bess (Monika Kufel) – rozsypuje płatki róż, miękko spadające na podłogę. Dziewczyna porusza się niczym w transie, przyciąga uwagę, bo wyraźnie odstaje od siedzących pod ścianą Dodo (Anna Rokita), Pastora (Piotr Mateusz Wach) i Dra Richardsona (Grzegorz Grabowski). Ta trójka jest dziwnie napięta, jakby przygotowywała się do jakiegoś starcia, konfrontacji. Istotnie, wspólnota, w jakiej żyje Bess, ma zdecydować, czy dziewczyna może wyjść za „obcego”. Kiedy kobieta mówi o swojej miłości do Jana, jej twarz promienieje; dziwny upór wobec zasad społeczności, w której dorastała, budzi nasz podziw. Bess wydaje się niezwykle silna, zdecydowana, pewna swojego uczucia. Tak pewna i zdeterminowana, by uczynić tę miłość wyłącznym sensem własnego istnienia, że nie przyjmuje do wiadomości, że mogłaby rozstać się z mężem choć na chwilę.
Ana Nowicka kondensuje opowieść von Triera – spektakl trwa nieco ponad godzinę. Ogranicza też liczbę postaci do zaledwie sześciu. Podstawowy zabieg adaptacyjny, jakiego dokonała reżyserka, polega jednak na zmianie perspektywy: w filmie podążamy za główną bohaterką, oglądamy zdarzenia z jej punktu widzenia, w spektaklu zaś przyglądamy się kobiecie uwięzionej w świecie, w którym nie należy ujawniać ani swojej euforii, ani rozpaczy. Lars von Trier zastawia na odbiorcę pułapkę, trudno bowiem racjonalnie oceniać zachowanie Bess, jej bezgraniczną uległość, ślepe oddanie. Ana Nowicka obiektywizuje narrację: dziewczyna, owszem, budzi najpierw naszą sympatię, potem możemy szczerze jej współczuć, ale nie tracimy z oczu otaczających ją ludzi i ich postaw, zachowań, decyzji. Dzięki temu możemy dostrzec kruchość i delikatność jednostki, której wrażliwość została ukształtowana przez purytańską wspólnotę. Bess tak bardzo pragnie miłości, że jest zdolna zapłacić każdą cenę, by jej nie stracić. I choć jej otoczenie uważa, że „jest chora na głowę”, my widzimy w niej straumatyzowaną kobietę – zbyt wcześnie straciła swoich bliskich, została zupełnie sama i dlatego tak bezgranicznie ufa mężczyźnie, bo dzięki niemu może poczuć się ważna, wyjątkowa.
Jedynie pierwsza scena krakowskiego spektaklu wydaje się realistyczna – pan młody i drużba zapraszają gości na imprezę. Ale zaraz po wejściu do niewielkiej sali Teatru Barakah stwierdzamy, że opowieść budowana będzie zgoła inaczej. Na projekcji widzimy morze – spokojne albo wzburzone, to ono zdaje się determinować życie mieszkańców wioski, których głównym źródłem utrzymania jest praca na platformach wiertnicznych. Rytm ich życia wyznaczają kolejne wyprawy mężczyzn; niekiedy – jak mąż Dodo – giną albo ulegają wypadkom podczas odwiertów. Kluczową rolę w spektaklu pełni muzyka, to ona wyznacza rytm poruszania się postaci, w niektórych scenach tańczących czy maszerujących w miejscu. Choreografia Piotra Mateusza Wacha podkreśla nie tylko uwięzienie bohaterów w purytańskiej społeczności, ale też niemożność ucieczki od własnych lęków i pragnień. Wszyscy zdają się tłumić prawdziwe emocje, a robotyczny taniec Dodo, Terry’ego, Pastora i Dra Richardsona w zderzeniu z kompulsywnymi ruchami Bess w kolejnych scenach okazuje się metaforą zniewolenia. Tego, które zostaje nam narzucone, i tego, któremu się poddajemy – mniej lub bardziej świadomie.
Przełamując fale Any Nowickiej wybrzmiewa inaczej niż film von Triera. Owszem, nadal istotne okazuje się pytanie o granice poświęcenia „w imię miłości”, ale mnie zainteresowała inna kwestia, moim zdaniem najważniejsza w krakowskim przedstawieniu: na ile zdolni jesteśmy zrezygnować z siebie – swoich emocji, pragnień, namiętności – w zamian za spokojne, choć jałowe życie?
Nowy Napis, 6 stycznia 2023
Link: https://nowynapis.eu/czytelnia/pozycja-wydawnicza/brzytwa-po-oczach-czyliprzelamujac-fale-w-teatrze-barakah
Oczywiście dałam się zaskoczyć, choć założenie było przecież inne – dyskretnie i profesjonalnie miałam w trakcie spektaklu sporządzać notatki, aby wiarygodnie przełamywanie fal zrelacjonować, ba! nawet zrecenzować. Ale zagadana nie zwróciłam uwagi, że kiedy w korytarzu prowadzącym do kawiarni, a później na widownię Teatru Barakah, słychać było śpiew, to oznaczało początek przedstawienia. Oto Terry (Maciej Charyton) dźwięcznym głosem śpiewał, przechadzając się niespiesznie po tych pozascenicznych przestrzeniach teatru. Śpiewał, rozglądał się, uroczo uśmiechał i zapraszał na wieczór kawalerski swojego przyjaciela Jana. Kto by odmówił?!
Co po wieczorze kawalerskim? Prócz kaca…
Gdy zasiadamy na widowni, atmosfera wyraźnie się zmienia, beztroska wieczoru kawalerskiego znika bezpowrotnie, tym samym ujawnia się celowość rozpoczęcia spektaklu od chwytu performatywnego. Tak, bo to nie tylko znana gra z widzami, którzy na chwilę stają się uczestnikami wieczoru kawalerskiego. Ten performans sceniczny (czy raczej przed-sceniczny) w wykonaniu Charytona ma szerszy zasięg znaczeniowy – jako odbiorcy, widzowie, zostajemy wciągnięci, zanurzeni w scenicznym wydarzeniu. To sprawia, że czujemy, odbieramy mocniej – emocjonalnie ryzykowne, lecz warte doświadczenia. Doświadczenia. Nie obejrzenia. A to sceniczne dzianie się zmienia się diametralnie – konwencję zabawy zastępuje inna przestrzeń, niosąca inne znaczenia, ale my już nie możemy się wynurzyć… To scena pokazująca pozostałe osoby dramatu: główną bohaterkę Bess (dojmująco wiarygodna Monika Kufel), jej znajomą Dodo (w tej roli Anna Rokita; warto podjąć refleksję o tym, kim Dodo faktycznie jest i jaka jest, bo że niejednoznaczna, to pewne) i dziwnego, kojarzącego się trochę z przywódcą sekty pastora (Piotr Mateusz Wach, który jest również autorem choreografii). Efektpotęguje muzyka, która nie tyle towarzyszy akcji, co ucieleśnia się w choreografii (gratulacje dla Piotra Korzeniaka!) – dynamicznej, wymagającej od aktorów sporego wysiłku fizycznego i mocnej w swym przekazie. Przyznaję, że dawno nie miałam przyjemności uczestniczyć w spektaklu, w którym synestezyjne oddziaływanie byłoby tak mocne, uzasadnione i kreatywnie pomyślane! Synergia wszystkich elementów jest pierwszym z kluczy do sukcesu tego spektaklu, drugim – gra aktorów. Na szczególne wyróżnienie zasługują wspomniani już wyżej Monika Kufel i Maciej Charyton, którego chyba po raz pierwszy od dawna widziałam w tak ekspresyjnej roli – potwierdziło się tym samym moje wrażenie, że możliwości tego aktora na jego macierzystej scenie nie są do końca wykorzystywane. Autorzy spektaklu wybrali cielesno-performatywny model aktorstwa, co w kontekście pomysłu adaptacyjnego i muzyczności, jako zasady organizującej widowisko, było wyborem nader słusznym.
Zasadnicze elementy fabuły przedstawienia odpowiadają filmowej: Bess wychodzi za mąż za Jana, mężczyznę, który jest spoza zamkniętej społeczności, w której żyje bohaterka. Po jakimś czasie wyjeżdża do pracy na platformę wiertniczą, z żoną kontaktuje się telefonicznie. Kryzys następuje, gdy ulega wypadkowi, a Bess nie tylko zaczyna się za to obwiniać, ale też staje się obiektem przemocy psychicznej ze strony męża.
Powiedz: kutas
Kiedy to się zaczyna? Może już przed wypadkiem? Pierwsze wymuszenie ze strony Jana: „powiedz kutas”, drugie, gdy mówi: „[…] i abyś znalazła sobie mężczyznę, a później, abyś przyszła do mojego łóżka i wszystko mi opowiedziała”. Trzecie, kiedy każe jej uprawiać seks z Terrym, swoim przyjacielem. Bess poddaje się temu, jest dla siebie i raną, i nożem, jak w wierszu Ukrzyżowanie Stanisława Koraba-Brzozowskiego:
Dusza ma, cierniem uwieńczona, Na białym krzyżu twego ciała, Przybita pragnień mych gwoździami, Schyliwszy głowę, z wolna kona.
Erotyzm jest tu ciernisty, seks jest wymuszeniem. Szybko więc nastąpi ukrzyżowanie głównej bohaterki.
„Nienawidzę tego całego realizmu. Marnotrawstwo przestrzeni”
Ten spektakl tylko pozornie rozgrywa się w konwencji realistycznej, na szczęście, bo wtedy twórcy byliby skazani na ściganie się z filmem; tutaj mamy do czynienia z przestrzenią i konwencją symboliczną, w której znaczenia performatywne odgrywają zasadniczą rolę. W ten sposób – posługując się terminologią Eriki Fischer-Lichte – „materialność zastępuje znakowość”.
Dlatego niepomiernie dziwią mnie dotychczasowe recenzje, które bazowały na fabule przedstawienia, jakby jego autorki kroczyły drogą ustanowioną przez Larsa von Triera. Tymczasem te dwa teksty kultury stanowić mogą dzieła wobec siebie komplementarne – film daje możliwość interpretacji „horyzontalnej”[2], bo powiązania poziomu powierzchniowego konkretnych działań bohaterów dokonywanych w konkretnym miejscu aktywują ich sens. Natomiast spektakl wymaga interpretacji „wertykalnej”, w którym poziom powierzchniowy przekładamy na poziom głęboki. Jednocześnie w filmie i przedstawieniu teatralnym obie te metody interpretacyjne uzupełniają się wzajemnie. A mnie osobiście trudno byłoby wybrać, który z tych tekstów kultury przemawia do mnie bardziej, szczególnie że spektakl w reżyserii i adaptacji Any Nowickiej ujmuje swą symboliką.
Synestezja, synergia, symbol
Pierwszy obraz, który jest niejako oczywisty w kontekście tytułu, to woda, morze, fale. Video zrealizowane przez Szymona Budzyna, Monikę Kufel, Anę Nowicką nie jest tylko komplementarne wobec scenicznego dziania się,ono odkrywa przed nami elementy fabuły, które są jednocześnie symbolami, metaforami. Te obrazy towarzyszą widzomniemal przez całe przedstawienie i w tym przypadku zastosowanie dużego ekranu, który wypełnia całą przestrzeń za sceną, ma swe głębokie uzasadnienie. Filmowe obrazy zmieniają się wraz z rozwojem akcji, począwszy od płatków róż (kojarzących się z American Beauty Sama Mendesa), morza, platformy wiertniczej, wiatraków, wreszcie te przedstawiające główną bohaterkę spacerującą, biegającą po plaży i na koniec machającą nam…
Woda obok ziemi w symbolicznej interpretacji kojarzona jest z pierwiastkiem żeńskim. Hegel twierdził, że woda i ziemia reprezentują prawo ciemności, nieświadomości, śmierci i… rodziny[3]. Woda jest też tym żywiołem, który ma zdolność wiecznego odradzania, czego bezpośrednim wyrazem jest jej cyrkulacja: życie i śmierć, rodzenie i wielokrotne umieranie. To rodzi bezpośrednie skojarzenie z Bess, jej nieświadomością i ciemnością, która ją otacza, obmywa, w końcu pochłania. Ile w tym procesie destrukcji powodowanej działaniem Jana i innych ludzi? A ile autodestrukcji bohaterki? Kiedy doktor Richardson mówi jej, że nie rozumie, dlaczego poprzedni specjalista faszerował ją lekami, że przechodziła kryzys normalny dla osoby, która straciła bliskich, a teraz musi zmagać się z traumą związaną z wypadkiem męża, mamy wbrew wszystkiemu nadzieję, że terapia wystarczy, że Bess się odrodzi… Ale później, gdy następuje kolejny kryzys spowodowany przez tego samego lekarza, wiemy, że fale pochłoną bohaterkę.
Paradoksalnie, mimo zastosowania nowoczesnych rozwiązań, ten spektakl całościowo jest w pewnym sensie bardzo tradycyjny – operuje znakiem na scenie, umownością, symboliką, dialogi bohaterów są próbą komunikacji. Jest zamkniętym w około siedemdziesięciu minutach przedstawieniem, w którym mamy zawiązanie akcji (wypadek Jana), jej kulminację (doktor Richardson wyznaje Bess miłość, a odrzucony sugeruje Janowi, że kobieta powinna zostać objęta leczeniem zamkniętym) i rozwiązanie (pogrzeb Bess). Spektakl stawia ważne i trudne pytania: o sposób przeżywania kryzysu psychicznego, o to, jak na takowy kryzys u bliskich reagujemy. Ale także o bliskość, współodczuwanie, seks i wreszcie przemoc psychiczną. Te pytania, jak brzytwa kaleczą, ranią i w rezultacie dają szansę na katharsis.
W finale po raz drugi słyszymy z ust pastora: „Byłaś grzesznicą, trafiasz do piekła”. Tylko tym razem Terry nie reaguje już ironicznym śmiechem… Główna bohaterka zmarła, ale czy poniosła klęskę? Tego wcale pewna nie jestem. Natomiast mam przekonanie, że zwycięstwo odnieśli Twórcy tego spektaklu! Oto okazało się, że można dokonać adaptacji długiego, trudnego, wieloaspektowego filmu (czy raczej jego scenariusza), nie powielając go, a właściwie idąc w poprzek poetyki zaproponowanej przez Larsa von Triera! Już samo to zasługuje na oklaski, a jeśli dodać do tego operowanie poetyką symbolu, synestezyjnością, czy wręcz synergią między scenicznym wysiłkiem aktorów, muzyką, obrazem, to uzyskujemy kompletne dzieło teatralne, które zobaczyć trzeba. Niezależnie od tego, że przestrzenne niedostatki mogą odrobinę utrudniać odbiór przedstawienia. I niezależnie, czy widziało się film, czy zasady Dogmy komuś odpowiadają czy nie. Ten spektakl silnie narzuca nam performatywne przekształcanie przestrzeni, kryzys i jej przekroczenie. Przełamując przestrzeń, przełamując mimesis.
muzycznykrakow.eu, 2 grudnia 2021
Link: https://muzyczny-krakow.eu/ile-mozemy-zniesc-w-imie-milosci-czyli-najnowszapremiera-w-teatrze-barakah/
eden z najbardziej poruszających filmów Larsa von Triera – Przełamując fale, postanowiła przenieść na scenę Teatru Barakah, Ana Nowicka.
Swoim spektaklem reżyserka zadaje pytania o granice człowieczeństwa i ile jesteśmy w stanie poświęcić dla ukochanej osoby. Przełamując fale to opowieść o poszukiwaniu sensu w świecie, którego działania nie do końca rozumiemy, a jednak mu się podporządkowujemy. To historia o wyrażaniu zgody na cierpienie w imię wartości, w które wierzymy.
Film, Larsa von Triera, na podstawie, którego powstał najnowszy spektakl w Teatrze Barakah, to bogata w autentyczne emocje i prowokująca trudne życiowe refleksje opowieść o problemach ślepej wiary, ułomności ludzkiej natury i prawdziwej miłości doprowadzającej do szaleństwa.
Spektakl ukazuje historię żyjącej w hermetycznej protestanckiej społeczności naiwnej dziewczyny z problemami psychicznymi, Bess (Monika Kufel), która zakochuje się w hardym, jednak niezwykle pozytywnym i pełnym pozytywnej energii pracowniku platformy wiertniczej. Oddaje mu się CAŁKOWIECIE.
Młodzi bardzo szybko decydują się na ślub w przekonaniu, że będą żyć „długo i szczęśliwie”. Jednak ich szczęście i pewna stabilizacja emocjonalna, która w końcu ogarnia Bess, nie trwa długo. Jej mąż Jan (Rafał Kozok) ulega wypadkowi w pracy, w efekcie którego zostaje sparaliżowany od szyi w dół.
W uczuciach żony do niego nic się nie zmienia, kocha go chyba nawet bardziej niż przed wypadkiem. Jan wykorzystuje to jednak, w bardzo perwersyjny sposób, nakłaniając ją do kochania się z innymi mężczyznami i zdawania mu z tego relacji. Bess kocha go ponad życie, dosłownie i w przenośni, robi więc wszystko, żeby choć trochę pomóc cierpiącemu mężowi. Wierzy jednocześnie, że Bóg wysłucha jej modlitw i przywróci ukochanemu władzę w rękach i nogach, i wleje z powrotem nadzieję w jego serce.
Postać Bess wydaje się rzeczywiście szalona, w tym sensie, że zupełnie nie pasuje do tego świata; nie myśli o sobie, lecz przedkłada swoje uczucie i wiarę w dobro nad wszystko inne. Monika Kufel doskonale doskonale obrazuje Bess jako osobę nierzeczywistą, wyidealizowaną, która w „normalnym” świecie nie znalazłaby swojego miejsca, ale perfidnie kontrastuje jej „niebiańską” dobroć z dojmującą, chłodną, ponurą rzeczywistością ubranych na brązowo ludzi ortodoksyjnej.
Spektakl niezwykle wymagający nie tylko psychicznie, ale i fizycznie od aktorów. Bardzo wiele scen ruchowych miało na celu pokazanie ogromnego wysiłku i idące za tym zmęczenie, które towarzyszy nie tylko Bess, ale całej protestanckiej społeczności. Chaos i niepokój potęguje również niszowa muzyka autorstwa Piotra Korzeniaka.
Całość przedstawienia bardzo spójna. Przyznaję, że miałam pewne obawy idąc do Teatru Barakah, jak reżyserce uda się w ciągu godziny, na jednej scenie przedstawić tak złożoną historię, jednak się udało! Spektakl skłania do życiowego rachunku sumienia i nawet jeśli traci w tym wszystkim fabularną wiarygodność, to nie przestaje ani przez sekundę być realistycznym emocjonalnie. W tych ludzi da się uwierzyć, nie tylko w Bess; w ich zaślepione wielowiekowymi tradycjami decyzje, w ich egzystencjalną szarość, która nie radzi sobie z żadnym przejawem kolorowości, w ich człowieczeństwo, które – jak świat długi i szeroki i jak uczy historia gatunku ludzkiego – zawsze działało destrukcyjnie na to, co czyste, piękne i prawdziwe.
Post na Facebooku, 7 kwietnia 2025
Link: https://www.facebook.com/share/p/1HwAREs7nF/
„Przełamując fale”, to spektakl Teatru Barakah, którego premiera odbyła się w 2021 roku. Zapewne to fascynacja filmem Larsa von Triera o tym samym tytule – nie jedyna zresztą – przeniosła obraz w opracowaniu Vivian Nielsen i tłumaczeniu Małgorzaty Leyko na scenę teatralną w reżyserii Michała Nowickiego. Gdy w kawiarni czekamy na spektakl, nagle wśród widzów pojawiają się Terry (Michał Badeński), który zapowiada wieczór kawalerski Jana (Rafał Kozok). Wyluzowana atmosfera jednak kończy się, gdy wkraczamy do Sali teatralnej… Tam przyszła panna młoda, Bess (Monika Kufel) poddawana jest swoistemu przesłuchaniu, czy „ustawianiu” przez Pastora (Piotr Mateusz Wach) stojącego na czele gminy religijnej. Odczuwalna jest niechęć wobec obcych, do których zaliczamy Jana. Wyraźna jest pretensja do Bess, która jest uważana za „inną”, „głupią”, bo ma swoje zdanie i w miłości do Jana widzi swe przeznaczenie. Jej odmienność powoduje, że jest od stałą opieką lekarską Doktora Richardsona (Krzysztof Cybulski). Bess jest pod stałą kontrolą społeczności. Nadopiekuńczość najbliższej jej powiernicy Dodo (Anna Rokita) bywa irytująca. Jan jest dla niej wszystkim, wręcz Bogiem, dla niego jest w stanie zrobić wszystko. Jej poświęcenie nie jest zwykle. Widać to w obliczu tragedii, jakiej doświadczył Jan… Spektakl wymagający od aktorów niezwykłej formy fizycznej. Ciągły zniewalający ruch (choreografia – Piotr Mateusz Wach), w rytm hipnotyzującej muzyki (Piotr Korzeniak). Uwagę widza przykuwa też scenografia będąca wraz z kostiumami dziełem Moniki Kufel oraz projekcje wideo ukazujące się na dużym ekranie w tle (autorami są Szymon Budzyn, Monika Kufel i Michał Nowicki). Wyszedłem ze spektaklu poruszony i zaniepokojony. Wszak tkwię przecież w różnych uwarunkowaniach społecznych, czy chcę tego czy nie – także religijnych i politycznych. Staram się czuć wolnym, ale czy są i gdzie granice między wolnością a uzależnieniem od otaczających mnie uwarunkowań. Czy przekraczanie tej granicy z jednej strony nie powoduje wykluczania mnie, doprowadzania do stanu rozpaczliwej alienacji? A z drugiej do ubezwłasnowolniania, choćby przez pozorną nadopiekuńczość będącą de facto najpodlejszą kontrolą? Czy nie tkwię w świecie swojego strachu, wikłając się w lękach wypowiadania swych poglądów na jakiekolwiek tematy? By nie zaszkodzić sobie, przyjaciołom? Czy w końcu jest wolność, czy jej nie ma? Czy tylko założony, także przez samego siebie, kaganiec zniewolenia?… Świat nachalnych pozorów stwarzanych przez otaczającą nas rzeczywistość, które sami też tworzymy, wchłania nas bardziej i bardziej… Choć nie jest przecież jeszcze tak źle, dopóki istnieją takie miejsca jak Teatr Barakah!