Teatr dla Wszystkich, 14 listopada 2023
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/ale-to-nie-byl-film/
Lubię kameralną przestrzeń Teatru Barakah, daje wyjątkową bliskość z aktorami, emocje przenikają między nami. Szczególnie w adaptacjach dzieł filmowych jest to odczuwalne, a w tych – chyba już można tak powiedzieć – Teatr Barakah się wyspecjalizował. 12 listopada na scenie stała czarna kanapa, na niej, w pozycji embrionalnej leżała kobieta, z boku perkusja i muzycy w maskach (stylizowani w ten sposób na bohaterów filmu Polańskiego niezawodni Piotr Korzeniak, Paweł Stus), dalej na ścianie duży obraz – instalacja artystyczna Małgorzaty Wielek przedstawiająca na pierwszym planie kobietę i w odrębnym prostokącie, umiejscowionym na jej łonie, nienarodzone dziecko, a wszystko to w dominujących odcieniach różu. Po bokach – lustra pokryte rozbryzgami, najprawdopodobniej krwi, na jednym z nich widoczny zarys kobiecej obręczy biodrowej.
Tym razem artyści wzięli na warsztat Dziecko Rosemary, kultowy film Romana Polańskiego. Co ciekawe – mąż głównej bohaterki jest pisarzem, a przecież Polański film oparł na powieści grozy Ira Levina, opublikowanej po raz pierwszy w 1967 roku. Być może to taka mała gra z tytułem i jednocześnie z widzami. Szczególnie, że to nie jest film, to nie jest wierna książce i filmowi adaptacja (tak też było w przypadku Przełamując fale, Marzycieli, czy Twin Peaks), co wybrzmi niezwykle mocno w ostatniej scenie spektaklu. Kiedy gasną światła, milknie perkusja i cisza swą intensywnością zaraża licznie zgromadzoną publiczność, z offu słychać monolog: To znów się wydarzy. (…) Przecież ze mnie może wyjść tylko śmierć. Biorąc pod uwagę późniejszy monolog Roberta możemy przypuszczać, że kobieta straciła dziecko, a teraz będąc w ciąży, obawia się powtórki tego tragicznego scenariusza.
Tak zaczyna się pierwszy poziom historii, którą opowiadają nam Grzegorz Like (autor scenariusza) i Michał Nowicki (reżyser). To realistyczny obrazek: oto małżeństwo – Rosemary, profesorka literatury (w tej roli niezawodna Monika Kufel) i Robert (Michał Badeński), jej były student, pisarz – nieudacznik, autor jednej książki, wprowadzają się do nowego mieszkania na ekskluzywnym, strzeżonym osiedlu Lux Moderna. To tutaj mają zacząć kolejny etap swego życia i wyraźnie odciąć się od przeszłości. Te pierwsze sceny nie nastrajały optymistycznie, aktorzy byli wyraźnie spięci, bardziej wygłaszali swe kwestie niż grali. To często zdarza się w premierowym secie przedstawienia, na szczęście po chwili to się zmieniło. Gdy głównych bohaterów odwiedzają sąsiedzi zaczyna się robić dziwnie; Agata i Stefan (Aniela Płudowska, Sebastian Oberc) zachowują się raz kulturalnie, raz wyraźnie obcesowo. Zmienne nastroje Roberta pogłębiają się i nie koi ich subtelna jazzowa muzyka, którą on sam lubi, cała trójka szybko osiąga efekt groteskowy, który pogłębiając się przechodzi w psychodelię. Stefan, kreowany na burakowatego szowinistę, manipuluje małżeństwem, robi to sprytnie i sprawnie, a oni, noszący w sobie głęboką traumę, są na to wyjątkowo podatni.
Czas w tej historii nie jest precyzyjnie podany, wiemy, że autorzy przenieśli akcję w czasy współczesne, ale dokładne określenie go na podstawie chociażby wypowiedzi bohaterów jest niemożliwe. Wydarzenia takie, lub podobne, mogą się więc rozgrywać kiedykolwiek, równocześnie w różnych miejscach, wydają się potwierdzać to słowa reżysera o kreowaniu tytułowej bohaterki na everywomen. Rosemary często mówi o pętli, od innych słyszymy, że cały czas jest dzisiaj, lub sześć tygodni później. Czas się zapętla. Fajnym zabiegiem, za pomocą którego przechodzimy też w drugi poziom historii, jest podwojenie – oto na scenie są dwie pary bohaterów w różnych konstelacjach, które wzajemnie się “nie widzą”, to zagęszcza akcję, potęguje psychodeliczny klimat…
Trzeci poziom to rytuał, szatański rytuał, w którym pierwsze skrzypce gra Adrian – Szatan. Początkowo gdy słyszymy jego spokojny, a jednocześnie stanowczy głos, kojarzyć się może z terapeutą, bo w tak charakterystyczny sposób zwraca się do siedzących na kanapie Agaty i Stefana.
Kim jest szatan? Póki słyszymy tylko jego głos (Kacper Kujawa, który kapitalnie sprawdza się w tej roli, siedzi w ostatnim rzędzie widowni) jest prowokatorem, manipulatorem, kiedy zaś schodzi na ziemię – scenę staje się w relacji z Rosemary… ludzki. Być może najbardziej ludzki i empatyczny ze wszystkich, którzy ją otaczają, bo to on jako jedyny pyta, jak się czuje, to on mówi jej, że jest utalentowana i wrażliwa, wreszcie to on mówi, że niepotrzebnie żyje w cieniu męża. Więc jak to jest? Czy to szatan rodem z Bułhakowa, który wiecznie zła pragnąc wiecznie dobro czyni? Może tak jak w Mistrzu i Małgorzacie to ludzie są bardziej “diabelscy”? Szczególnie, że sam reżyser mówi o społeczności Lux Moderny, jako o pajęczynie oplatającej Rosemary i Roberta. Ta zamknięta społeczność wymaga dostosowania, podporządkowania się, zło, którym próbują zarazić łamie Roberta. Odniosłam wrażenie, że – przy wszystkich różnicach – czy to społeczność wsi Lipce, czy Lux Moderny, zasada jest ta sama: mieszkańcy muszą się podporządkować, a każdy, kto jest inny, kto próbuje zachować swą odrębność, zostaje wyrzucony poza jej nawias. Rodzą się więc pytania: czy mamy prawo do samostanowienia o sobie? Czy kobieta, jej ciało, jej ciąża, jest własnością publiczną, społeczną, czy jednak to sfera intymna i prywatna? Jak trauma, w tym przypadku doświadczenie utraty dziecka, wpływa na kobietę, na związek? Można postawić wiele innych pytań, o istotę męskości i kobiecości między innymi. Dlatego warto zobaczyć ten spektakl, odczytać symboliczne znaczenia indywidualnie. Szczególnie, że robi wrażenie, wyprowadza widzów ze strefy komfortu. Monika Kufel w rozmowie z Mateuszem Demskim[1] w Radiu Kraków stwierdziła : Podążamy tropem filmowym (…) Kluczowe jest to, że mamy tytuł “Rosemary”, a nie ‘Dziecko Rosemary’, bo też bardziej jest to wokół Rosemary.
I to ta bohaterka kończy spektakl przejmującym monologiem, zaczynającym się od stwierdzenia ale to nie jest film. Deklaruje tym samym jasno, że tym razem to ona wygrywa – zachowuje prawo do samostanowienia o sobie.
Teatr dla Wszystkich, 21 listopada 2023
Link: https://teatrdlawszystkich.pl/sugestie-i-pokusy-jak-natretne-muchy/
Nie można liczyć na ludzką pomoc.
– William Golding ,,Władca Much’’
Czy można być pewnym, że świat dookoła nas jest taki, jak sobie wyobrażamy? Stanowi odbicie tego, co sami czujemy i widzimy, tylko że w umysłach innych ludzi, czy może jest złudzeniem? W świat delirycznego horroru wprowadza widzów spektakl ,,Rosemary’’ Grzegorza Like na podstawie filmu ,,Dziecko Rosemary’’ Romana Polańskiego. Po raz kolejny w Teatrze Barakah, tym razem w reżyserii Michała Nowickiego, pojawia się inscenizacja tego, co już niektórzy widzowie znają z ekranu. Rok temu pojawił się ,,Twin Peaks: do czerwonych drzwi zapukam’’, a jak przedstawia się tegoroczna propozycja?
Spektakle w Teatrze Barakah słyną z tego, że posiadają bardzo duży ciężar gatunkowy, opowiadając o bardzo trudnych i istotnych zagadnieniach (m.in. Dzieci z dworca Zoo czy Dezerterzy). Tak było i tym razem. W głównej roli występuje Monika Kufel, ukazując postać od pierwszej chwili oddzieloną od rzeczywistości i świata, otoczoną wydarzeniami, na które się nie zgadza, a jednak im się poddaje. Środowisko napiera na bohaterkę rozmaitymi sposobami, jak się okazuje nie bez powodu. Wszystko dzieje się za podszeptem personifikacji zła wyrażonej postacią Kacpra Kujawy. Każdemu pojawieniu się postaci ,,Złego’’ towarzyszy natarczywy dźwięk brzęczącej muchy, zabieg ten, mając zakorzenienie kulturowe (potoczne określenie diabła słowem ,,Belzebub’’, co oznacza ,,władca much’’), jednocześnie wprowadza widza w stan niepokoju na łuku odruchowym – w końcu nikt nie lubi brzęczącej nad uchem muchy czy komara.
Postaci otaczające główną oś wydarzeń, w której bez wątpienia znajduje się tytułowa Rosemary i tajemniczy Adrian, wydają się być sztuczne, groteskowe, jednak zdaje się to być zabiegiem celowym. Ukazuje absolutne podporządkowanie tych bohaterów woli kogoś innego; zachowanie powodowane strachem jest przesadnie naturalne i życzliwe – pod tym płaszczykiem kryje się jednak zdradliwy cel. Dzięki temu postaci kreowane przez Michała Badeńskiego, Anielę Płudowską i Sebastiana Oberca wpisywały się w ogólny obraz przedstawienia.
Zdecydowanie najciekawszą sceną był moment opętania – wspólny ruch, poleganie wzajemnie na swoich ciałach w skonstruowanej choreografii ma w sobie coś z podporządkowania jednej osoby wobec drugiej. W ramach spektaklu wykorzystano również muzykę na żywo (Piotr Korzeniak, Paweł Stus) oraz fragmenty filmu Romana Polańskiego, którego turpistyczny charakter dodatkowo podkreślił wydźwięk spektaklu.
Jest to jedno z tych przedstawień, w którym uczestniczyć nie jest łatwo, czasami ma się ochotę wręcz wyjść, odczuwając zbyt dużo emocji czy momentami wielkie przerażenie, jednak pozostaje ono na długo w pamięci i buduje świadomość w obrębie funkcjonowania toksycznych środowisk.
Teatrologia.pl, 16 listopada 2023
Link: https://teatrologia.pl/recenzje/artur-grabowski-dziecko-i-demony/
Zrobić horror na scenie? I to w dodatku otwarcie szatański albo tylko satanistyczny? Zaiste diablo trudna sztuka! Ryzyko, że autorzy takiego pomysłu popadną w kicz, że wywrócą się na tandetnej podróbce popularnego filmu, jest ogromne. A jednak zespołowi z piwnicy na krakowskim Kazimierzu znowu udało się przekroczyć ramy gatunków i konwencji. Powstał spektakl mądry, angażujący emocje i zmysły, doskonale skomponowany dramatycznie.
Historia zaczerpnięta ze sławnego thrillera Romana Polańskiego o kobiecie, która ma urodzić Antychrysta, jest tu raczej tłem niż kanwą scenariusza, którego autor (Grzegorz Like) umiejętnie gra na naszej pamięci o filmie, ale też na podświadomych lękach, jakie utrwaliły się w nas za sprawą niezliczonych medialnych doniesień o działalności satanistycznych sekt. Pomysł nader trafny w swojej prostocie, bo właśnie niejasność informacji, niepewność w ich ocenie i wyparcie głęboko zakorzenionych lęków tworzy podłoże mitu, który mimowolnie włada naszymi wyobrażeniami o świecie. Wedle sprawdzonej Arystotelesowskiej recepty mit dominuje tu nad charakterami, tworzy fatalistyczne koryto dla strumienia wydarzeń, zarazem banalnych i niezwykłych. I nic to, że jesteśmy racjonalni i sceptyczni, że wierzymy we własną niewiarę w jakiekolwiek paranormalne zjawiska. Wyraźnie wyczuwalny fundament mitu powoduje, że czujemy się złapani w pułapkę dramaturgii, która potencjalnie czyha na każdego. Więcej nawet wygląda na to, że im bardziej zwyczajną prowadzimy egzystencję, tym bardziej narażeni jesteśmy na nieuwagę, która może mieć fatalne skutki. Najpewniej przecież przestraszymy się wtedy, kiedy pozornie nic nam nie zagraża, a otoczenie wydaje się przyjazne. Wówczas drobne pęknięcie w pokrywie rutyny skutkuje paniką, że zaraz rozpadnie się nasza mała stabilizacja. Chodzi nie tylko o utratę komfortu, chodzi o instynktowne pragnienie posiadania punktów oparcia. A tak właśnie dzieje się w świecie pozbawionym ładu, w przestrzeni doraźnej umowy społecznej. Kiedy konstrukcję naszych interpretacji ustalimy arbitralnie, to będzie ona zaledwie chwilowa i relatywna, więc prędzej czy później ujawni swoją nietrwałość. Ale przecież umowa to umowa, prawo i obyczaje gwarantuje nam nowoczesna cywilizacja. Czego tu się bać? No, czego? Pytanie, pozostając bez odpowiedzi, potwierdza swoją zasadność. I tak niezdolność rozpoznania źródła lęków przekształca się w motor napędowy strachu. Jesteśmy zakłamani, bo jesteśmy zalęknieni? Boimy się tego, co nie mieści się w głowie, bo nasza głowa oddzieliła się od ciała, a nasz poukładany rozsądek odciął nas od zakorzenionych intuicji. Lęk rodzi się w nas z ciemnego wnętrza, wydobywa się z drżących trzewi i z napiętych mięśni, bo to tej właśnie części siebie nie umiemy opanować umysłem. Umysł zaś, logicznym trybem pracujący, zwykliśmy uznawać za przewodnika. Kiedy ten zawodzi, kiedy władzę nad rozumnym przejmuje niezrozumiałe, budzą się demony.
Konwencja horroru opiera się na tej samej zasadzie, co konwencja… komedii. Zostajemy wytrąceni z „normalności”, czyli z ustalonej i bezkrytycznie przyjętej, więc bezpiecznie przewidywalnej wizji świata. Nagle coś idzie nie tak jak zwykle, ludzie zachowują się dziwnie, materia i psychika zdają się podążać w nieoczekiwanych kierunkach. Analiza i dedukcja nie mogą poradzić sobie z emocjami, reagujemy przeto desperacką próbą rozładowania napięcia – śmiechem lub lękiem. To właśnie dlatego między straszeniem a rozśmieszaniem granica jest cienka i łatwo przekroczyć ją mimowolnie. Często bywa, że horrory śmieszą nas swoją naiwnością, ale bywa również, że śmiech nasz własny brzmi nam w uszach demonicznie… Spektakl zaczyna się zatem zabawnie, niemal od obyczajowej farsy. Oto małżeństwo intelektualistów (on popularny pisarz, ona jego dawna profesorka z uniwersytetu) wprowadza się do nowego domu na luksusowym przedmieściu. Wcześniej widzimy kobietę w średnim wieku leżącą na łóżku i narzekającą na bóle brzucha tudzież niejasne dolegliwości psychiczne; nawiedzają ją myśli o śmierci. Po chwili pojawia się mężczyzna o wyglądzie świeżo upieczonego magistra i obdarzony narcystyczną nerwicą, typową (jak zaraz się dowiemy) dla pisarza w kryzysie twórczym.
Napięcie między małżonkami od razu daje się zauważyć, ale oboje starają się usilnie podtrzymać dobre relacje. Nie wiedzą, że dręczy ich wzajemna obcość, dwubiegunowa separacja. Brak wspólnego przedmiotu troski staje się przyczyną samotności, a ta osłabia. W miejscu „nic” zagnieżdża się destrukcja. Jakiś rodzaj bliskości staje się naglącą potrzebą. Ale jak ją zaspokoić? W ramach wizyty zapoznawczej mają do nich wpaść sąsiedzi, co nie w smak jest kobiecie, a na czym nie wiedzieć czemu zależy mężczyźnie. Ten pierwszy lęk i ta pierwsza obsesja ustawiają atmosferę, która utrzyma się do końca spektaklu. W tym kontekście wizyta sąsiadów, będących jakby odwrotnością wstępnie poznanej pary – on podtatusiały prymitywny biznesmen, ona niedojrzała i nawiedzona ezoteryczną duchowością – jawi się jako nagłe wtargnięcie czegoś niechcianego, z rozrywki przekształca się w zagrożenie.
Napięcie już tylko rośnie.
Prostackie poczucie humoru gościa i natręctwo jego małżonki w pierwszej chwili krępują gospodarzy. Jednak po serii niezręcznych starć młody pisarz zdaje się dziwnie ulegać brutalności starszego o pokolenie faceta, zaś będąca w ciąży Rosemary, chociaż zrazu z trudem znosi głupiutką dziewczynę, stopniowo zaczyna poddawać się jej fałszywej opiekuńczości.
Już na poziomie komediowym wyczuwamy niepokój, dosłownie boimy się, co też zgotują wrażliwej parze ich obcesowi sąsiedzi. Ogromna w tym zasługa aktorów, którzy udatnie balansują na granicy zaangażowania emocjonalnego i ledwie wyczuwalnej autoironii, a zarazem wyrazistej ekspresji cielesnej. To znak firmowy tego zespołu, godny podziwu, bo wyjątkowy na polskich scenach mariaż klasycznej szkoły psychologicznego realizmu i fizycznej ekspresji rodem z offu. Ciągłe przekraczanie granicy rozdzielającej to, co psychologicznie wiarygodne, od tego, co fizycznie przekonujące, decyduje ostatecznie o tym, że przedstawienie trzyma się dramatycznego tematu i nie wylewa się poza granice teatralnej – jednak – konwencji ani na stronę banału, ani na stronę kpiny, ani nawet na terytorium obyczajowopolitycznej prowokacji. To ostanie mogłoby się bowiem zdarzyć, gdybyśmy odczytali dramat jako manifest – pro lub anty – aborcyjny.
Głosy z oddali, zamaskowani muzycy grający na żywo, znakomite rozegranie małej przestrzeni na odrębne pola gry; wszystko to konsekwentnie przygotowuje wejście kolejnego gracza – kusiciela, szantażysty i dyktatora. Kacper Kujawa właściwie nie musi się wysilać, jego zimne, niemal cyniczne oblicze, jego chuda sylwetka i blada skóra wystarczają, żebyśmy nie mieli wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Chociaż, oczywiście, niczego nie mówi się tutaj wprost. A mówi się przecież dziwacznie… W realistyczną konwersację i afektywne wykrzykniki wplata autor niepokojące w treści i kiczowate w formie teksty z ezoterycznych mędrców, z satanistycznych manifestów, a w końcu umiejętnie dobrane cytaty z… Biblii. I zaiste znakomicie udaje mu się to wszystko połączyć, bo kiedy tylko zaczynamy podejrzewać fałsz w nadmiernie metaforycznych wyznaniach, natychmiast zmienia się tonacja i już wracamy na grunt rozsądku i sceptycyzmu. Monika Kufel, Michał Badeński, Sebastian Oberc, Aniela Płudowska tworzą zgrany kwartet, precyzyjnie trzymając się świetnie wyznaczonych im przez Michała Nowickiego komplementarnych stanowisk. I chociaż to Rosemary jest tu przedmiotem rozgrywki, a właściwie jej dziecko, to przecież każda z postaci gra również we własnym dramacie. Wszyscy są uwikłani, nie wiadomo, kto jest ofiarą, a kto kolaborantem demonicznej władzy.
Jedni namawiają do urodzenia dziecka, żeby je uśmiercić, drudzy chcą je zabić, żeby je uratować z rąk oprawców. W świecie wartości umownych nie ma rozstrzygnięć, więc nie ma ratunku, jest tylko cierpienie. Nie mamy nawet pewności, czy w okolicy faktycznie grasuje sekta psychopatów, czy może to tylko wewnętrzne obsesje każdego i każdej oraz wzajemne napięcia egoizmów w parach i w kwartecie spowodowały cierpienie Róży-Marii; błogosławionej lub przeklętej, która ma urodzić lub nie urodzić syna – Człowieka lub Bestię. Metafora religijna albo tylko filozoficzne pytanie wyłania się nienatrętnie, ale i nieodparcie. A całkiem świecki problem ciąży – upragnionej i niechcianej jednocześnie – nabiera w tym symbolicznym kontekście należytej powagi.
Otóż właśnie – kontekst. Ramą jest tutaj, jak w większości produkcji Teatru Barakha, muzyka. Prosta, ale psychodelicznie skuteczna, wtrąca się w emocje aktorów, niejako towarzysząc im z innego świata. Ciasna salka wypełnia się dźwiękiem, tworząc pudło rezonansowe, które spaja ludzkie głosy w jednolitą masę, a one próbują się z niej wydostać na wolność. Brutalne obrazy mordowanego dziecka i drastyczna scena porodu jako rzezi wyświetlają się na ekranie (Michał Nowicki, Piotr Koźmiński), który jest odwróconym malowidłem, a więc jednak dziełem sztuki. Precyzyjna, skupiona na materii ludzkiego korpusu choreografia (Martyna Dyląg), wykonywana w spowolnionym tempie daje efekt bezpośredniego wręcz kontaktu z ciałem już nie tylko performerów, ale z ciałem własnym, doświadczanym w empatycznym odzwierciedleniu. Znakomita jest scena „tańca pleców”, podczas której obserwujemy ruch mięśni i kości pod skórą…
No, czyją, jeżeli nie demona, który jest samą materią? Do tego blade, ostre światło i błyszczące kostiumy (Monika Kufel), fosforyzujące napisy i mrugające drażniąco punktowce. Ze sterylnie urządzonego mieszczańskiego salonu, przez umysł nawiedzony obsesjami pochodzącymi z niewiadomego źródła, przez ciało poddane instynktom wydobywającym się z mięsa, zostajemy wprowadzeni do piekła… Ale co dzisiaj znaczy to staromodne słowo, jeżeli nie znaczy tego, co znaczyło na początku?
Wróćmy zatem do początku tej historii. Czego brakuje dwóm bezdzietnym parom? Tej, która nie chce mieć dziecka, ale może, i tej, która chce, ale nie może? Tej, która dostaje dar, lecz go odrzuca, gdzie indziej widząc własną korzyść, i tej, która pała żądzą posiadania, również dla własnej korzyści? Her-storia Rosemary nie jest historią jej dziecka i nie jest historią dziecka szatańskiego. Bo ta opowieść nie jest o dziecku. Nie jest opowiadaniem o kimś – jest przerażającym obrazem odczłowieczonego świata, w którym instynkty i ciała, żądze i lęki, puste obrazy i oślepiające światła grają w teatrze śmierci. Zaiste świetny to spektakl – kuszący, przekonujący, wciągający…
e-teatr.pl, 16 listopada 2023
Link: https://e-teatr.pl/piekielny-fanatyzm-42996
Prawa prokreacyjne kobiet w Polsce ostatnimi laty zostały drakońsko zaostrzone, co kilka lat temu mogło się wydawać literacką fikcją, dziś niesie za sobą fatalne żniwo. Przypomina wizję fanatyków, którzy uprzedmiotawiają kobiety, widzą w nich tylko pasywne producentki nowego życia.
„Rosemary” w reżyserii Michała Nowickiego, premiera Teatru Barakah, jest poetycką opowieścią o decydowaniu się na macierzyństwo, obawach temu towarzyszących, o sile relacji pomiędzy dwojgiem ludzi i ogólniej o wpływie otoczenia na jednostkę, wreszcie o fanatyzmie. Grzegorz Like przepisał powieść „Dziecko Rosemary” Iry Levina, wydaną w 1967 roku, znacząco zmieniając nie tylko tytuł, ale czas i miejsce akcji. Rzecz się dzieje w luksusowym osiedlu Lux Moderna, którego nazwa brzmi jak z szyld patodeweloperskiego pseudo-apartamentowca.
Relacja głównych bohaterów – Rosemary i jej mąż Robert – także różni się od pierwowzoru. W krakowskim spektaklu to kobieta jest starsza, bardziej niezależna, mocniej stąpa po ziemi niż jej partner, jednak żyje w jego cieniu. Przeżycia z przeszłości spowodowały, że Rosemary (Monika Kufel) usunęła się na drugi plan. Bohater Michała Badeńskiego wciąż żyje z głową w chmurach, jest pozerem, zdolnym poświęcić wiele, żeby tylko zyskać rozgłos w towarzystwie. Jest uśmiechnięty, sympatyczny, lecz w gruncie rzeczy samolubny. Przeprowadzka do nowego miejsca ma być dla obojga nowym początkiem, szybko jednak się przekonają, że obrana droga będzie znacząco inna od zaplanowanej. Zastajemy ich w nowym mieszkaniu, są przed pierwszymi odwiedzinami sąsiadów. Robert odwija z folii pokaźnych rozmiarów obraz Małgorzaty Wielek, przedstawia Apokalipsę. Odwiedzająca ich para – Agata (Aniela Płudowska) i Stefan (Sebastian Oberc) – to ludzie w podobnym do nich wieku, choć kobieta jest zauważalnie młodsza, oboje o dość nieokrzesanym poczuciu humoru.
Mieszkańcy Lux Moderna okazują się zgrają fanatyków. Przewodniczy im tajemniczy Adrian, jego głos słyszymy z początku z offu, w pewnym momencie dopiero Kacper Kujawa wychodzi spomiędzy rzędów widowni i wkracza na scenę. Wszyscy mieszkańcy go znają, jednak dla publiczności pozostaje zagadką. Być może to psychopata dyktujący swoje zasady grupie; może to współczesny Adrian Leverkühn z „Doktora Faustusa” Thomasa Manna; a może katolicki bojówkarz używający pięknego języka? Zdaje się dobrze znać główną bohaterkę. Niczym stalker opowiada, gdzie się spotkali, że słuchał jej wykładów, wie o jej ciąży – słowem, ona jest w centrum jego uwagi.
Wcześniejsze przykre doświadczenia Rosemary sprawiły, że teraz rozważa aborcję. To wzbudza w nim i w całej grupie chęć pacyfikacji kobiety, liczy się tylko wydanie na świat nowego życia. Moc perswazji Adriana oddaje nie tylko martwe spojrzenie, ale i naprężone mięśnie – ma się wrażenie, że za moment z pleców aktora wyrosną czarcie skrzydła. Wykonuje z Anielą Płudowską układ akrobatyczny, mając za tło wizualizację niezrozumiałego obrzędu, w którym uczestniczą zamaskowani ludzie (wideo: Michał Nowicki i Piotr Koźmiński).
Ezoteryczna narracja Levina stanowi jedynie delikatne tło krakowskiego spektaklu. Akcent został przesunięty na pokazanie fanatyzmu grupy wobec wyboru jednostki. Bezradność kobiety przeraża, jej status społeczny, tytułu profesorki, nic nie znaczą w zetknięciu z przekonaniami tak zwanych obrońców życia. Kim zatem oni są? Zło, które według Levina miało początek w satanizmie, w spektaklu Nowickiego ukryło się w purpurowej szacie i złotym kielichu – jak mówi w finale Rosemary.
Patrząc na wydarzenia, które doprowadziły do powstania ruchu „Ani jednej więcej”, odnosi się wrażenie, że wydarzenia z „Dziecka Rosemary” przeplatają się z tym co tu i teraz. I to jest najbardziej przerażające.
UJOT FM, 22 listopada 2023
Link: https://ujot.fm/pozwolcie-jej-zdecydowac-rosemary-w-teatrze-barakah/
W sobotę, 11 listopada, miałyśmy okazję uczestniczyć wraz z Hanią w prapremierze spektaklu „Rosemary” w reżyserii Michała Nowickiego. Była to nasza pierwsza wizyta w niezwykle klimatycznym i kameralnym Teatrze Barakah. Zanim przejdę do recenzji samego spektaklu, chciałabym wspomnieć co nieco o przestrzeni, która zdecydowanie działa na korzyść Teatru. Tak jak wspomniałam, jest to kameralne miejsce, gdzie mieści się raczej mała publiczność, która w dodatku siedzi bardzo blisko sceny, co daje uczucie większego uczestnictwa w spektaklu. W szczególności w przypadku tak emocjonalnego seansu, jakim była „Rosemary”, zdecydowanie wzmaga to siłę przeżycia, doświadczenia tego spektaklu.
Rosemary (Monika Kufel) to dojrzała profesorka literatury, która wraz ze swoim mężem Robertem (Michał Badeński), pseudo-pisarzem, przeprowadza się w nowe miejsce, zwane Lux Moderną. Już na samym początku dowiadujemy się, że Rosemary jest w ciąży – nie jest jednak tym faktem podekscytowana, a wręcz przeciwnie, zmaga się z tego powodu z pewną apatią. Musi jednak odłożyć swoje uczucia na bok, bowiem niczego nieświadomy Robert czuje potrzebę zaistnienia w nowej społeczności i zaprasza do mieszkania sąsiadów – Stefana (Sebastian Oberc) i Agatę (Aniela Płudowska). Okazuje się jednak, że nie są to zwykli znajomi, a w gości przychodzą z rozkazu i w konkretnym celu – aby nakłonić Rosemary do urodzenia dziecka.
Mniej więcej w połowie spektaklu, do obsady dołączył Kacper Kujawa, obok którego siedziałam cały czas zupełnie tego nieświadoma. Kujawa wcielił się w rolę szatana Adriana, najczarniejszego z charakterów. Wykreował rolę absolutnie fantastyczną, za co należą mu się wielkie brawa, bowiem już od samego początku jego występu, jeszcze z publiczności, potrafił zbudować niezwykłe napięcie, zaciekawić widza swoją tajemniczą postacią. Słowa uznania należą się także Monice Kufel, która doskonale wcieliła się w Rosemary, tworząc zupełnie nową, ale jakże bliską niektórym postać. Byłam pod wielkim wrażeniem jej talentu aktorskiego i umiejętności tchnięcia ducha w tak niełatwą rolę. Uważam, że stanęło przed nią spore wyzwanie, z którym wyśmienicie sobie poradziła.
Spektakl porusza oczywiście gorący temat społeczny, jakim jest wolność. Wolność ciała, decyzji, wyboru. Wolność, którą pozornie gwarantuje Konstytucja, a po którą brudne łapska wyciąga ktoś inny i perfidnie próbuje nią rozporządzać. Z tego też powodu nieprzypadkowa wydaje mi się data prapremiery, 11 listopada, który dla Polaków jest dniem odzyskania niepodległości. Być może jeszcze zbyt rzadko jest również datą skłaniającą do kontemplacji nad pojęciem „niepodległość”.
W najbliższym czasie „Rosemary” będzie grana 1 i 2 grudnia. Jeśli jesteście ciekawi, jak Nowicki widzi współczesnego szatana, to koniecznie powinniście zaopatrzyć się w bilet i odwiedzić Teatr Barakah. Muszę przyznać, że „Rosemary” była moim pierwszym spektaklem od dłuższego czasu i zdaje się, że jest również znakiem, że współczesny teatr wciąż ma wiele ciekawych i wartościowych przeżyć do zaoferowania. Zdecydowanie postaram się zaglądać w progi tej zacnej instytucji znacznie częściej.
Kulturatka.pl, 22 listopada 2023
Link: https://www.kulturatka.pl/2023/11/19/rosemary-w-teatrze-barakah-recenzja/
„Dziecko Rosemary” to kultowy film Romana Polańskiego, który powstał na kanwie książki Iry Levina o tym samym tytule. Obraz ten nie tylko pozostał w pamięci widzów, ale i inspiruje kolejnych twórców. Nie inaczej było w przypadku „Rosemary” wystawianej na deskach krakowskiego Teatru Barakah.
Spektakl zaczyna się dość niepokojąco, na sofie ustawionej w centrum sceny leży zwinięta w kłębek kobieta (Monika Kufel). –„To znów się wydarzy” – mówi. Co? Jeszcze tego nie wiemy, ale z czasem poznamy tajemnicę, o której mowa. Niebawem do pokoju wchodzi mężczyzna, mąż kobiety – Robert (Michał Badeński). Czego dowiemy się o tej dwójce w kolejnych minutach? To para, która niedawno wprowadziła się do nowoczesnego kompleksu mieszkaniowego – Lux Moderna. On jest autorem jednej książki, która stała się przebojem. Ona była jego wykładowczynią. Dzisiaj jest nieco wycofana, żyje w cieniu męża, ale wciąż wie, czego chce. Kiedyś może byli szczęśliwym małżeństwem. Dzisiaj ich związek jest w stadium rozpadu. Oboje prześladuje trauma sprzed lat, której nie mogą przepracować.
Okazuje się, że tego wieczoru ma ich odwiedzić para z sąsiedztwa. Mężczyźnie bardzo zależy na tym, by dobrze wypaść. –„Przecież musisz mieć jakieś koleżanki”, mówi do niej. Kobieta niechętnie mu się podporządkowuje. Wydaje się, że i tak nie ma wyjścia. Sąsiedzi to na swój sposób troglodyci – on biznesmen (Sebastian Oberc), który lubi zajrzeć do kieliszka, nie stroni od agresji i nie potrafi nad sobą panować. Ona (Aniela Płudowska) trzpiotka, która para się ezoteryką. Ta dwójka ma spory wpływ na gospodarzy. Robert jest zakompleksiony i łaknie pochwał. Dlatego łatwo daje się omotać sąsiadom i pozwala przejąć im władzę nad ich małżeństwem.
Właściwie przez cały czas trwania spektaklu czujemy napięcie. Napięcie pomiędzy bohaterami, małżeństwem, ale i przybyszami, którzy pragną zrealizować swój nie do końca określony plan. Dodatkowym elementem, który przyczynia się do rozpadu całości, jest Adrian (Kacper Kujawa). Którego początkowo nie widzimy, a tylko słyszymy. Kiedy przepytuje małżeństwo, kojarzy się z psychologiem. Jego pojawienie się wprowadza dodatkową dawkę niepokoju. Niepokoi jego wygląd i zachowanie. Przywodzi on na myśl jakąś nieznaną siłę. Kim jest? Czego chce? Jaką rolę odegra? – te pytania sobie zadajemy. Całości dopełnia grana na żywo muzyka, która jeszcze bardziej podkreśla aurę niepokoju.
Dla Michała Nowickiego i Grzegorza Likiego film i książka stają się inspiracją. Nie jest to wierna adaptacja, bo i nie miała być. Ale nastrój i ogólny zarys fabuły się zgadzają. Dla autorów kluczowe staje się pytanie o to, czy kobieta ma prawo decydować o sobie i w jaki sposób to prawo jest respektowane. Szczególne miejsce zajmuje tu kwestia macierzyństwa i aborcji.
„Rosemary” to spektakl nieoczywisty i niepokojący. Pozostawia widza z licznymi pytaniami, nie daje o sobie zapomnieć. Twórcy „Rosemary” nie boją się poruszać tematów trudnych, robią to przy tym w sposób niebanalny. Dodatkowo treść spektaklu świetnie wpisała się w dziejące się obecnie wokół nas wydarzenia dotyczące prawa do aborcji.
Ona Recenzuje, 18 maja 2024
Link: https://onarecenzuje.wordpress.com/2024/05/18/tylko-rob-tak-jak-ja-rosemary/
Akcja Rosemary Grzegorza Likego (reż. Michał Nowicki) toczy się w środowisku wyższej klasy średniej w zamkniętym osiedlu Lux Moderna. W spektaklu Teatru Barakah będącym luźną adaptacją kultowego horroru Polańskiego(na podstawie powieści Iry Levina) położono nacisk na pokazanie obaw tytułowej Rosemary w związku z nieplanowaną ciążą. Różnica w podejściu do macierzyństwa głównej bohaterki w porównaniu z jej filmowym pierwowzorem jest akcentowana od pierwszych scen spektaklu. Rosemary (Monika Kufel) w monologu przed przybiciem gości wyraża obawy dotyczące swojego stanu zdrowia: z jej wypowiedzi możemy się domyśleć, że jej wcześniejsze ciąże prawdopodobnie zakończyły się poronieniem. Dzięki wprowadzeniu takich treści spektakl zyskuje wymowę polityczną: jest próbą pokazania sytuacji kobiet poddawanych różnorodnym naciskom.
Czas akcji spektaklu zawężony jest do wizyty sąsiadów Agaty i Stefana (Aniela Płudowska, Sebastian Oberc) u tytułowej Rosemary (Monika Kufel) i jej męża Roberta (Michał Badeński), ale dokładne ramy czasowe tej wizyty są niejasne – granica pomiędzy fikcją, a rzeczywistością zaciera się niczym w psychodelicznym tripie. Do końca nie wiadomo jakie wydarzenia są efektem zbiorowych halucynacji bohaterów, a jakie flashbackami z przeszłości. W spektaklu kładziony jest duży nacisk na dynamikę interakcji pomiędzy dwiema parami małżeńskimi. Goście od początku próbują manipulować swoimi gospodarzami stosując różnorodne techniki. W scenie, w której Robert wita ich słowami : „Witajcie w naszych skromnych progach”. Stefan reaguje złością, ponieważ on – mieszkaniec tego samego osiedla – nie uważa swoich progów za skromne. Ostatecznie jego uwaga okazuje się żartem, ale wywołuje konsternację gospodarzy.
Filmowy pierwowzór Agaty i Stefana – małżeństwo Castevetów – uosabia figurę obywatela wyższej klasy średniej, pozornie przyjaznego, ale w rzeczywistości opresyjnego w swoich konserwatywnych poglądach. Szczególny niepokój budzi postać Minnie Castevet (nagrodzona Oskarem Ruth Gordon). Starsza pani stopniowo zaczyna nachodzić Rosemary oferując jej koktajle własnej roboty. Postać pani Castevet poprowadzono według zasady: to, co znajome, staje się najbardziej przerażające.[1] U Nowickiego postaci Agaty i Stefana wydają się równie znajome, mimo swojego przerysowania. On – przebojowy przedsiębiorca, lubujący się w prymitywnych żartach, ona – żona trofeum akceptującą wulgarne zachowanie męża. Ich manipulacje są przerażające nie dlatego, że są wyrafinowane, ale dlatego, że trafiają na podatny grunt emocjonalnych deficytów Roberta – niespełnionego pisarza.
Młody mężczyzna pod wpływem presji wywieranej przez Stefana, sięga po alkohol, mimo tego, że wcześniej deklarował abstynencję. Uległa postawa Roberta ilustruje ogólne zjawisko uleganie presji środowiska. Mimo tego, że argumenty Stefana są prymitywne i mało przekonujące: mężczyzna twierdzi, że współczesne kobiety przez swoje feminizujące poglądy kastrują mężczyzn – trafiają one do Roberta. Dlaczego tak się dzieje ? Twórcy spektaklu sugerują, że nieprzepracowane traumy i konflikty z naszej przeszłości powodują, że jesteśmy podatni na wszelkiego rodzaju manipulacje. Obydwie pary małżeńskie – nawet pozornie bardziej przebojowi Agata i Stefan potrzebują oparcia, które daje im ideologia. Ich nieumiejętność wyjścia z impasu świetnie oddaje scena, w której wcielający się w nich aktorzy po burzliwej wymianie zdań zaczynają od nowa powtarzać swoje kwestie. Takie „timelapsy” nie tylko dodają dramaturgii, ale potęgują poczucie bycia w matni.
Osobą, z którą większość bohaterów wiąże ogromne nadzieje jest mityczny Adrian – kierownik osiedlowej społeczności, coach, mistrz (świetny Kacper Kujawa). W scenie rozmowy z Rosemary, mającej znamiona przemocowego rytuału – Adrian komplementuje kobietę, następnie wyśmiewa wiek, w którym zaszła w ciąże, jednocześnie sugerując , że jest rozwiązła i wulgarna. Komentarze Adriana pokazują dyskryminację ze względu na wiek, wygląd lub stan cywilny z jaką wciąż spotykają się kobiety w ciąży. Mimo tego, że Rosemary jest silną kobietą, jej postać nie ma sprawczości, skazana jest na porażkę. Scena porodu martwego dziecka Rosemary w projekcji multimedialnej ma symboliczne znaczenie – pokazuje bezradność kobiet wobec przemocy mającej swoje źródła w radykalnych ideologiach. Ofiarą jest nie tylko Rosemary, ale także jej mąż, który najwyraźniej cierpi wspominając wydarzenie traumatycznego porodu z przeszłości.
Wszyscy bohaterowie spektaklu Teatru Barakah są ofiarami świata, który sami sobie stworzyli. Ten świat jest zanurzony w campowej estetyce noszącej znamiona kiczu, utkanej z fragmentów filmów, cytatów, dźwięków. Gdy zbliża się zagrożenie, słyszymy brzęczenie pszczół (częsty zabieg w horrorach). Przy wejściu na widownię towarzysz nam muzyka grana na żywo przez Piotr Korzeniak, Paweł Stus. W kominiarkach z wyciętymi otworami na oczy wyglądają jak mordercy z filmów Braci Coen – zwyczajni ludzie, którzy pod wpływem ideologii decydują o czyimś życiu lub śmierci. W spektaklu Teatru Barakh do piekła kobiet diabeł nie jest wcale potrzebny.
Chodźże do teatru, 22 kwietnia 2024
Link: https://www.facebook.com/share/p/19RGfjrvnz/
Choć spektakl „Rosemary” w reżyserii Michała Nowickiego swoją premierę miał w ubiegłym sezonie teatralnym, jego psychodeliczna, niepokojąca i zarazem hipnotyzująca aura nie pozwala na wyparcie z pamięci.
Przedstawienie stworzone na podstawie dreszczowca Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary” z 1968 roku, stanowi nie tylko pogłębioną analizę zawiłości psychologicznych manipulacji, lecz budzi rozważania nad statusem kobiet w zdominowanym przez patriarchat świecie. Kontestuje to iście apokaliptyczny obraz Małgorzaty Wielek pt. „Plunge”, który zawieszony jest z tyłu sceny i poniekąd zwiastuje koniec historii. Przedstawiona na nim kobieta przypomina zasiadającą na tronie Czarną Madonnę, natomiast pozbawiona jest wszelkiego blichtru – złota czy korony. Nie otaczają jej cherubini, lecz zewsząd wyciągnięte dłonie i nogi, próbujące dosięgnąć i spętać jej istotową boskość. Tak też Grzegorz Like buduje narrację w „Rosemary” w Teatrze Barakah. Zredukowanie tytułu sztuki do imienia głównej bohaterki, powinno już na wstępie nasuwać pewne refleksje.
Można sądzić, że imiona bohaterów zostały dobrane nieprzypadkowo. Tworzą ciekawą etymologiczną siatkę znaczeniową, bowiem nie są kalką z filmowych afiszów, lecz idealnie akcentują charaktery postaci. Robert (Michał Badeński) to literat, niespełniony pisarz, który wierzy, że zmiana otoczenia napędzi jego karierę, będzie stanowić nowy, dobry początek. Marzenia mężczyzny o sławie zdają się przybierać pomyślny obrót za sprawą sąsiadów: Stefana (Sebastian Oberc) i Agaty (Aniela Płudowska). Para odwiedza Roberta i Rosemary (Monika Kufel) – nowych mieszkańców nowoczesnego i pozornie przyjaznego apartamentowca Lux Moderna. Pod płaszczem uprzejmości rozpoczynają sukcesywny popis manipulatorskich umiejętności. Z racji, iż nie można dostać nic za darmo, walutą dla chwili chwały Roberta ma stać się ciało Rosemary, jej „błogosławiony stan”.
Stefan i Agata działają jednak w imię czegoś wyższego, znacznie silniejszego od nich samych. Jest tym coś, co czyha za naszymi plecami, czego oddech czujemy na karku, czego głos przebija się do świadomości, a z czym w konsekwencji zmierzamy się twarzą w twarz. Dla każdego owe Coś przybiera różny kształt, lecz w spektaklu reprezentowane jest przez demona w ludzkim ciele – Adriana (Kacper Kujawa). To postać, która przez większość spektaklu jest wyłącznie słyszalna, lecz nieoczekiwanie wyłania się spośród widowni. Adrian był obserwatorem wydarzeń, jak każdy z nas, natomiast posiada on znacznie rozleglejsze zdolność percepcyjne. Wie o Rosemary wszystko. Począwszy od jej akademickiej kariery, przez traumy, aż po rozmyślania nad przerwaniem ciąży. Kacper Kujawa wykonuje diaboliczny taniec, manifestuje swoją frustrację z powodu oporu kobiety. W wir ekspresyjnych ruchów zabiera w końcu samą Rosemary.
W spektaklu Nowickiego, to kobieta jest „przedmiotem” dochodzącej do granic fanatyzmu opresji, czego kulminację stanowi multimedialna wizualizacja obrzędu sekty na głównej bohaterce. Rosemary żyje w cieniu męża, a w końcu staje się fizycznym środkiem do bezwysiłkowego (dla Roberta) osiągnięcia celu. Agata z kolei jest ofiarą frustrata i agresora Stefana, który bez zbędnej refleksji poniża znacznie młodszą partnerkę.
Reżyser posłużył się ponadczasowym dziełem adaptacyjnym, by ukazać nieprzemijające piekło kobiet. Te wciąż mierzą się z nierównościami, z deprecjonowaniem ich potrzeb i praw. Aktorzy odwracają obraz, a tam ukazuje się fluorescencyjny napis: „Rosemary”. Bohaterka, jest reprezentacją uciemiężenia, jest jedną spośród milionów kobiet, które – jak bohater mickiewiczowski – za miliony kochają i cierpią katusze.
13 listopada 2023
Link: https://www.facebook.com/robert.piaskowski.9/posts/pfbid03188fd65eaYqzFkxeJki msmDdEFubFodJiBdn6LpePCGHWFSEQaVhvbyRiC589iD3l
Rosemary w teatrze Barrakah!
Kolejna autorska adaptacja dzieła z głównego nurtu popkultury. To ulubione terytorium dla ekipy Barrakah: ulubione pogrywanie z małym i dużym ekranem. Filmy Lyncha, Bertolucciego, Larsa von Triera i ich powieściowe pierwowzory przekładane na język teatru, albo dekonstruowane. Za reżyserię „Twin Peaks” Monika Kufel Michał Nowicki odbierze za kilka dni Nagrodę Wyspiańskiego.
Wzięcie zatem na warsztat „Rosemary” na podstawie filmu Romana Polańskiego, którym 50 lat temu polski reżyser uzyskał sławę prekursora nowego rodzaju psychologicznego horroru – nie dziwi. Uzupełnia kolekcję filmów istotnych, w jakim sensie generacyjnych.
Groza w spektaklu zaledwie sączy się wąską szczeliną w bardzo realistyczną codzienność – pełną polskich, lokalnych kontekstów. Wszystko dzieje się na nowobogackim osiedlu Lux Moderna, polskie imiona, skróty nazw..polskie dzieło sztuki na ścianie, pudełkowy apartament z jedną kanapą.
Nasycona wrażeniami świetlnymi i akustycznymi historia – podobnie jak u Polańskiego – unika dosłowności. To ledwie aluzje, sugestie, niedopowiedzenia, narracja na pograniczu jawy i snu. Nowicki myli tropy, aż do ostatniej sceny nie dając nam odpowiedzi, czy cała akcja dzieje się naprawdę, czy wszystko jest wytworem imaginacji oszalałej z powodu hormonów kobiety. Pojawianie się Szatana sygnalizuje uporczywe latanie muchy, akustycznie rozwiązany efekt, przemieszczające się po teatrze bzyczenie – sygnał świata ciemności.
Niepokojąca cielesność Adriana. Szatan o idealnym ciele, które stanowi pojemnik- naczynie dla niezwykle plastycznej wewnętrznej siły. Scena pracy mięśni wypycha szczupłe ciało, jak w „Omenie” czy w „Obcym” Ridleya Scotta, a halucynacyjne połączenie dwóch ciał Rosemary i Adriana, zmieniają się w erotyczne konwulsje i mroczny rytuał.
Rozszczepiona świadomość Rosemary, surowy zestaw faktów, oszczędny styl, niespieszność, wystukiwana muzycznym rytmem. Ze sceny na scenę atmosfera osaczenia gęstnieje, aż staje się nie do zniesienia… w filmie Polańskiego – do momentu narodzin dziecka. W spektaklu do zwielokrotnionej video- sceną rytualnego obmywania Rosemary fluorescencyjną krwią.
Niejednoznaczność fabuły, wrażenie psychoanalitycznego snu, bliskość sytuacyjna, zatarcie granic publiczności i sceny, niepokojące dźwięki – dają efekt narastającego zagrożenia. Wychodziłem w stanie niemal podgorączkowym. Spektakl wyzwolił przeczuwaną i uśpioną od kilku dni chorobę, wybuch gorączki i kaszlu. Jak naturalny odruch obronny organizmu.
Michał Ana Nowicki stworzył własną kompaktową, kameralną, ale i silnie oddziałującą wersję słynnego horroru. Dotknęliśmy po raz kolejny charakterystycznego motywu przewodniego jego sztuk: tematu wyobcowanych kobiet, zagubionych, niepewnych swej wartości, szukających miejsca w świecie. To kameralne, ruchowo-elektroniczne impresje, gry z światem kina i z dźwiękiem. Kolejne filmowe inscenizacje i adaptacje podkreślają uwięzienie w społecznych rolach i potrzasku płci.
„Dziecko Rosemary” było ostatnim filmem reżysera zrealizowanym przed makabrycznym mordem, dokonanym na jego żonie i przyjaciołach przez członków sekty Charlesa Mansona. Kolejne niepokojące odkrycie. Próbuję odnaleźć „Piątego Anioła” Jana Józefa Szczepańskiego.. na scenie było pięciu aktorów. Zastanawiam się czy coś mi nie umknęło.
Udany premierowy weekend w Barrakah: mroczny i sekciarski.
Post na Facebooku, 1 marca 2024
Link: https://www.facebook.com/share/p/1AhATkWQbo/
Porusza do głębi, intryguje, zachwyca. Tak mogłabym w trzech słowach opisać spektakl, który dzisiejszego wieczora obejrzałam w Teatrze Barakah. Jednak rozwinę nieco temat. „Rosemary” w reżyserii Michała Nowickiego to przedstawienie, które daje do myślenia, i takie, z którego wychodzisz pełen emocji, wplątany w niby nieoczywistą intrygę. Nieoczywistą, bo spektakl spowija aura tajemniczości, ale tak naprawdę oczywistości jest w nim wiele. Pętla. To dla mnie słowo klucz tego spektaklu. Pętla czasu, bo przecież każdą epoką rządzą podobne mechanizmy niezależnie od zmieniających się okoliczności. Pętla ludzkich zachowań, słabości i ułomności – bo zasady, według których nakręca się spirala możliwości manipulacji człowiekiem i otaczającą go rzeczywistością są do siebie podobne niezależnie od stuleci. Wreszcie pętla zjawisk charakterystycznych dla naszego „tu i teraz”: zagadnienia związane z miejscem i pozycją kobiety w hierarchii społecznej, a także z rolą zła, i „tego złego”, roztaczającego macki w każdej niemalże dziedzinie życia. Wszechdominująca manipulacja polityki, sekciarstwo religii i partii, imperatyw seksualizmu i mody na wieczną młodość – wszystkie te wątki doskonale zarysowane są w spektaklu i płynnie się przeplatają. Przerażają, fascynują i zmuszają do refleksji. Znakomita, dogłębnie przemyślana i świetnie zrealizowana reżyseria Michała Nowickiego jest podparta aktorstwem z najwyższej półki w wykonaniu Moniki Kufel kreującej tytułową rolę, której doskonale partnerują Aniela Płudowska, Michał Badeński, Kacper Kujawa i Sebastian Oberc. Muzyczny klimat wykreował niezawodny tandem: Piotr Korzeniak i Paweł Stus. Brawo!
12 listopada 2023
Link: https://www.facebook.com/share/p/CC2zzoiVaPU5enzk/
Pamiętacie film Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary”? Pewnie nie każdy, bo to film z 1968 roku… Myślę, że dobrym pretekstem do przypomnienia sobie tego filmu jest wizyta w Teatrze Barakah na spektaklu „Rosemary” w reżyserii Michała Nowickiego (Monika Kufel Michał Nowicki). Refleksyjne przedstawienie o manipulacji, wykorzystywaniu i zniewoleniu oraz społecznym przyzwoleniu… Z szatanem w tle. Twórcy próbują zdefiniować i wskazać zło, „współczesnego szatana”. Interesujące kreacje aktorskie Moniki Kufel w roli tytułowej – Rosemary i Anieli Płudowskiej (Aniela Płudowska) oraz towarzyszących im Michała Badeńskiego (Michał Badeński), Kacpra Kujawy (Kacper Kujawa) i Sebastiana Oberca (Sebastian Oberc). Z teatru nie wyjdziemy pocieszeni, zachwyceni. Pochłonie nas depresja, jak jesienna szaruga chłodnym wiatrem i zacinającym deszczem wcinającym pod parasol…